Marek Ogień raczej nie należy do ludzi, którzy lubią siedzieć w miejscu. Kiedy nie przebywa na foto eskapadach, albo akurat nie fotografuje pierwszego na świecie zjazdu na nartach z K2, jeździ na snowboardzie albo biega. To nie było łatwe, ale udało mi się go złapać w pewien styczniowy poranek, żeby porozmawiać o jego pracy, dzieciństwie, insta-rzeczywistości i... planach na emeryturę.

KATARZYNA MAZUR: Na pierwszy ogień [nomen omen - przyp.red] mam do ciebie pytanie z serii “nic, co ludzkie nie jest mi obce” – masz takie dni, że nie chce ci się wstawać do roboty? 

MAREK OGIEŃ: Nie, nigdy nie mam tak, że mi się nie chce wstawać. Nawet, jak wiem, że czekają mnie skomplikowane zdjęcia, jednak zawsze czuję jakąś ekscytację i wyzwanie. Moim zdaniem, jeżeli nie ma tej ekscytacji, można się w tym trochę zgubić i jaki tak naprawdę sens ma wtedy wstawanie, czy chodzenie do pracy? Ja go nie widzę. Wiadomo – jak każdy miewam trudne dni, kiedy rzeczywiście rano myślę “O Jezu, co ja będę dzisiaj robił?” albo jak tu się przeorganizować, żeby coś wyszło lepiej. Wtedy mam trudniejsze chwile, ale raczej nie miewam negatywnych myśli.

KM: To chyba jesteś wyjątkiem na polskim krajobrazie, bo w sumie każdy trochę narzeka. To znaczy, że chyba bardzo lubisz to, co robisz?

M.O.: Bardzo. No kocham! Tak naprawdę wymarzyłem sobie bycie fotografem, spełniam się w tym, kocham to i jednocześnie na tym zarabiam, więc jest to całkiem fajne połączenie. 

K.M.: A co napędza cię do pracy? Są ludzie, którzy nie ruszą palcem bez 10 litrów kawy, czy włączenia ulubionej playlisty, niektórzy pobudzają się innymi rzeczami. Ciekawi mnie, jakie są twoje rytuały.

M.O.: Biegam i staram się to robić w miarę systematycznie. To daje mi energię i mobilizuje mnie do działania, ale traktuję to też jako formę medytacji. To, że wyjdę i przelecę się gdzieś kilka kilometrów, pozwala mi złapać oddech, zastanowić się nad sobą i swoimi planami, nad tym, co robię źle i co robię lepiej. Do działania napędzają mnie też wszystkie wyjazdy z aparatem, dzięki nim mam do tego wszystkiego dużo więcej wigoru.

K.M.: No tak – przygoda napędza przygodę. Skoro jesteśmy przy przygodach – na swojej stronie internetowej napisałeś, że  dzieciak bardzo często lądowałeś na ostrym dyżurze. Poczułam się, jakbym czytała o sobie, z tym że u mnie powodem była czysta pierdołowatość? A jak było u ciebie – to była wina nieuważności, czy właśnie tej żądzy przygody, która pchnęła cię potem do pracy z aparatem?

M.O.: Myślę, że wszystko. Moja partnerka mówi, że jestem jak słoń w składzie porcelany i z tym na pewno mam problem. Z drugiej strony, cały czas pakowałem się w kłopoty – to zjechałem z górki na sankach i wylądowałem na słupie, to wjechałem na rowerze w drzwi otwartego samochodu… Więc tak, trochę tych przygód było. Zdarzyły się wakacje, podczas których chyba sześć czy siedem razy mnie zszywali, z mniej lub bardziej poważnych powodów. To ciągnęło się przez tyle czasu, że lekarz, który mnie szył, zaczął mówić na mnie Kamikadze. Było kilka takich lat, kiedy “poobijałem” się dość mocno, a raz naprawdę niewiele brakowało do najgorszego zakończenia, ale o tym już nie będę mówił.

K.M.: Najważniejsze, że wszystko poszło dobrze. A czy w twojej pracy zdarzyły ci się jakieś niebezpieczne albo nieprzyjemne sytuacje?

M.O.: Raz prawie odmroziłem sobie nogi i to była rzecz, której się bardzo przestraszyłem, bo to była bardzo mroźna zima. Kolejnej wiosny, kiedy robiłem zdjęcia dla jednej ze sportowych marek na lodowcu, wjechał we mnie narciarz i trochę się poturbowałem, ale na szczęście nic poważnego mi się nie stało, a plecak ze sprzętem był cały i zdrowy, także skończyło się dobrze.

