Na indonezyjskich wyspach wciąż próbują żyć z tego, co ma do zaoferowania dżungla.

Jest ich ok. 64 tys. Zamieszkują archipelag leżący 150 km na zachód od Sumatry. Żyją w chatach na palach, zwanych umami, w wioskach liczących do 30 osób, oddalonych od siebie do kilku godzin marszu. Wyznają animizm – wierzą, że poza człowiekiem duszę mają także zwierzęta i przedmioty. W trakcie ich ceremonii szamani rozmawiają więc z duszami zmarłych przodków i duchami dżungli. Do końca XIX w. Mentawajowie żyli w izolacji. Po odzyskaniu niepodległości w 1945 r. Indonezja zaczęła jednak prowadzić politykę „cywilizowania” ludów pierwotnych – zaczęto budować szkoły i kościoły, zakazano tradycyjnych tatuaży i piłowania zębów. Część Mentawajów ułożyła sobie życie w nowych realiach, pozostali wycofali się głębiej w puszczę. To właśnie te rodziny są dziś ostatnimi kultywującymi wiekowe tradycje. Czas spędzony pośród nich był dla mnie fascynujący już od chwili zejścia z łodzi na brzeg późnym wieczorem. Pomijając błoto zasysające nogi po kolana, samo posłuchanie nocnego życia dżungli jest doznaniem niezwykłym. Brodzenie
w bagnistych sadzawkach czy pływanie w rzekach wymagało mocno optymistycznego założenia, że żyjące tam stworzenia nie są mną zainteresowane. Było to też wyzwanie dla sprzętu, bo wysoka wilgotność pozbawiała akumulatory energii, wszystko parowało i było regularnie zlewane równikowym deszczem. Ostatniego wieczoru, siedząc z szamanem na werandzie umy, usłyszałem, że jestem pierwszym zawodowym fotografem, który w ich wiosce robił zdjęcia. Być pionierem – to miłe uczucie.