Twórczyni „Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego”: Dla sąsiadów jestem miłą panią z parteru
W pewnym momencie moje ciało stało się przedłużeniem komputera, właściwie zapomniałam, że je w ogóle mam. Myślę, że dlatego tak późno odkryłam swoją transpłciowość – mówi dr Maria Jadwiga Minakowska, filozofka, genealożka, transpłciowa aktywistka i twórczyni „Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego”.

Maria Jadwiga Minakowska (ur. 13 czerwca 1972 w Olsztynie) – polska filozofka, genealożka i demografka historyczna, doktor nauk humanistycznych oraz twórczyni dużych baz genealogicznych. Znana przede wszystkim jako twórczyni projektów genealogicznych Wielka Genealogia Minakowskiej oraz Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego, które gromadzą dane o setkach tysięcy osób powiązanych z elitami historycznymi Polski i Europy Środkowej. Publikuje prace z zakresu genealogii, demografii historycznej i analizy sieci społecznych. W 2024 r. ogłosiła tranzycję płciową i przyjęła imię Maria Jadwiga; wcześniej znana była jako Marek Jerzy Minakowski. Angażuje się również w działalność publiczną i społeczną, m.in. w dyskusje dotyczące miejsca osób transpłciowych w Kościele katolickim oraz w życiu publicznym.
Bała się pani transpłciowego coming outu?
Bałam się. Ale szybko zrozumiałam, że ten mój strach to papierowy tygrys, który się przewrócił, gdy mocniej tupnęłam nogą. Spodziewałam się zderzenia ze ścianą, a okazało się, że jestem jak czołg, który wjechał w makietę zamku.
Pani pozycja naukowa?
Nie ucierpiała ani trochę. Znajomi na konferencjach naukowych przyjmują mnie zupełnie normalnie, na zasadzie: „cóż, przyjeżdżał kolega, teraz przyjeżdża koleżanka”.
Biznes? Jest pani m.in. twórczynią Wielkiej Genealogii Minakowskiej i serwisu Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego.
Użytkownicy moich baz genealogicznych nie zrezygnowali z abonamentu tylko dlatego, że na stronie internetowej kiedyś było napisane „Wielka Genealogia Minakowskiego”, a teraz jest „Minakowskiej”.
Z tranzycją też poszło łatwo?
Łatwiej niż myślałam. Tempo było błyskawiczne, od dnia coming outu do zakończenia tranzycji minęło 14 miesięcy, ale w takich sprawach działam szybko, magisterkę zrobiłam w zaledwie trzy lata.
Pani rodzice nie żyją, więc nie musiała pani robić upokarzającej procedury pozywania rodziców o błędne ustalenie płci, której jeszcze do niedawana wymagało polskie prawo. Zastanawiała się pani, jak by zareagowali?
Od dziecka byłam inna niż większość rówieśników, więc rodzice byli przyzwyczajeni do moich „dziwactw”. Odpowiadali na nie akceptującym dystansem, więc jestem przekonana, że by mnie nie odrzucili. Mama pewnie by powiedziała, że już wcześniej coś przeczuwała. Tata skomentowałby jednym słowem: „aha…”.
Siostra?
Choć jest zaangażowaną katoliczką, w pełni mnie akceptuje. Większość znajomych też. Mieszkam teraz w Tarnowie, więc w jednym z tamtejszych klubów zrobiłam dla nich z okazji zakończenia tranzycji imprezę. Nazwałam ją „chrzcinami”, bo zmieniałam swoje imię. Anna Grodzka przysłała osobiste życzenia i skomponowaną przez siebie muzykę. Było też rytualne przechodzenie przez bramę z kwiatów.
Tarnów nie jest najbardziej progresywnym miastem w Polsce…
To stolica najbardziej katolickiej diecezji w Polsce, z najwyższym odsetkiem praktyk religijnych i frekwencji na katechezie. Ale czuję się w nim świetnie. Dla sąsiadów jestem po prostu miłą panią z parteru, która mówi dzień dobry i przyjmuje księdza po kolędzie. A że wcześniej była łysym facetem z długą brodą? Dla większości to chyba bez znaczenia.
