Reklama

Spis treści:

  1. Co to za stwór?
  2. Funkcja wychowawcza beboka
  3. Jak wyglądał bebok? Portret potwora
  4. Gdzie mieszkał bebok?
  5. Od demona do maskotki

Strach towarzyszy ludziom od zawsze, ale współcześnie przyjmuje zupełnie inne, racjonalniejsze oblicze niż przed wiekami. Dziś coraz mniej osób boi się zjaw, duchów i innych niestworzonych mar. Ale w czasach, gdy jedynym źródłem światła w domu był chybotliwy płomień świecy lub lampy naftowej, każdy cień wydawał się być bestią. A wszystkie one miały swoje imię.

Co to za stwór?

Dziś słowo „bebok” brzmi nieco zabawnie, ale przed wiekami nie było do śmiechu nikomu, kto je usłyszał. Nazwa ta wskazuje na złośliwego demona z wierzeń słowiańskich. Trudno określić, kiedy narodziła się wiara w tego stwora. W Polsce najstarszym źródłem wymieniającym jego imię najprawdopodobniej jest dialog „Ziemianin” z 1565 roku, autorstwa księdza Jana Dymitra Solikowskiego, wybitnego publicysty polskiego renesansu.

Z czasem wiele straszydeł z panteonu słowiańskich demonów popadło w zapomnienie. Ale nie bebok. W XIX stuleciu wiara w tego stwora wciąż była żywa w Małopolsce i Wielkopolsce, gdzie powiedzenia „jak nie bydzies jád, to cie bebák zjé” i „cicho bądź, bo cię bobok weźmie” były niezawodnymi narzędziami wychowawczymi. Wskazują na to choćby zapiski etnografa Oskara Kolberga. Z kolei Bogdan Baranowski zauważył, że w okolicach Puszczy Sandomierskiej funkcjonowała wówczas pokrzepiająca kołysanka, służąca oswojeniu dziecięcych lęków:

Dodo moje, dodo
Ścigało mnie bobo
Ręce, nogi miało
Ukochać mnie chciało.

Funkcja wychowawcza beboka

Jeszcze w XVI wieku bebok był zjawą, której bali się wszyscy, jak wskazuje „Słownik etymologiczny języka polskiego”, autorstwa Aleksandra Brücknera. Z czasem stał się postrachem niegrzecznych dzieci. Wskazują na to nie tylko ludowe podania, ale także słowo „bobo”, które jest rdzeniem nazwy demona.

Mamy tu do czynienia z reprodukcją sylab (bo-bo), która jest typowa dla mowy dziecięcej. Paradoks polega na tym, że to samo słowo – „bobo” – w języku polskim oznacza małe dziecko, a w sferze demonologicznej – potwora, który temu dziecku zagraża. Wygląda zatem na to, że bebok jest niczym innym, jak mrocznym odbiciem dziecięcej niewinności.

Strach jako narzędzie kontroli

Dlaczego rodzice straszyli dzieci bebokiem? Dziś takie praktyki wydają się okrutne, ale należy podkreślić, że w dawnych społecznościach wiejskich i robotniczych, dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej. Rodzice, zajęci ciężką pracą, nie mieli czasu na nieustanny nadzór nad potomstwem. Nie było niań, monitoringu ani bezpiecznych placów zabaw. Dzieci bawiły się same, często w otoczeniu maszyn rolniczych, głębokich stawów czy zwierząt hodowlanych.

W takiej rzeczywistości bebok pełnił funkcję „wirtualnego ogrodzenia”. Był najskuteczniejszym systemem prewencyjnym. Wystarczyło zaszczepić w umyśle dziecka wiarę, że w niebezpiecznych miejscach czyha potwór, by samo zrezygnowało z ich eksploracji.

Bebok? A może babok? Strach niejedno ma imię

Choć „bebok” jest formą dominującą na Górnym Śląsku, nazwa potwora, o którym mowa, jest zróżnicowana regionalnie. W Małopolsce i Wielkopolsce częściej spotyka się formę „babok”. Drobna różnica samogłoskowa nie zmienia jednak natury zjawy. Bez względu na to, jak nazywano tego potwora, mowa była o istocie porywającej niegrzeczne dzieci.

