Wybory 1990 wyznaczyły nowy kierunek. Emocje społeczne sięgnęły wówczas zenitu
Wybory 1990, czyli pierwsze powszechne wybory prezydenckie w III RP, stanowią absolutny fundament naszego kraju. Nie były one jedynie procedurą wyłonienia głowy państwa, a raczej plebiscytem nad kształtem nowej Polski. To w trakcie tej brutalnej kampanii zdefiniowały się podziały, które na kolejne trzy dekady zarysowały mapę polityczną kraju. To wtedy pojęcie Solidarności jako monolitu odeszło do przeszłości, a Polska po raz pierwszy zasmakowała nowoczesnego populizmu.

Spis treści:
Rok 1990 to w polskiej historii granica epok – moment metaforycznego pęknięcia, kiedy „stare” jeszcze nie do końca umarło, a „nowe” rodziło się w bólach i chaosie, któremu towarzyszyły ogromne emocje społeczne. O ile rok 1989 był czasem wielkiej euforii, to następny przyniósł twarde lądowanie. Polacy zrozumieli, że wolność ma swoją cenę, a bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, trawionym przez ambicje, lęki i wzajemne animozje.
Kraj na rozdrożu
U progu 1990 roku Polska była „wielkim placem budowy” i jednocześnie – ruiną starego systemu. W sklepach zaczynały pojawiać się towary, ale ceny szalały. Ulicami jeździły jeszcze nysy i żuki, ale obok nich parkowały już pierwsze samochody sprowadzane z zachodu. W powietrzu czuć było zapach zmian, ale i narastającego strachu.
Prezydent z kontraktu
Polityczny układ sił w 1990 roku był bezpośrednią konsekwencją kompromisu zawartego przy Okrągłym Stole wiosną 1989 roku. Tamte ustalenia, choć historyczne i przełomowe, zakładały ewolucyjne dochodzenie do demokracji. Opozycja solidarnościowa zgodziła się na pewien podział władzy, który miał gwarantować bezpieczeństwo komunistom i uspokoić Moskwę.
Urząd prezydenta został przywrócony i skrojony specjalnie pod generała Wojciecha Jaruzelskiego. Głowa państwa miała być gwarantem ciągłości sojuszy i kontroli nad resortami siłowymi – wojskiem i milicją. 19 lipca 1989 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało Jaruzelskiego na to stanowisko. Wybór ten był de facto wymuszony racją stanu i obawą przed radziecką interwencją, jednak w oczach społeczeństwa prezydent nadal pozostawał symbolem stanu wojennego.
Tymczasem rozwój wydarzeń w Europie nabierał tempa, którego nikt się nie spodziewał. Jesień Narodów zmiotła komunistyczne reżimy w Europie Środkowo-Wschodniej. Mur berliński runął. W Pradze triumfował Václav Havel, a w Rumunii rozstrzelano Nicolae Ceaușescu. Na tym tle Polska, pionier zmian, nagle zaczęła wyglądać archaicznie. Mieliśmy niekomunistycznego premiera, ale w Belwederze wciąż urzędował komunistyczny generał.
Rząd Tadeusza Mazowieckiego
Powstały w 1989 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego był gabinetem wielkich nadziei i oczekiwań. Premier, który opowiadał się za powolną ewolucją i unikaniem gwałtownych wstrząsów, wydawał się idealnym liderem na czas przejścia.
Rząd ten podjął się zadania przebudowy gospodarki nakazowo-rozdzielczej na rynkową. Twarzą tej operacji został minister finansów Leszek Balcerowicz. Wprowadzony 1 stycznia 1990 roku „Plan Balcerowicza” był prawdziwą terapią szokową. Uwolnienie cen, walka z hiperinflacją, wprowadzenie wymienialności złotego – to wszystko były ruchy konieczne, by uratować bankrutujące państwo.
