Cieśnina Malakka oddziela indonezyjską wyspę Sumatra od Półwyspu Malajskiego, na którego czubku tkwi pyszniący się bogactwem Singapur. Na to barwne wodne królestwo składają się setki rzek uchodzących do cieśniny, porośnięte namorzynami bagniste brzegi oraz fantastyczna konstelacja maleńkich wysp, raf i mielizn.

Jego pierwsi mieszkańcy nauczyli się prowadzić życie wodno-lądowe, budując wioski nad wodą i wymyślając odpowiednie łodzie do połowu ryb, handlu oraz... piractwa. Armady morskich rabusiów, zwanych tu lanunami, w lekkich, zwrotnych łodziach ograbiały statki przepływające tą najkrótszą drogą z Indii do Chin, a potem wycofywały się w górę rzek, do ufortyfikowanych wiosek. Łupem padało złoto, klejnoty, proch, opium i niewolnicy, zapędzani potem do budowy sułtanatów, które zdominowały wybrzeża Sumatry i Malajów. Żeglarze opisywali okropności, jakie spotykały ich w cieśninie i na pobliskich wodach. Podczas napadu w XIX w. lanunowie pojmali np. brytyjskiego kapitana Jamesa Rossa. Sądząc, że na statku ukryty jest ładunek srebrnych monet, kazali mu patrzeć, jak jego syn przywiązany do kotwicy opuszczany jest wraz z nią. Potem obcinali kapitanowi palce, kawałek po kawałku. Myślicie, że to już przeszłość? Bynajmniej. Pod koniec XIX w. flota europejskich kolonizatorów opanowała sułtanaty, ale lanunów nigdy nie wytępiono. Ich współcześni spadkobiercy nadal grabią na tych wodach. Dzisiejszemu lanunowi zdobyczy nie brakuje. Tym wąskim przesmykiem co roku płynie 70 tys. statków, przewożących jedną piątą światowych ładunków morskich. Szlak jest trudny do upilnowania, bo przebiega między zwaśnionymi krajami, Malezją i Indonezją. Cieśnina Malakka, mająca ok. 402 km szerokości u swego północnego krańca, zwęża się do mniej więcej 16 km przy południowym, a ponadto jest upstrzona setkami niezamieszkanych, porośniętych namorzynami wysepek, oferujących wszelkim kryminalistom fantastyczne kryjówki. Czy można się zatem dziwić rodzącej się wśród wielu pokusie?

Chłopiec z Plaży – jeden z rabusiów, do których dotarłem – zaproponował, że pokaże mi, jak zespół „skaczących wiewiórek” dostaje się na pokład statku. Demonstracja odbędzie się na bezludnej wyspie, gdzie czasem ćwiczył. Na końcu mola, w drewnianym pancungu, czekali na nas dwaj muskularni młodzi mężczyźni, Muhammad i Hakim. Chłopiec z Plaży wyjaśnił, że te łodzie są doskonałe, bo ciężar i kształt pozwalają im przebijać się przez kilwater statku, w przeciwieństwie do lżejszych łodzi z włókna szklanego, które podskakują na falach. Usiedliśmy w łodzi parami. Mnie przypadło miejsce obok Muhammada. Okrągłe policzki i nieskazitelne zęby nadawały mu chłopięcy wygląd, ale zaledwie kilka tygodni wcześniej ten człowiek zakończył dwuletnią odsiadkę za udział w wyprawie na „zakupy”. Słońce świeciło nam w plecy. Hakim wypłynął z portu i ruszył w stronę gęstego lasu, który zdawał się pływać na wodzie – jednej z niezliczonych namorzynowych wysepek cieśniny. To wyglądało jak nieprzebyta masa sękatych korzeni i splątanych gałęzi, ale Hakim znalazł maleńką przecinkę i wprowadził łódź w prawdziwy labirynt. Wśród namorzynów było chłodno. Zanurzaliśmy się w głębokie cienie i wyłanialiśmy z nich, dopóki wodna ścieżka nie doprowadziła nas do kilku domów na palach.

– Salem alejkum! – zawołał Hakim. Nie usłyszeliśmy żadnej odpowiedzi. Hakim zgasił silnik. Chłopiec z Plaży chwycił konar i zatrzymał łódź, a Hakim wyjął parang z zakrzywionym ostrzem lśniącym od oleju, dzięki któremu pozostaje ostry jak brzytwa. Szybkimi ciosami odrąbał półmetrowy kawałek korzenia i cisnął go do łodzi. Wypłynęliśmy spomiędzy namorzynów i ruszyliśmy w stronę małej wyspy, oddalonej o jakieś półtora kilometra. Kiedy do niej dotarliśmy, Chłopiec z Plaży zniknął w dżungli porastającej wysepkę, a my pozostaliśmy na brzegu, skąd roztaczał się szeroki widok na kanał żeglugowy. Dziewięć jednostek mozolnie sunęło przez cieśninę. W oddali majaczyła ściana wieżowców Singapuru.
– Kilka lat temu było to najlepsze miejsce do rozpoczęcia ataku – powiedział Muhammad. – Teraz za dużo tu patroli. Ale są inne możliwości. Spytałem go, dlaczego zdecydował się na piractwo. – Po części dla pieniędzy – odparł – ale to również frajda, przygoda, coś jak na filmie z Jamesem Bondem. Chłopiec z Plaży wyszedł z dżungli z sześciometrowym bambusowym drągiem, a Hakim wyrąbał z korzenia namorzynu 30-centymetrowy kolec. Następnie przywiązał kolec pod kątem do końca bambusa. - Tak wspinamy się na statek – powiedział Chłopiec z Plaży, sięgając w stronę pobliskiego drzewa, jak gdyby to była burta. – Tekong (sternik) podprowadza pancung do samej rufy – wyjaśniał, unosząc drąg i zaczepiając go o gałąź. Płynnym ruchem chwycił bambus rękami i podciągnął się, unosząc nogi. Potem ścisnął go stopami, wypychając ciało do góry, jak gąsienica. W ciągu kilku sekund dotarł do szczytu i zsunął się w dół po drągu.
– W ten sposób pięć „skaczących wiewiórek” może wejść na statek w niecałą minutę. – Podał mi bambus. – Teraz ty spróbuj. Zdjąłem buty i zacząłem go naśladować. Zgrubienia bambusa zapewniały dobry chwyt, a jego sztywność sprawiała, że wspinaczka była łatwiejsza niż po linie. Chłopiec z Plaży powiedział, że aby dostać się na pokład wyższego statku, wiążą ze sobą dwa lub trzy bambusy. Dotarłem na szczyt i zsunąłem się w dół.
– Mógłbyś być piratem – powiedział Muhammad. Pozostali wybuchnęli śmiechem. Kiedy zacząłem wkładać buty, poczułem żelazny uścisk na ramieniu i zimne ostrze paranga na karku.
– Potem łapiesz pierwszego marynarza, jakiego zobaczysz – warknął mi do ucha Muhammad. – Mów: gdzie są pieniądze. – Serce zaczęło mi łomotać, zanim uświadomiłem sobie, że to tylko demonstracja następnego etapu ataku. – I ten marynarz będzie potulny jak wodny bawół. „Skaczące wiewiórki” to drobni rabusie łupiący marynarzy. Współcześni piraci potrafią jednak działać z rozmachem i zagarnąć na przykład tysiące ton „czarnego złota”, czyli ładunek tankowca. Jak? national geographic zamieszcza coś w rodzaju instrukcji.