Nie miała pani negatywnych reakcji?
Gdy jeszcze wyglądałam jak mężczyzna, ale już pomalowałam sobie brodę na różowo, usłyszałam na ulicy „pedał”. Teraz, po tranzycji, to się już nie zdarza. Kilka osób zaczęło udawać, że mnie nie zna, ale nigdy nie mieli odwagi nic powiedzieć. Sporo ludzi, zwłaszcza młodych, podchodzi i gratuluje albo dziękuje. Generalnie czuję się tu u siebie.
Nie chce pani robić rewolucji obyczajowej?
To nie w moim stylu. Jestem konserwatystką. Jako genealożka i badaczka społeczna gromadziłam dane o setkach tysięcy ludzi z różnych epok, od średniowiecza do współczesności. To uczy pewnej pokory i powściągliwości. Wiem, że społeczeństwo ma swoje reguły i zależności i nie mam zamiaru z tym walczyć.
A jednak została pani transpłciową aktywistką.
Bo wierzę, że tkwiąc na konserwatywnych pozycjach mam do spełnienia misję. Przyświecają mi słowa „Traktatu moralnego” Czesława Miłosza: „Lawina bieg od tego zmienia / po jakich toczy się kamieniach”. Nie walczę z mechanizmami społecznymi, lecz próbuję je wykorzystać w celu normalizacji transpłciowości. A że jestem doktorem filozofii, w dodatku po wieloletniej psychoterapii, to mam narzędzia, żeby to nazwać i opisać.
Pozostając w terminologii nauk społecznych, pani tranzycja wiąże się ze spektakularną deklasacją. Dla ludzi patrzących z zewnątrz wcześniej była pani heteroseksualnym mężczyzną, cenionym naukowcem z Krakowa. Teraz funkcjonuje pani jako transpłciową kobietą.
Używając języka francuskiego socjologa Pierre'a Bourdieu, miałam na tyle dużo kapitału kulturowego i społecznego, że mogłam sobie na taką „deklasację” pozwolić. Cena, jaką zapłaciłam za tranzycję, jest w sumie niewielka – trochę negatywnych komentarzy w internecie plus utrata kilku facebookowych znajomych.
Wiem jednak, że nie każdy ma ten przywilej. W Polsce są transpłciowi nastolatkowie, których rodzice wyrzucają z domu, bo uważają, że przynoszą hańbę rodzinie. Nie stać ich na tranzycję, a czasem nawet na mieszkanie. W jakimś sensie czuję się odpowiedzialna także za nich, stąd mój aktywizm.
Jako dr Marek Jerzy Minakowski, znany genealog, a także twórca i marszałek Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego, była pani raczej bohaterką prawej strony politycznej.
W 2016 r. „Polityka” napisała nawet, że jestem jednym z głównych architektów polityki historycznej Prawa i Sprawiedliwości. W rzeczywistości zawsze uważałam, że bliżej mi do ideowego centrum.
Skąd w takim razie podejrzenie o związki z prawicą?
W 2006 r. w stworzonej przez siebie internetowej „Genealogii Potomków Sejmu Wielkiego” opublikowałam genealogię braci Kaczyńskich. Trafił na nią dziennikarz TVN24 i zrobił ze mną wywiad. A że miał wyczucie newsa, to w tytule napisał, że Lech Kaczyński pochodzi od Bolesława Krzywoustego.
To była prawda?
Pewnie lekko podkoloryzowana, ale na podstawie moich ustaleń rzeczywiście dało się taką tezę postawić. Nagle najważniejsze polskie media zaczęły publikować sensacyjne artykuły pod hasłem: „Kaczyńscy wywodzą się od Mieszka I”. O sprawie napisała także prasa zagraniczna, m.in. ukraińska i niemiecka. Dzięki TVN24 z faktu naukowego, znanego jedynie niewielkiemu gronu specjalistów, zrobiła się sensacja na całą Polskę.
Jak to pani przyjęła?
