Reklama

Choć stan złego samopoczucia po nadmiernym spożyciu alkoholu towarzyszy ludzkości niemal od początku historii, samo słowo „kac” jest w naszym języku terminem stosunkowo młodym. Polszczyzna, mimo bogatych tradycji biesiadnych, nie wykształciła własnego, rodzimego określenia na tę przypadłość, posiłkując się zapożyczeniami.

Niemiecki rodowód i koci zgiełk

Współczesny „kac” to w rzeczywistości skrócona forma germanizmu „katzenjammer”, który zadomowił się w naszym języku na przełomie XIX i XX wieku. To połączenie słów „katze” (kot) oraz „jammer” (lament, skomlenie, żal). Dosłownie termin ten oznacza „koci jęk” lub „kocie miauczenie”, co w sposób metaforyczny oddaje nadwrażliwość na dźwięki i ogólny stan rozbicia organizmu po „spożyciu”.

Pierwsze słownikowe odnotowanie skróconej formy „kac” datuje się na 1932 rok, choć w latach 20. i 30. ubiegłego stulecia powszechnie używano jeszcze pełniejszego brzmienia: kacenjamer, katzenjamer lub kacenjama.

Co ciekawe, nasi sąsiedzi w Czechach i na Słowacji używają słowa „kocovina” – a więc kocia metafora dotarła z Niemiec nie tylko do Polski.

Kociokwik – nieudana kalka czy barwny neologizm?

W latach 50. i 60. XX wieku w polszczyźnie dużą popularność zdobył „kociokwik”, będący dosłownym tłumaczeniem (kalką słowotwórczą) niemieckiego katzenjammer. Słowo to, odnotowane w słowniku pod redakcją Witolda Doroszewskiego w 1961 roku, pierwotnie oznaczało wyłącznie nudności i ból głowy po alkoholu.

Językoznawcy zauważają jednak pewną nielogiczność tej konstrukcji – słowo „kwik” odnosi się zazwyczaj do głosu wydawanego przez świnie lub dziki, podczas gdy niemiecki pierwowzór sugerował jęk lub miauczenie kota. Z czasem „kociokwik” zmienił swój zakres znaczeniowy i dziś częściej opisuje stan zamieszania, chaosu lub zdenerwowania, ustępując miejsca krótszemu „kacowi” w kontekście alkoholowym.

Literackie boje o polskie słowo: „glątwa” Witkacego

Brak rdzennego polskiego określenia na syndrom dnia następnego irytował Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego). Pisarz, znany z zamiłowania do eksperymentów językowych, stworzył szereg neologizmów, które miały zastąpić niemiecki import. Najbardziej znanym z nich była „glątwa”.

Witkacy proponował także bardziej opisowe terminy, takie jak „sumienioból”, „wnętrzostęk”, „popijnik” czy „piciowyrzut”. Choć słowa te doskonale oddawały fizyczne i psychiczne męki biesiadnika, nie weszły do powszechnego obiegu.

Jedna piosenka zmienia polszczyznę

Współcześnie, w polszczyźnie potocznej chyba najczęstsze oprócz kaca jest określenie „tupot białych mew”. To tytuł piosenki z 1968 roku, napisanej przez Wojciecha Młynarskiego, z muzyką Janusza Senta, śpiewanej przez Wiesława Gołasa i samego Młynarskiego. Zdobyła nagrodę na festiwalu w Opolu w 1971 roku. Stała się szlagierem kabaretu „Dudek”, a dzięki interpretacji Gołasa, który najczęściej ją wykonywał, zyskała status evergreenu polskiego popu.

Nasza autorka

Magdalena Rudzka

Dziennikarka „National Geographic Traveler" i „Kaleidoscope". Przez wiele lat również fotoedytorka w agencjach fotograficznych i magazynach. W National-Geographic.pl pisze przede wszystkim o przyrodzie. Lubi podróże po nieoczywistych miejscach, mięso i wino.
Reklama
Reklama
Reklama