11 marca 2011 zatrzęsła się ziemia u wybrzeży japońskiej wyspy Honsiu. 6 lat później to miejsce odwiedza i opisuje nasz znajomy podróżnik - Wojciech Tomanik.

Miasteczko Ishinomaki, godzina drogi jazdy pociągiem na północ od dwumilionowego Sendai, stolicy prefektury. Trzęsienie ziemi, a następnie potężne fale tsunami zrównały z ziemią znaczną jego część, praktycznie wszystkie osiedla na wybrzeżu oraz wzdłuż rzeki. Na płaskim terenie ocalały jedynie nieliczne budynki, z których większość trzeba było rozebrać.
 

W Ishinomaki zginęło 3537 osób, 431 uznano za zaginionych, ewakuowano 50429. W prefekturze Miyagi, na której terenie  Ishinomaki leży, poniosło śmierć 10521 osób, zaginęło 1258, ewakuowano 320 885. Dla porównania, w całej prefekturze Fukushima zginęło 3679 osób, 3 było zaginionych, ewakuowano 120 361. 
 

Zobacz galerię!
 

Z osiedla Minami-hamacho, położonego na wybrzeżu, nie zostało dosłownie nic. 6 lat po kataklizmie były tam tylko zarastające trawą resztki ulic, gdzieniegdzie poukrywane w gęstej trawie niewielkie kapliczki pamięci. Nikt już tam nie będzie mieszkał - tereny te zostaną przekształcone w park.
 

Ludzie mogli uciekać tylko na strome, porośnięte gęstym bambusowym lasem wzgórza, prawie niemożliwe do przejścia z wyjątkiem ścieżek ewakuacyjnych. Bardzo wielu się nie udało.
 

Nie udało się to żonie pana Ogaty Katsuju, właściciela restauracji yakisoba, która tego dnia została unicestwiona. Pani Ogata nigdy nie znaleziono. Odnaleziono tylko szpatule, których używała przy w kuchni. Pan Ogata wiele dni czekał na powrót żony i nigdy do końca nie uwierzył, że nie wróci.  
 

Wkrótce po opadnięciu wody właśnie ktoś z Minami-hamacho rzucił hasło: Ishinomaki, walczmy! Ganbarou, Ishinomaki! Hasło to, namalowane wielkimi literami na fragmentach konstrukcyjnych wyciągniętych ze sterty gruzu, stało się symbolem nadziei jednoczącym wszystkich mieszkańców nie tylko miasta, ale i regionu. Ganbarou, Ishinomaki! Ganbarou, Miyagi! Ganbarou Nihon! 
 

Pan Ogata Katsuju na miejscu zniszczonej restauracji podjął próbę jej odbudowy, w dalszym ciągu czekając na zaginioną żonę. Przez parę lat sprzedawał yakisobę z żółtej ciężarówki, która stała się jednym z symboli miasta podnoszącego się z gruzów.
 

Dziś Ishinomaki odradza się. W miasteczku słychać odgłosy budowy. Na osiedlach tymczasowych po kolejnych mieszkańcach, którzy przenieśli się do nowo wybudowanych domów zostają tylko zaklejone skrzynki pocztowe.
 

Wracają emigranci. Tacy, jak jak np. pan Onodera, obecnie właściciel restauracji z yakitori. Urodzony w Ishinomaki, 20 lat spędził w Tokyo, doskonaląc swoje umiejętności kulinarne. Gdy jego rodzinne miasto dotknęła tragedia, uznał, że właśnie czas wracać, że jest potrzebny tu, na miejscu. Początkowo prowadził swoją restaurację w przyczepie na placu zwanym COMMON, razem z innymi podobnymi sobie, by w końcu otworzyć restaurację z prawdziwego zdarzenia.
 

Miasto i ludzie pamiętają. Tablice i napisy z hasłem “Ganbarou, Ishinomaki!” są wszędzie. W wielu miejscach są tablice pokazujące poziom wody tamtego dnia. Większość firm i sklepów posiada pokoje lub kąciki pamięci, czasem są to nawet małe muzea, dotyczące tragedii. 
 

Ale pamięć, która żyje na każdym metrze kwadratowym, nie służy rozgrzebywaniu ran. Nie pamiętając o przeszłości, nie potrafimy przygotować się na przyszłość. Dlatego na dachu budynku firmy Miyagi Express wybudowano lądowisko dla helikopterów, przygotowane tak, by mogły na nim lądować najcięższe śmigłowce sił samoobrony - by nie powtórzyła się sytuacja, że nie ma jak ewakuować ludzi, bo nie ma gdzie lądować. Dlatego powstają dziesiątki mniejszych i większych wynalazków, jak zaprojektowany przez profesora miejscowego uniwersytetu fotel samochodowy, który może służyć jako tratwa, śpiwór i namiot. 
 

Ta pamięć jednoczy. Rozmawiając z kimkolwiek z Ishinomaki miałem poczucie, że rozmawiam z osobami z wielkiej rodziny. To poczucie wspólnoty generuje tę gigantyczną energię popychającą miasto do ku przyszłości.
 

Tekst: Wojciech Tomanik