Z satysfakcją. Od lat starałam się upowszechniać wiedzę na temat ciągłości między światem I Rzeczypospolitej a współczesnością. I nagle ta wiedza trafiła pod strzechy! Przy okazji stałam się wtedy osobą publiczną, wywiady ze mną zrobił i Robert Mazurek z „Rzeczpospolitej” i Joanna Lichocka, wtedy jeszcze dziennikarka „Gazety Polskiej”.
Te znajomości przetrwały?
Moje kontakty z przedstawicielami prawej strony nadal są na ogół poprawne. Joanna Lichocka w jednym z wywiadów nazwała mnie niedawno „panią Marią”, historyk prof. Andrzej Nowak na konferencji naukowej przepuszczał mnie w drzwiach, a z Magdaleną Gawin, byłą wiceminister kultury w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, przeszłyśmy na „ty” i dziś jestem dla niej Marysią.
Są tacy, którzy się odwrócili?
Dwie znane prawicowe dziennikarki zaczęły mnie publicznie hejtować w internecie. Jedna z nich pod moim zdjęciem, na których mam różowe włosy i sukienkę, napisała, że to obrzydlistwo. Druga – że dla niej zawsze pozostanę mężczyzną. A jeden z prawicowych publicystów wyrzucił mnie na Facebooku ze znajomych. To chyba wszystko.
Pani sama kiedyś była dziennikarką.
Tworzyłam w Polsce początki dziennikarstwa internetowego, od 1997 r. pracowałam w Onecie, wkrótce zostałam szefową tamtejszej redakcji gospodarczej. Byłam jedną z nielicznych osób, która łączyła umiejętności ścisłe i humanistyczne. Z jednej strony miałam bowiem na koncie doktorat łączący historię i logikę i seminarium u prof. Ryszarda Legutki na Uniwersytecie Jagiellońskim, z drugiej - błyskawicznie się uczyłam kodów programowania.
A genealogia? Jak się zaczęła ta przygoda?
Od digitalizacji starych herbarzy. Chodziło o to, żeby zamiast kartkować opasłe tomy, można było wszystko znaleźć w internecie. Z czasem przerodziło się to w zainteresowania naukowe, zaczęłam się zajmować genealogią elit Rzeczypospolitej od X do XXI w. Wygłaszałam referaty na sympozjach w Bibliotece Kórnickiej Polskiej Akademii Nauk, miałam odczyty w Polskim Towarzystwie Heraldycznym, opowiadałem o tym nawet w litewskim Sejmie.
W 2011 r. odeszłam z Onetu i zajęłam się własną działalnością genealogiczną, naukowo afliliując się przy środowisku demografów historycznych działających w zespole przy Polskiej Akademii Nauk.
Demografia historyczna? Co to za dziedzina nauki?
Dość wąska, można by powiedzieć elitarna. Przyglądamy się temu, jak liczne były przed wiekami rodziny, w jakim wieku ludzie brali ślub, jak na ich długość życia wpływały epidemie czy wojny. W czasopiśmie naukowym „Przeszłość demograficzna Polski” publikowałam artykuły m.in. na podstawie analizy prawie pół miliona nekrologów opublikowanych w sześciu największych polskich gazetach od połowy XIX w. Zbadałam też wszystkie akty urodzenia krakowskich Żydów w XIX wieku. Uwielbiam pracę z danymi i rekonstruowanie na ich podstawie pajęczyny powiązań społecznych.
Benedyktyńska praca…
Długo nie rozumiałam, jak to się dzieje, że tak łatwo wpadam w wieloletnie, gigantyczne projekty, do których inni nie mają cierpliwości. W 2024 r., niemal równolegle z opinią o transpłciowości dostałam diagnozę autyzmu. Wcześniej nie podejrzewałam, że jestem w spektrum, bo od zawsze byłam wysokofunkcjonująca, przyjęto mnie do Mensy, a w wieku 26 lat obroniłam doktorat. Żeby napisać pracę poświęconą logice formalnej przed Arystotelesem nauczyłam się starożytnej greki i przeczytałam w oryginale Homera, Herodota i całego Platona. Myślę, że spektrum autyzmu bardzo mi w tym pomogło.
