To dotknięte przez los meksykańskie miasto przy granicy z USA jeszcze niedawno uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. Dziś jednak przestępczość spada, a życie wraca do normy, bo władze zdołały naprawić szwankujące organy ścigania i wymiar sprawiedliwości.

Brygady sprawiedliwych

Dobrał sobie grupę młodych, nieskażonych korupcją funkcjonariuszy. Przez pierwsze dwa tygodnie chodzili od firmy do firmy w śródmieściu Juárez i namawiali właścicieli, by składali doniesienia o wymuszeniach. To było coś niesłychanego. – Nikt nie chciał rozmawiać. Wielu myślało, że sami próbujemy wymuszać haracze – opowiada Luis Hernández, obecny dowódca brygady.
 

Pierwszy raz telefon w kwaterze brygady zadzwonił po dwóch tygodniach. Odezwał się piekarz. Szantażyści zażądali 5 tys. dolarów, grożąc, że w razie odmowy spalą mu piekarnię. Policjanci założyli podsłuch telefonu piekarza i pojechali za nim na miejsce wręczenia okupu. Gdy dał pieniądze, uderzyli. Było to pierwsze w Juárez śledztwo w sprawie wymuszenia zakończone aresztowaniem. Szantażyści – niepracująca kobieta i trzech robotników – zostali skazani. – Wkrótce mieliśmy aż za dużo zgłoszeń – wspomina Hernández. 
 

Polowania

W październiku 2011 r. trzej funkcjonariusze, którzy obstawiali niewielki sklepik, zginęli zastrzeleni w zasadzce. Na miejsce zdarzenia przybył prokurator okręgu Juárez. Zwrócił się do niego Miguel Ángel Saucedo, ojciec jednego z zastrzelonych, 23-latka: – Musicie walczyć nadal, jeśli teraz się zatrzymacie, dotychczasowe wysiłki pójdą na marne – przekonywał.
 

– Syn chciał lepszego społeczeństwa – mówi mi Saucedo, z którym rozmawiam w jego skromnym mieszkaniu. – Gdy tworzyli brygadę, sytuacja w mieście była po prostu przerażająca. A mimo to się zgłosił.
 

Tragedia okazała się punktem zwrotnym. Brygadę powiększono, a za priorytetowy cel uznano ujęcie Joségo „El Juniora” Gómeza Castañedy, mózgu gangu, który ściągał 400 tys. dolarów haraczy tygodniowo. Aresztowano kolejnych podejrzanych, ale „El Junior” drwił sobie ze sprawiedliwości. Potrafił zadzwonić do Muñoza, by z niego szydzić. Brygada dopadła „El Juniora” w 2013 r. Jego rezydencję z basenem, siłownią i lokalem z rurą do tańca erotycznego wzięto szturmem. „El Junior” został skazany na dożywocie; w celi popełnił samobójstwo. 
 

Twardy pułkownik

W roku 2011, gdy policja stanowa uruchamiała brygadę antyharaczową, policja miejska w Juárez zwróciła się do Juliána Leyzaoli, podpułkownika armii meksykańskiej w stanie spoczynku. Kilka lat wcześniej zmodernizował on siły policyjne stanu Kalifornia Dolna, a potem, jako komendant główny policji w Tijuanie, w ciągu roku zdołał zdławić tamtejszą rozbuchaną przestępczość.
 

Podpułkownik, od 2013 r. na emeryturze, jest szczupły i skromny. W Meksyku znają go dobrze: jedni mają go za nieubłaganego prześladowcę, inni za bohatera. Nie cofał się przed ostrymi metodami, zdaniem wielu działaczy społecznych miał mało poszanowania dla praw człowieka. – To była walka – mówi bez skruszonej miny. – Bywało, że podejrzani wychodzili z przesłuchań poturbowani. Takie rzeczy się zdarzają.
 

Twierdzi, że gdy obejmował komendę w Juárez, pracowały tam setki aviadores („lotników”), czyli urzędników, którzy poza pobieraniem pensji nic nie robią. – Wśród 2,5 tys. zatrudnionych mieliśmy tylko 300 funkcjonariuszy, którzy pracowali naprawdę. Na początek zwolnił większość aviadores, a pozostałym dał do zrozumienia, że muszą zacząć patrolować ulice.
 

Leyzaola kupił nowe radiowozy, by wzmocnić dotychczasowy tabor złożony z 80 ledwie jeżdżących gratów, uzbroił funkcjonariuszy w pistolety Beretta i Glock, zmienił kolor mundurów ze „szczurzoszarego” na granatowy. – Noszenie munduru ma napawać dumą – podkreśla.
 

Policja zaczęła odbijać miasto z rąk przestępców niczym wojsko z rąk nieprzyjaciela.