Ale społeczeństwo, początkowo gotowe do wyrzeczeń, zaczęło tracić cierpliwość. Mit „zachodu” zderzył się z brutalną rzeczywistością pierwotnego kapitalizmu. Upadały wielkie zakłady przemysłowe, które były bastionami „Solidarności”. Bezrobocie, zjawisko w PRL oficjalnie nieznane, zaczęło lawinowo rosnąć. Ludzie tracili grunt pod nogami. W tej atmosferze filozofia rządu, oparta na haśle „siła spokoju” i apelach o cierpliwość, zaczęła być odbierana jako arogancja i oderwanie od życia zwykłego człowieka.
Wojna na górze
Gdy w Warszawie rząd Mazowieckiego reformował państwo, w Gdańsku narastała frustracja. Lech Wałęsa, niekwestionowany lider ruchu, został poza głównym nurtem decyzyjnym. W swojej siedzibie w Gdańsku przyjmował zagraniczne delegacje, ale realna władza była w rękach jego niedawnych doradców – Mazowieckiego, Geremka i Kuronia.
Wałęsa czuł, że traci kontrolę. Widział też rosnące niezadowolenie społeczne. Zamiast pozwolić, by ten gniew obrócił się przeciwko niemu, postanowił stanąć na jego czele. Wspierany przez braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich, sformułował doktrynę „przyspieszenia”. Hasło to było genialne w swojej prostocie. Wałęsa podnosił, że zmiany idą zbyt wolno, komuniści wciąż mają się dobrze, uwłaszczają się na majątku narodowym, a rząd jest zbyt miękki. Mówił o potrzebie „przewietrzenia Warszawy”.
Tak rozpętała się „wojna na górze”. Wałęsa publicznie zaatakował rząd, twierdząc, że potrzebny jest konflikt, by oczyścić atmosferę. Środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej” i rządu, z Adamem Michnikiem na czele, odebrało to jako atak na rodzącą się demokrację. Michnik, niegdyś przyjaciel Wałęsy, stał się jego najostrzejszym krytykiem, ostrzegając przed populizmem i autorytaryzmem przewodniczącego. Pęknięcie stało się faktem. Obóz solidarnościowy podzielił się na dwa zwalczające się plemiona: zwolenników rządu i Wałęsy.
Jak wybrać nowego prezydenta?
Na początku 1990 roku, decyzja o rozpisaniu nowych wyborów nie była oczywista. Jaruzelski dopiero rozpoczynał kadencję. Jednak wywierana przez Lecha Wałęsę presja i postępujący rozkład PZPR sprawiły, że trwanie układu okrągłostołowego stało się niemożliwe.
Zgodnie z pierwotnymi ustaleniami, prezydenta wybierało Zgromadzenie Narodowe. Taki tryb faworyzowałby kandydata kompromisu. Wałęsa dążył do wyborów powszechnych. Uginając się pod polityczną i społeczną presją, 21 września 1990 roku Sejm podjął uchwałę o skróceniu kadencji prezydenta i własnej. Sześć dni później znowelizowano konstytucję.
Kandydaci w wyborach 1990
Wolę kandydowania wyraziło 16 osób. Do walki o najwyższy urząd ostatecznie stanęło 6 kandydatów, z których każdy reprezentował inną wizję Polski.
Lech Wałęsa
Wałęsa dysponował silnym zapleczem, na które składało się Porozumienie Centrum, NSZZ „Solidarność”, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe i Kongres Liberalno-Demokratyczny. Prowadził głośną i agresywną kampanię, w której odgrywał rolę trybuna ludowego. Spotykał się z tłumami na wiecach, używał prostego, dosadnego języka, pełnego bon motów. Jego głównym atutem była wiarygodność historyczna – to on „przeskoczył przez płot” i obalił komunizm. Teraz obiecywał dokończenie rewolucji.
