Reklama

Spis treści:

  1. Cisza przed burzą
  2. Pułapka na dyplomatów
  3. Zuchwała akcja polskiego wywiadu
  4. Amerykanie nie zapomnieli o długu wdzięczności

W 1990 roku, gdy Europa Środkowa z Polską na czele wybudzała się z komunistycznego letargu, na Bliskim Wschodzie gromadziły się czarne chmury. To właśnie wtedy, w czasach, głębokiego niepokoju i niepewności, polski wywiad – instytucja będąca w trakcie bolesnej transformacji i weryfikacji – podjął się zadania, które wydawało się niemożliwe. Polska zagrała va banque, wygrywając uznanie przekładające się na nowe sojusze i, de facto, miliardy dolarów.

Cisza przed burzą

W drugiej połowie 1990 roku świat zachodni był skoncentrowany na powolnym rozkładzie ZSRR i zjednoczeniu Niemiec. Niepokojące sygnały, które napływały z Bagdadu, były albo niezauważone, albo lekceważone. Inwazja na Kuwejt była dla Zachodu absolutnym szokiem. Służby wywiadowcze USA, Wielkiej Brytanii i Francji, dysponujące satelitami i miliardowymi budżetami, dały się zaskoczyć dyktatorowi z Tikritu.

W tym czasie polska dyplomacja w regionie znajdowała się w stanie specyficznego zawieszenia. Nowy ambasador RP w Kuwejcie miał dopiero objąć urząd. To sprawiło, że w momencie wybuchu konfliktu placówka była pozbawiona pełnego kierownictwa operacyjnego na najwyższym szczeblu. Widać zatem wyraźnie, że nikt nie spodziewał się wojny. Rotacje dyplomatyczne planuje się w okresach spokoju, nie w przededniu inwazji.

Telefon z Basry

W nocy z 1 na 2 sierpnia, pracownik jednej z polskich firm budowlanych stacjonujących w Basrze wykonał telefon do przedstawicieli polskich władz. Jego komunikat był krótki: „Ruszyli! Pojechali do Kuwejtu!”.

Ten jeden telefon podkreśla niezwykle istotny szczegół: polska obecność w Iraku nie miała charakteru wyłącznie dyplomatycznego. Była to obecność gospodarcza, inżynieryjna, a przez to – wywiadowcza w szerokim sensie. Polscy inżynierowie widzieli ruchy wojsk, słyszeli ryk silników czołgów i widzieli łuny świateł kolumn pancernych zmierzających na południe, zanim dowiedziały się o tym sztaby w Langley czy Londynie. Iracka armia zajęła Kuwejt w ciągu kilkunastu godzin.

Pułapka na dyplomatów

Należy podkreślić, że inwazja oddziałów Saddama Husajna nie była wyłącznie manewrem wojskowym. Następstwem tego był także kryzys dyplomatyczny i humanitarny. Dyktator brał pod uwagę, że Zachód może odpowiedzieć siłą. Żeby chronić się przed bombardowaniem, postanowił wykorzystać obcokrajowców jako „żywe tarcze”. Tysiące inżynierów, lekarzy i dyplomatów, którzy nie zdążyli wyjechać na wakacje.

Amerykanie w potrzasku

Jeszcze przed iracką inwazją w Kuwejcie pojawiło się sześciu oficerów CIA, DIA i NSA, którzy mieli misję śledzenia ruchów irackich wojsk po drugiej stronie granicy. W momencie inwazji,znaleźli się w pułapce bez wyjścia.

I wojna w Zatoce Perskiej
I wojna w Zatoce Perskiej fot. TECH. SGT. JOE COLEMAN, Wikimedia Commons, public domain

Nie wiadomo w jaki sposób tego dokonali, ale zdołali przedostać się do Bagdadu, gdzie oczekiwali na okazję do wyjazdu. Rzecz w tym, że amerykańska ambasada nie miała możliwości przeprowadzenia bezpiecznej ewakuacji. Było jednak jasne, że agenci nie mogą pozostać w Bagdadzie. Chodziło o życie obywateli USA, ale nie tylko. Jako agenci służb wywiadowczych dysponowali informacjami, które nie mogły się dostać w posiadanie Saddama. A pewne jest, że dyktator znał sposoby, by dowiedzieć się wszystkiego, co chciał.

Zachód umywa ręce, Polska oferuje pomoc

Amerykanie zwrócili się o pomoc kolejno do Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Wszyscy uznali, że misja jest niemożliwa do wykonania. Zgodzili się tylko Polacy.

Dlaczego nasze służby wywiadowcze uznały, że uda się bezpiecznie ewakuować amerykańskich agentów? Wynikało to z zimnej kalkulacji. W Iraku pracowały tysiące Polaków. Nasze firmy budowały tam fabryki, drogi, mosty i tamy. W przeciwieństwie do Brytyjczyka czy Francuza, polski oficer wywiadu czy dyplomata mógł wtopić się w tłum, nie wzbudzając przy tym sensacji. Ta „niewidzialność” była kluczowym atutem.

Inna sprawa, Polska grała o wysoką stawkę. Skuteczna ewakuacja Amerykanów ze strefy zagrożenia mogła przecież otworzyć drogę do sojusz z USA, co byłoby dobrym wstępem do członkostwa w NATO.