A jak spektrum autyzmu przekłada się na pani pracę genealogiczną?
Genealogia wymaga żmudnej i długotrwałej pracy, a czasem także specyficznych umiejętności, które dla wielu wydają się mało sensowne i jeszcze mniej ciekawe. Żeby badać księgi metrykalne krakowskich Żydów musiałam się nauczyć odręcznego pisma niemieckiego z XIX wieku. Spektrum autyzmu rzutuje też na moje podejście metodologiczne. Badam ludzi jak entomolog mrówki, wyciągając wnioski odnośnie całego „mrowiska”.
To na swój sposób fascynujące, bo pozwala się przyglądać mechanizmom, z których sami uczestnicy zapewne nie zdawali sobie sprawy. Mrówka nie wie, dlaczego podążą w mrowisku taką, a nie inną drogą, a przecież nie ma w tej jej trasie przypadku. Dzięki prof. Tomaszowi Zareckiemu, socjologowi z Uniwersytetu Warszawskiego, z którym współpracuję, zaraziłam się teorią kapitału społecznego Pierre’a Bourdieu, którego już wspominałam. Dzięki niej możemy wyjaśniać, jak dawniej przebiegało i na czym polegało dziedziczenie pozycji społecznej.
W pani przypadku spektrum autyzmu okazało się supermocą?
W pewnym sensie tak. Wielu znajomych trochę z podziwem, a trochę z ironią, mówiło, że przepisuję do komputera „książki telefoniczne” sprzed wieków, a później umiem wyciągnąć z tego naukowe wnioski. Jednocześnie ta moja „supermoc” stała się dla mnie przekleństwem.
Dlaczego?
W pewnym momencie moje ciało stało się przedłużeniem komputera. Właściwie zapomniałam, że je w ogóle mam i że ma ono swoje potrzeby. Myślę, że właśnie dlatego tak późno odkryłam swoją transpłciowość. Wydaje mi się, że osobom w spektrum łatwiej jest ignorować dysforię płciową, bo od dzieciństwa funkcjonujemy trochę na marginesie. W dzieciństwie rówieśnicy nie chcą się z nami bawić w piaskownicy, a w dorosłym życiu otoczenie traktuje nas jak dziwaków. Dzięki temu, a właściwie przez to nauczyłam się skutecznie ignorować swoje emocje, zresztą do dziś nie umiem ich dobrze rozpoznawać i nazywać.
Jak to się przejawia?
Uświadamiam sobie, że jestem smutna lub wzruszona dopiero wtedy, gdy czuję łzy na policzkach. Wiem że jestem napięta, kiedy czuję drżenie mięśni. To się teraz powoli zmienia, po wieloletniej terapii i diagnozach. Co ciekawe, ja też się zmieniam. Zawsze byłam odludkiem, w młodości chciałam nawet zostać eremitą. Szczerze mówiąc nie miałabym wtedy nic przeciwko temu, żeby ktoś mnie zamurował w klasztornej celi i raz dziennie podawał przez okienko jedzenie.
Teraz udzielam się w mediach i działam aktywistycznie. Do tego stopnia, że z powodu dużej liczby odsłon na moim profilu Facebook zaczął się ze mną dzielić wpływami z reklam. Zarobiłam już 227 dolarów!
Jak się pani czuje w tym nowym wydaniu?
Zaskakująco dobrze. Z przyjemnością odnajduję się jako transpłciowa influenserka, którą ku swojemu zaskoczeniu zostałam. Przy okazji stałam się osobą bardzo towarzyską i społecznie aktywną. Trochę się tylko boję, że ten aktywizm to kolejna królicza nora, w którą wpadłam. I że wyjdę z niej dopiero wtedy, gdy w Polsce już wszyscy się znudzą osobami trans, powiedzą, że właściwie nie ma się już o co spierać i nas zaakceptują.
Rozmawiał Marcin Dzierżanowski

