Reklama

Spis treści:

  1. Twór fabryki sensacji
  2. Co miało wydarzyć się w Caracas?
  3. Lot 914 to czysta fikcja
  4. Legenda wciąż żyje

Fikcja literacka może łatwo przeobrazić się w legendę miejską o globalnym zasięgu, a opowieść o samolocie, który wystartował w 1955 roku, by wylądować trzy dekady później, jest tego najlepszym przykładem. W tym przypadku,granice kulturowe i językowe nie mają żadnego znaczenia. Ta „sensacja” wciąż żyje własnym życiem, mimo że od jej ogłoszenia minęło ponad 40 lat.

Twór fabryki sensacji

Legenda lotu 914 nie narodziła się w archiwach lotniczych, a na łamach amerykańskiego tabloidu „Weekly World News”, znanego z najbardziej ekscentrycznych nagłówków w historii amerykańskiego dziennikarstwa. Gazeta ukazywała się od 1979 do 2007 roku. Specjalizowała się w treściach, które dziś określamy mianem fake news, choć w tamtym czasie funkcjonowały one raczej jako specyficzna forma rozrywki. Redakcja WWN była odpowiedzialna za stworzenie takich ikon popkultury, jak choćby „Bat Boy”. Na łamach pisma pojawiały się też doniesienia o spotkaniach światowych przywódców z istotami pozaziemskimi.

Wydanie z 1985 roku przedstawiło historię samolotu Douglas DC-4 linii Pan American World Airways, który rzekomo zniknął z radarów 2 lipca 1955 roku, podczas rutynowego lotu z Nowego Jorku do Miami. W pierwotnej wersji, maszyna z 57 pasażerami i 6 członkami załogi na pokładzie miała niespodziewanie pojawić się w Caracas w Wenezueli 9 marca 1985 roku.

Co istotne, tabloid nie poprzestał na jednej publikacji. Widząc ogromne zainteresowanie tematem, redakcja zdecydowała się na ponowną publikację tej samej historii w 1993 roku i jeszcze raz w 1999 roku. Aby zachować pozory aktualności, w późniejszych wersjach samolot lądował w Caracas nie w 1985, a 21 maja 1992 roku.

Co miało wydarzyć się w Caracas?

W oczach opinii publicznej opowieść prezentowała się wiarygodnie przede wszystkim dzięki narracji. Opierała się ona na dramatycznej wymianie komunikatów między wieżą kontrolną a pilotem, który wydawał się kompletnie zdezorientowany nową rzeczywistością. Kluczową postacią, przedstawioną w artykule, był rzekomy świadek – Juan de la Corte, przedstawiony jako kontroler ruchu lotniczego na lotnisku w Caracas.

Według legendy, de la Corte zauważył na radarze obiekt, który nie powinien się tam znaleźć – przestarzały samolot śmigłowy, który nie zgłaszał podejścia i nie figurował w żadnych planach lotów. W tej opowieści zdezorientowany pilot miał nawiązać kontakt radiowy, pytając: „Gdzie jesteśmy?”. Gdy kontroler odpowiedział, że znajdują się w Caracas i jest rok 1985 (lub 1992, zależnie od wersji), mężczyzna miał zareagować przerażeniem, krzycząc: „O mój Boże!”, po czym dodał, że jego lot powinien wylądować w Miami o godzinie 9:55, 2 lipca 1955 roku.

Redakcja w niezwykle sugestywny sposób opisała reakcję pilotów na widok nowoczesnych maszyn na płycie lotniska. Obsługa naziemna miała widzieć przyciśnięte do szyb, zdumione i przestraszone twarze pasażerów. W pełnym dramatyzmu finale, zanim służby bezpieczeństwa mogły zabezpieczyć samolot, kapitan miał gwałtownie wystartować, ignorując nakazy wieży. Jako jedyny fizyczny dowód na to zdarzenie przytacza się mały kieszonkowy kalendarz z 1955 roku, który rzekomo wypadł z okna kokpitu podczas pośpiesznego odlotu.

Lot 914 to czysta fikcja

Kalendarz miał zostać skonfiskowany przez służby rządu Stanów Zjednoczonych i Wenezueli, podobnie zresztą jak nagrania z wieży kontrolnej. Takie tłumaczenie jest niezwykle wygodne. Doskonale wyjaśnia bowiem brak jakichkolwiek dowodów fizycznej obecności samolotu Douglas DC-4 na lotnisku w Caracas, a w oczach zwolenników teorii spiskowych dodatkowo uwiarygadnia opowieść. Podobnie zresztą jak brak natychmiastowego reakcji na tę informację ze strony oficjalnych źródeł, które tak wtedy, jak dziś, najczęściej ignorują oczywiste bzdury i nie dementują takich doniesień. Należy jednak podkreślić, że legenda o locie 914 jest łatwa do zweryfikowania, a wynik śledztwa daje jednoznaczny werdykt – nigdy nie doszło do takiego zdarzenia.