Zuchwała akcja polskiego wywiadu

Po polskiej stronie szczegóły operacji znał jedynie płk Gromosław Czempiński, dyrektor ds. operacyjnych wywiadu. Sam zgłosił się na ochotnika, co teoretycznie było dość zaskakujące. Nie jest bowiem codziennością, że wysoki rangą oficer osobiście bierze udział w akcji. W praktyce był to jednak przemyślany manewr. Czempiński pełnił służbę jako wywiadowca PRL, zatem zależało mu, by zbliżyć się do Amerykanów i zapewnić sobie przyszłość w demokratycznej Polsce. Bez względu na motywację, swoje zadanie wykonał po mistrzowsku.

Pułkownik Czempiński (pod zmienionym nazwiskiem) przyleciał do Bagdadu 13 października 1990 roku jako nowy pracownik polskiej ambasady. Dwa dni później, w odległości zaledwie kilkuset metrów od siedziby tajnej policji, spotkał się z jednym z amerykańskich oficerów.

Paszporty bez wiz

Termin ewakuacji ustalono na 25 października, ale nadal nie było wiadomo, jak tego dokonać. Czempiński dysponował polskimi paszportami dla amerykańskich oficerów, ale ci nie mogli ot, tak wejść na pokład samolotu i odlecieć. Poza tym pojawił się ogromny problem – w paszportach nie było irackich wiz wyjazdowych.

Sfałszowanie dokumentów nie wchodziło w grę. Irak już wtedy dysponował rozbudowanym systemem komputerowym. Mówiąc wprost, wizy musiały znaleźć się nie tylko w paszportach, ale także w irackiej bazie danych.

Na szczęście okazało się, że jeden z oficerów polskiego wywiadu miał kontakt z Irakijką zatrudnioną w tajnej policji. Zaaranżował spotkanie jej i Czempińskiego. Do dziś nie wiadomo, jak pułkownik zdołał tego dokonać, ale załatwił całkowicie „czyste” wizy.

Plan ewakuacji

Polacy finalnie zadecydowali, że Amerykanie opuszczą Irak przez granicę z Turcją, jako zwykli, wracający z pracy polscy robotnicy. Agenci nauczyli się swoich nowych nazwisk i kilku podstawowych zwrotów po polsku, ale wpadka i tak pozostawał realnym ryzykiem. Gdyby do tego doszło, najprawdopodobniej wszyscy by zginęli.

Operacja na żywym organizmie

24 października agenci zostali zabrani z umówionego punktu i przewiezieni na jedną z polskich budów. Tam spędzili noc.

25 października, około czwartej rano, dwie należące do polskich firm toyoty, prowadzone przez zaangażowanych w operację pracowników cywilnych, ruszyły w stronę granicy. Wcześniej Amerykanie zostali upojeni wysokoprocentowym alkoholem. To miało tłumaczyć problemy z wymową własnego nazwiska podczas kontroli.

Akcja przebiegła dokładnie tak, jak zaplanowali to Polacy. Agenci bezpiecznie przekroczyli most graniczny.

Amerykanie nie zapomnieli o długu wdzięczności

Ewakuacja amerykańskich oficerów otworzyła Polsce drzwi do sojuszu z USA. W ramach podziękowania, administracja George’a Busha przekonała państwa zachodnie, by umorzyły 50% z 33 mld dolarów długu, zaciągniętego jeszcze w 1970 roku. Sama też zmniejszyła polskie zadłużenie wobec Stanów Zjednoczonych.

To jednak jeszcze nie wszystko. Sukces operacji stał się fundamentem pod budowę nowej formacji w polskim wojsku. Amerykanie, widząc profesjonalizm Polaków, zgodzili się pomóc w sformowaniu jednostki specjalnej GROM. Dzięki temu Polska zyskała dostęp do najnowocześniejszych technologii militarnych, szkoleń i wyposażenia, na które normalnie państwo z byłego bloku wschodniego musiałoby czekać latami. Mało tego, Grupa Reagowania Operacyjno-Manewrowego stała się przepustką Polski do struktur NATO jeszcze przed formalnym przystąpieniem do sojuszu.

Na całym świecie operacja „Samum” stała się dowodem, że średniej wielkości państwo w momencie kluczowych przemian ustrojowych jest w stanie dokonać rzeczy wielkich. Misji ewakuacyjnej nie podjęły się największe potęgi zachodniego świata, dysponujące środkami i technologią, o której wówczas nawet nie śniliśmy. Polacy nie tylko stworzyli świetny plan, ale też wykonali go absolutnie bezbłędnie.

Źródło: National Geographic Polska

Nasz autor

Artur Białek

Współpracownik National-Geographic.pl. Wcześniej związany m.in. z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. Pisał dla tytułów takich jak: „Kulisy Powiatu”, „AndroidNow” (gdzie pełnił także funkcję redaktora naczelnego) i „Bezpieczna Podróż”. Z wykształcenia jest ekonomistą, ale bardziej z przypadku niż zamiłowania. Jego największą pasją są podróże, zwłaszcza do miejsc wysokich, stromych i skalistych. Niewiele brakuje mu do zdobycia Korony Gór Polski, ale jego ambicje sięgają dalej. Lepiej niż w otoczeniu betonu i wielkopłytowej zabudowy czuje się wśród drzew i gór, które są jego największą miłością (zaraz obok ekosystemów leśnych), a obiektyw jego aparatu woli architekturę zabytkową niż nowoczesną. Najbardziej interesuje go historia współczesna, jako ta najlepiej poznana i pozostawiająca najmniej znaków zapytania. Wszystkie zwierzęta uważa za równorzędnych mieszkańców Ziemi. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, w „National-Geographic.pl” pisze przede wszystkim o przyrodzie i historii. Zagorzały przeciwnik betonozy. Prywatnie opiekun dwóch wspaniałych gryzoni.
Reklama
Reklama
Reklama