Różne przygody spotkały mnie też na wyprawie z Andrzejem Bargielem. Był taki moment, że Jędrek poszedł do góry na szybką aklimatyzację i kiedy schodził na dół, zadzwonił do mnie przez walkie-talkie, że jest trochę odwodniony, więc trzeba mu przynieść picie i jedzenie. Poszliśmy więc z Piotrkiem [Piotr Pawlus, operator filmowy uczestniczący w wyprawie – przyp. red] i spotkaliśmy się z nim gdzieś między szczelinami lodowca. Jędrek wypił coś słodkiego i podjadł, więc skoczył mu cukier i rura do bazy. My nie chcieliśmy się ścigać, więc schodziliśmy sobie na spokojnie. Droga do obozu była bardzo łatwa –  wystarczyło iść pewnymi śladami i nie na skróty. No ale zagadaliśmy się o nieszczęściach, które dzieją się na lodowcach i innych wyprawac hi niechcący poszliśmy na skróty, czyli totalnie prosto przez lodowiec z masą szczelin. W pewnym momencie półka, na której staliśmy, zaczęła się pod nami uginać, więc ja zacząłem z tego wybiegać, a Piotrek wpadł po pas – prawdopodobnie stanęliśmy na jakiejś szczelinie zasypanej śniegiem. Myślę że niewiele brakowało do poważnego nieszczęścia i to był błąd totalnie z naszej głupoty.

K.M.: No właśnie, wyprawa z Andrzejem Bargielem. Towarzyszyłeś mu podczas historycznego wydarzenia, kiedy jako pierwszy człowiek na świecie tak po prostu zjechał sobie na nartach z K2. Czy musiałeś jakoś specjalnie przygotować się do tego wyzwania? Jak takie przedsięwzięcie wygląda od strony fotografa?

M.O.: Co do przygotowań, sprawa wyglądała tak, że kiedyś Jędrek przyjechał do Warszawy, poszliśmy razem pobiegać i zapytał mnie, co ja na wyprawę. No a ja na to, że no pewnie! Ustaliliśmy, że ogarnie co trzeba i da znać, ale na jakiś czas przestał się odzywać i nie odbierał telefonów więc uznałem, że pewnie załatwia jakieś swoje rzeczy. Potem przyszła wiosna i nagle odezwał się z propozycją 1,5-miesięcznego wyjazdu do Pakistanu… za dwa tygodnie. Tak więc, ten wypad w nieznane spadł na mnie dość niespodziewanie i nie było czasu na specjalne przygotowania. Fizycznie byłem przygotowany całkiem nieźle, bo regularnie uprawiam sport, więc tego się nie bałem.

Bałem się za to, jak mój organizm zareaguje na tak dużej wysokości, bo jednak baza znajduje się na pięciu tysiącach metrów. Sam trekking trwa 6 dni i jest to 120 kilometrów, więc codziennie idzie się bite 8 godzin, a organizm dostaje trochę po tyłku i może zareagować różnie. Niektórych trzeba ściągać na dół, inni dostają wysokościowe leki. Ja po dotarciu do bazy miałem taki moment, że rzeczywiście poczułem się dziwnie – nie miałem apetytu, nie chciało mi się pić, nie chciało mi się rozmawiać. Jędrek miał podobnie, więc poradził, żebyśmy normalnie pili, jedli i działali i to uczucie minęło, chociaż początek był trudny.

Jednak, gdy człowiek wyjdzie z namiotu i widzi ten majestatyczny teren przepięknych gór w bieli i szarościach, myśli sobie: “Kurde, gdzie ja jestem? Jestem tak daleko od domu, nie ma internetu, telefon nie działa, nie ma z nami kontaktu poza telefonem satelitarnym”. Byliśmy totalnie odcięci i to zrobiło na mnie bardzo mocne wrażenie. Później się to uspokoiło, zwłaszcza, że nie wchodziłem z Jędrkiem do góry. Nie jestem wspinaczem ani alpinistą, więc nie chciałem narażać sensu wyprawy jakimś swoim głupim błędem. Poruszałem się głównie po terenach wokół bazy, które były sprawdzone i bezpieczne – tam powstały zdjęcia i materiały filmowe z tej wyprawy.