Władysław Szpilman był pianistą, który przeżył piekło getta. Jego muzyka stała się symbolem niezłomności kultury
Władysław Szpilman był kimś więcej niż „tylko” muzykiem, który przeżył wojnę. Był artystą, który niezwykle umiejętnie przekuł osobistą tragedię w uniwersalne przesłanie o sile kultury. Jego życie to parabola XX-wiecznej historii Polski – od wielokulturowej i nowoczesnej II RP, przez mrok zagłady, aż po skomplikowaną rzeczywistość PRL-u, w której musiał lawirować między własną wrażliwością a wymogami systemu.

Spis treści:
- Od zagłębiowskiej tradycji do berlińskiej awangardy
- Szpilman w złotej erze radia
- Getto warszawskie i granica człowieczeństwa
- Artystyczne odrodzenie
Dla przeciętnego odbiorcy Władysław Szpilman pozostaje pianistą z nagrodzonego trzema Oscarami filmu Romana Polańskiego. Należy jednak podkreślić, że jest to postać znacznie bardziej złożona i wielowymiarowa. Szpilman jak nikt inny uosabia nie tylko naturalną wolę przetrwania w nieludzkich warunkach warszawskiego getta, ale także, a może przede wszystkim, ewolucję polskiej wrażliwości muzycznej XX wieku – od berlińskiego modernizmu, przez elegancję międzywojennego eteru, aż po fundamenty powojennej estrady.
Od zagłębiowskiej tradycji do berlińskiej awangardy
Władysław Szpilman urodził się 5 grudnia 1911 roku w Sosnowcu. Jego rodzina od pokoleń była „przesiąknięta” muzyką. Środowisko to, charakterystyczne dla żydowskiej inteligencji artystycznej na ziemiach polskich stało się pierwszym naturalnym konserwatorium dla młodego pianisty.
Władysław już we wczesnym dzieciństwie wykazywał predyspozycje, które plasowały go poza ramami amatorskiego grania. W toku wieloetapowej edukacji zdołał wypracować unikatowy styl, łączący typową dla słowiańskiej kultury emocjonalność z germańską dyscypliną formy.
Pierwszym poważnym krokiem na tej drodze były studia w Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Trafił tam pod skrzydła Józefa Śmidowicza i Aleksandra Michałowskiego. Warto zaznaczyć, że obaj byli spadkobiercami tradycji samego Franza Liszta, co w sposób fundamentalny wpłynęło na technikę pianistyczną Szpilmana – kładącą nacisk na biegłość, perlistość dźwięku i głębokie zrozumienie romantycznej frazy. Jednak to wyjazd do Berlina w 1931 roku stał się katalizatorem jego twórczej tożsamości.
Pobyt w Berlinie
Do momentu dojścia Hitlera do władzy, Berlin był kulturalną stolicą Europy, w której ścierały się nurty neoklasycyzmu, jazzu i rodzącej się muzyki filmowej. Studiując kompozycję u Franza Schrekera, Szpilman nasiąkał nowoczesnym językiem muzycznym. To zaowocowało między innymi powstaniem suity fortepianowej „Życie maszyn” w 1933 roku. Dzieło inspirowane rytmem wielkiego miasta i industrialną estetyką ukazało pianistę jako kompozytora świadomego przemian cywilizacyjnych, któremu daleko było do wtórnego epigoństwa. W tym samym okresie powstał również koncert smyczkowy, co jednoznacznie dowodziło jego szerokich horyzontów.
Powrót do Polski
Nagły powrót do Polski w 1933 roku, wymuszony narastającym w Niemczech antysemityzmem i dojściem do władzy NSDAP, zamknął berliński rozdział jego życia, ale otworzył drogę do oszałamiającej kariery w Warszawie. Szpilman przywiózł ze sobą nie tylko warsztat, ale i zachodnią nowoczesność, która idealnie wpasowała się w potrzeby rodzącego się medium – radia.
Szpilman w złotej erze radia
W 1935 roku Władysław Szpilman rozpoczął pracę w Polskim Radiu. W II Rzeczypospolitej to właśnie to medium było największą potęgą kulturotwórczą, a Szpilman stał się jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych głosów. Rzadko mówił do mikrofonu. To swoją grą kreował prestiż rozgłośni. Pracował jako pełnoetatowy pianista, a to wymagało od niego niezwykłej elastyczności. Jednego dnia akompaniował wybitnym śpiewakom operowym, innego grał muzykę jazzową, a wieczorami prezentował recitale chopinowskie, które transmitowano na cały kraj.
W latach 30. XX wieku Warszawa dosłownie tętniła życiem nocnym, kawiarnianym i kabaretowym. Działając pod pseudonimem Al Legro, Szpilman stał się autorem przebojów, które nuciła cała stolica. Do jego największych przedwojennych sukcesów należały utwory pisane do tekstów brata, Henryka, czy wybitnych poetów jak Emanuel Szlechter. Piosenki takie jak „Jeśli kochasz się w dziewczynie” czy „Nie ma szczęścia bez miłości” stały się stałym elementem repertuaru warszawskich lokali.