Weryfikacja „faktów”

Najbardziej wymownym dowodem, że nic takiego nigdy nie miało miejsca, jest brak jakichkolwiek śladów w oficjalnych dokumentach z epoki. W 1955 roku organem odpowiedzialnym za badanie wypadków lotniczych w Stanach Zjednoczonych był Civil Aeronautics Board, poprzednik National Transportation Safety Board.

Przegląd kompletnych raportów CAB z lipca 1955 roku nie wykazuje zaginięcia samolotu linii Pan Am o numerze lotu 914, a należy podkreślić, że statystyki wypadków lotniczych z tego okresu są dobrze udokumentowane. Ponadto istnieje pełna lista produkcyjna wszystkich 1244 egzemplarzy samolotu Douglas DC-4. Żadna z tych maszyn, w tym te należące do Pan Am, nie brała udziału w incydencie odpowiadającym opisowi legendy.

Opowieść zawiera także szereg oczywistych błędów, w tym takie, które dyskwalifikują ją jako relację:

  • nazewnictwo lotnisk – w niektórych wersjach, samolot wystartował z Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Johna F. Kennedy’ego. W 1955 roku, główne lotnisko Nowego Jorku nosiło nazwę Idlewild Airport. Zostało przemianowane dopiero w 1963 roku, po tragicznej śmierci prezydenta;
  • identyfikacja wizualna – fotografie ilustrujące artykuł o locie 914 w rzeczywistości przedstawiają maszynę linii Trans World Airlines. To powszechnie dostępne zdjęcie stockowe samolotu DC-4. Ponadto, w artykułach z 1985, 1993 i 1999 roku zamieszczono zdjęcia rzekomego kontrolera ruchu lotniczego, na których widnieją inne osoby;
  • operacyjność radaru – twierdzenie, że samolot był „niewidzialny dla radaru” w Caracas, dopóki nie zbliżył się do lotniska, jest całkowicie nielogiczne z punktu widzenia fizyki. Nawet jeżeli transponder samolotu nie działał lub był przestarzały (w końcu moment startu i podejścia do lądowania dzieliło 30 lat), metalowa konstrukcja o rozpiętości skrzydeł wynoszącej niemal 36 metrów byłaby doskonale widoczna dla urządzeń namierzających.

Legenda wciąż żyje

Od publikacji pierwszej wersji artykułu minęło ponad 40 lat, a opowieść o samolocie, który zniknął z radarów i wpadł w tunel czasoprzestrzenny wciąż rozbudza wyobraźnię i ma wielu zwolenników, którzy bronią jej rzekomej autentyczności. Jak to możliwe?

W epoce przedinternetowej opowieści z tabloidów były traktowane z przymrużeniem oka, jako forma rozrywki dla osób znudzonych monotonną codziennością. Jednak po przeniesieniu do przestrzeni cyfrowej te same treści straciły swój kontekst satyryczny. Dodatkowo za autentycznością sensacyjnych doniesień przemawia także tzw. efekt autorytetu. Na platformach społecznościowych prezentowane są profesjonalnie wyglądające filmy, wspierane budującym napięcie głosem lektora. To sprawia, że mózg odbiorcy podwyższa próg krytycyzmu. I choć twórcy takich treści najczęściej dodają, że opowieść jest fikcyjna, zwykle robią to na końcu, dodając kluczowe: „prawdopodobnie”. A to pozostawia duże pole do własnej interpretacji przedstawionych zdarzeń.

Źródło: National Geographic Polska

Nasz autor

Artur Białek

Współpracownik National-Geographic.pl. Wcześniej związany m.in. z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. Pisał dla tytułów takich jak: „Kulisy Powiatu”, „AndroidNow” (gdzie pełnił także funkcję redaktora naczelnego) i „Bezpieczna Podróż”. Z wykształcenia jest ekonomistą, ale bardziej z przypadku niż zamiłowania. Jego największą pasją są podróże, zwłaszcza do miejsc wysokich, stromych i skalistych. Niewiele brakuje mu do zdobycia Korony Gór Polski, ale jego ambicje sięgają dalej. Lepiej niż w otoczeniu betonu i wielkopłytowej zabudowy czuje się wśród drzew i gór, które są jego największą miłością (zaraz obok ekosystemów leśnych), a obiektyw jego aparatu woli architekturę zabytkową niż nowoczesną. Najbardziej interesuje go historia współczesna, jako ta najlepiej poznana i pozostawiająca najmniej znaków zapytania. Wszystkie zwierzęta uważa za równorzędnych mieszkańców Ziemi. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, w „National-Geographic.pl” pisze przede wszystkim o przyrodzie i historii. Zagorzały przeciwnik betonozy. Prywatnie opiekun dwóch wspaniałych gryzoni.
Reklama
Reklama
Reklama