Jak wyglądał bebok? Portret potwora

Najbardziej przeraża to, co jest nieznane. Wiele demonów wymyka się precyzyjnym opisom, ale nie bebok. W przekazach ludowych był opisywany różnorako. Niemniej jednak na podstawie dawnych opisów można zrekonstruować pewien archetyp.

Dominujący obraz przedstawia beboka jako istotę niewielką. Miał on mierzyć od 50 do 100 cm. Niski wzrost miał swoje uzasadnienie. Niewielki demon mógł skutecznie ukrywać się w zakamarkach, gdzie pozostawał niewidoczny. Jednocześnie był wystarczająco wysoki, by zagrozić dziecku.

Bebok łączył cechy ludzkie ze zwierzęcymi. Poruszał się na dwóch nogach, ale był nadmiernie owłosiony, co zbliżało go do słowiańskiego Leszego. Zamiast stóp miał kopyta. Ta cecha stanowiła wyraźne nawiązanie do ikonografii diabelskiej, sugerując piekielne pochodzenie stwora. Zgodnie z niektórymi podaniami z terenu Śląska, miał oczy umieszczone z trzech stron głowy. Ta szczególna cecha miała zapewniać mu wszechwiedzę – bebok widział wszystko, co robi dziecko, nawet gdy wydawało się, że nie patrzy.

Atrybuty beboka

Niski, ale piekielnie skuteczny porywacz dzieci nie wyruszał na łowy z pustymi rękami. Bebok miał swoje „rekwizyty grozy” – proste, za to dobrze spełniające swoją funkcję:

  • wór – służył do porywania niegrzecznych dzieci. Wizja zostania wrzuconym do ciemnego wora i wyniesionym w nieznane była jedną z najsilniejszych traum w dziecięcej wyobraźni;
  • kij – to narzędzie bezpośredniej kary cielesnej. Bebok nie bawił się w dyplomację – „dycki trzimje we garśći kryja kerům pjere bachory” (zawsze trzyma w garści kij, którym bije bachory).

Gdzie mieszkał bebok?

Kluczowym elementem mitologii beboka jest jego terytorium. Był demonem przydomowym, ale nie domowym w ścisłym sensie. Nie mieszkał w izbie czy za piecem, jak opiekuńcze duchy, a w piwnicy, na strychu, w chlewie i stajni czy w okolicach domu, zwłaszcza gęsto porośniętych.

Dlaczego właśnie tam? To proste. Właśnie w tych miejscach był najbardziej potrzebny rodzicom, którzy chcieli kontrolować swoje pociechy.

Od demona do maskotki

W XXI wieku, gdy elektryczność rozświetliła najciemniejsze piwnice, a systemy monitoringu zastąpiły mitycznych strażników, bebok stracił rację bytu jako „straszak”. Nie popadł jednak w zapomnienie. Na Śląsku nie tylko przetrwał, ale przeżywa prawdziwy renesans, jednak w nieco innej formie. Współczesny bebok jest niski, często uśmiechnięty, ma duże, sympatyczne oczy i – co kluczowe – wchodzi w interakcje z ludźmi w sposób przyjazny.

Szlak beboków w Katowicach

Centrum tego odrodzenia są Katowice. To właśnie tam, w sercu metropolii, narodził się pomysł, by uczynić z beboka symbol miasta, na wzór wrocławskich krasnali. W stolicy Górnego Śląska znajdują się 122 figurki w 109 lokalizacjach.

To nie jest już tylko niszowa ciekawostka, a realna atrakcja turystyczna. Istnieją dedykowane trasy:

  • piesza – pozwalająca przy okazji poszukiwania figurek zwiedzić historyczne dzielnice, takie jak Nikiszowiec;
  • rowerowa – opracowana dla tych, którzy chcą „zaliczyć” wszystkie figurki bez zbędnego nadkładania drogi.

Nasz autor

Artur Białek

Dziennikarz i redaktor. Wcześniej związany z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. W „National Geographic” pisze przede wszystkim o historii, kosmosie i przyrodzie, ale nie boi się żadnego tematu. Uwielbia podróżować, zwłaszcza rowerem na dystansach ultra. Zamiast wygodnego łóżka w hotelu, wybiera tarp i hamak. Prywatnie miłośnik literatury.
Reklama
Reklama
Reklama