W tamtym czasie często prezentował swój talent podczas kameralnych koncertów, głównie dzięki znajomości z Bronisławem Gimplem, uznanym skrzypkiem. W ten sposób ugruntował swoją pozycję jako poważnego interpretatora klasyki. Jednak pasmo sukcesów zostało na krótko przerwane w 1938 roku, kiedy Szpilman został zwolniony z rozgłośni, co było rezultatem narastającego antysemityzmu. Dyrekcja radia, pełna uznania dla jego geniuszu, stanęła jednak za nim murem, dzięki czemu po dwóch miesiącach przywrócono go na stanowisko.
Ostatnia dźwięk wolnego radia
23 września 1939 roku, gdy niemieckie bomby niszczyły infrastrukturę Warszawy, a elektrownia przestała dostarczać prąd do nadajników, Szpilman w studio przy ulicy Zielnej 25 grał swój ostatni recital na żywo. Wykonywał utwory Chopina, podczas gdy budynek radia drżał w posadach od wybuchów. Był to ostatni dźwięk wolnego polskiego radia przed wieloletnim milczeniem, a jednocześnie symboliczne zakończenie epoki, którą sam współtworzył.
Getto warszawskie i granica człowieczeństwa
Gdy nastała okupacja, status Szpilmana jako utalentowanego muzyka i celebryty przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Jako osoba pochodzenia żydowskiego, został wraz z całą rodziną poddany rygorom rasistowskiego ustawodawstwa Generalnego Gubernatorstwa. W 1940 roku cała rodzina została zmuszona do przesiedlenia się do warszawskiego getta.
W tym zamkniętym świecie Szpilman musiał stać się żywicielem rodziny. Muzyka, która dotychczas była dla niego sferą estetyczną, stała się zwykłym towarem. Pianista zarabiał, grając między innymi w kawiarniach „Sztuka” i „Nowoczesna”, które stanowiły surrealistyczne enklawy luksusu pośród wszechobecnego głodu i umierania. W „Nowoczesnej” spotykała się specyficzna klientela: bogaci przemytnicy, spekulanci i kolaboranci, którzy przy dźwiękach fortepianu starali się zagłuszyć świadomość nadchodzącej zagłady.
W sierpniu 1942 roku, podczas wielkiej akcji deportacyjnej, rodzina Szpilmanów trafiła na Umschlagplatz, punkt przeładunkowy do obozu zagłady w Treblince. Władysław stał już przy samym wagonie, gdy Itzhak Heller, policjant żydowski, rozpoznał w nim słynnego pianistę i siłą wypchnął go z kordonu policji. Po utracie rodziny pozostał w getcie jako robotnik przymusowy. Pracował przy wyburzaniu murów i sortowaniu mienia po wywiezionych Żydach, co dawało mu minimalne szanse na przetrwanie. To w tym czasie zaczął nawiązywać pierwsze kontakty z aryjską stroną, przygotowując grunt pod ucieczkę.
Robinson w ruinach
Nastąpiło to 13 lutego 1943 roku. Szpilman zdołał przedostać się na aryjską stronę Warszawy, gdzie przez kolejne półtora roku ukrywał się w prywatnych mieszkaniach, wspierany przez sieć polskich przyjaciół i współpracowników z Polskiego Radia. Wśród osób, które narażały dla niego życie, byli między innymi Andrzej Bogucki z żoną Janiną, małżeństwo Lewickich, a także wybitni kompozytorzy Witold Lutosławski i Piotr Perkowski.
Po upadku powstania warszawskiego pozostał w stolicy, stając się jednym z „Robinsonów warszawskich”. Ukrywał się na strychu spalonego domu przy alei Niepodległości 223, żywiąc się resztkami znalezionymi w ruinach i pijąc wodę z rdzawych rur. To właśnie tam, w listopadzie 1944 roku, doszło do spotkania z Wilmem Hosenfeldem.
Kapitan Wehrmachtu, zawodowy nauczyciel i głęboko wierzący katolik, był oficerem nietypowym – w swoich pamiętnikach wyrażał odrazę do zbrodni nazistowskich i współczucie dla ofiar. Znalazł Szpilmana przypadkiem, próbując urządzić w budynku kwaterę. Hosenfeld nie tylko nie wydał Szpilmana, ale regularnie dostarczał mu żywność i informacje o postępach Armii Czerwonej, co pozwoliło muzykowi doczekać stycznia 1945 roku.
Artystyczne odrodzenie
Szpilman wznowił działalność w Polskim Radiu już po kilku miesiącach od wyzwolenia. Przez pewien czas pełnił tam funkcję dyrektora działu muzycznego. Z czasem stał się jednym z głównych architektów powojennej polskiej muzyki rozrywkowej. Jego dorobek w tym obszarze jest imponujący – napisał około 500 piosenek, z których niemal 150 stało się ogólnopolskimi szlagierami. Jednak nie porzucił muzyki klasycznej.
W 1962 roku założył wraz z Bronisławem Gimplem „Kwintet Warszawski”, który stał się jednym z najbardziej eksportowych polskich zespołów kameralnych. Przez ponad 20 lat kwintet koncertował na całym świecie, dając ponad 2000 występów i zdobywając uznanie krytyki za interpretacje Brahmsa, Schumanna czy Grażyny Bacewicz. Szpilman był również ojcem chrzestnym festiwalu w Sopocie – to on w 1961 roku był inicjatorem i głównym organizatorem pierwszej edycji Międzynarodowego Festiwalu Piosenki, który miał otworzyć polską muzykę na świat.