Tadeusz Mazowiecki
Mazowieckiego popierał Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna i Forum Prawicy Demokratycznej. Spokojny, powolny, zawsze ubrany w garnitur polityk z charakterystyczną zmęczoną twarzą był przeciwieństwem Wałęsy. Jego sztabowcy uznali, że w czasach chaosu ludzie pragną stabilizacji. Hasło „Siła spokoju” miało być odpowiedzią na wałęsowską agresję.
Premier odwoływał się do odpowiedzialności. Mówił o konieczności kontynuowania reform, budowaniu państwa prawa i powrocie do Europy. Unikał populizmu, nie obiecywał gruszek na wierzbie.
Stanisław Tymiński
Za Tymińskim nie stały żadne znaczące struktury partyjne. Początkowo wspierany przez małą Partię X, korzystał z pomocy spontanicznych wolontariuszy, ale też, jak podejrzewano, nieformalnych struktur byłych służb specjalnych, które widziały w nim narzędzie chaosu. Był dosłownie postacią znikąd. Emigrant, który wyjechał z Polski w latach 60., zrobił rzekomą karierę biznesową w Kanadzie i Peru. W kraju szarym i biednym jawił się jako człowiek sukcesu – ucieleśnienie amerykańskiego snu.
Tymiński był prekursorem antyestablishmentowego populizmu. Nie atakował komunizmu ani nie bronił reform. Celował „układ”. Mówił, że Polska jest rozkradana, że rządzący zdradzili naród.
Pozostali kandydaci
Jak się okazało, pozostała trójka stanowiła zaledwie tło dla gigantów.
- Włodzimierz Cimoszewicz (SdRP). Reprezentant lewicy. Jego zadaniem nie było zwycięstwo, a zapewnienie przetrwania formacji. Miał pokazać ludzką twarz lewicy.
- Roman Bartoszcze (PSL). Jedyny kandydat reprezentujący wieś, która czuła się zagrożona importem żywności i brakiem protekcjonizmu państwa.
- Leszek Moczulski (KPN): Weteran walki o niepodległość, radykał. Jego antyrosyjska i antykomunistyczna retoryka, choć szlachetna, wydawała się w 1990 roku anachroniczna. Moczulski mówił językiem II RP, podczas gdy Polacy chcieli słuchać o nowoczesności.
Listopadowy szok
25 listopada 1990 roku, dzień wyborów, przyniósł szokujące wyniki. Do ostatniej chwili sondaże dawały Mazowieckiemu drugie miejsce lub wieszczyły mu zwycięstwo. Tymczasem premier nie zakwalifikował się nawet do drugiej tury.
W głosowaniu uczestniczyło 60,6% uprawnionych (16,7 mln obywateli). Wałęsa uzyskał 39,96% poparcia, zdobywając 6 569 889 głosów. Tymiński zdobył 3 797 605 głosów, co przełożyło się na 23,1% poparcia.
Pospolite ruszenie w obronie rozsądku
Okres między 25 listopada a 9 grudnia 1990 roku był jednym z najdziwniejszych w historii III RP. W obliczu zagrożenia, że prezydentem Polski zostanie nieobliczalny Tymiński, nastąpiła bezprecedensowa konsolidacja elit postsolidarnościowych. „Wojna na górze” dobiegła końca. Obóz Mazowieckiego zachował się odpowiedzialnie, wzywając do głosowania na Wałęsę. Wszyscy jednym głosem ostrzegali przed nieobliczalnym Tymińskim.
9 grudnia 1990 roku Polacy ponownie poszli do urn. Lech Wałęsa uzyskał 10 622 696 głosów (74,25%), natomiast Stanisław Tymiński – 3 683 098 (25,75%).
Nasz autor
Artur Białek
Dziennikarz i redaktor. Wcześniej związany z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. W „National Geographic” pisze przede wszystkim o historii, kosmosie i przyrodzie, ale nie boi się żadnego tematu. Uwielbia podróżować, zwłaszcza rowerem na dystansach ultra. Zamiast wygodnego łóżka w hotelu, wybiera tarp i hamak. Prywatnie miłośnik literatury.

