Reklama

Okazuje się, że zakonnicy i dawni medycy ordynowali chorym kurację opartą na jednym z najbardziej zabójczych pierwiastków świata: rtęci. Przełomowe dowody w tej sprawie przetrwały w zaskakującym miejscu – na zębach pacjentów zmarłych setki lat temu. Wyniki analiz, którymi kierowała dr Elena Fiorin, zostały opublikowane na łamach prestiżowego czasopiśmie „Journal of Archaeological Science”.

Kamień nazębny jako kapsuła czasu

Do tej pory naukowcy poszukujący śladów dawnych terapii medycznych badali przede wszystkim kości, włosy czy same zęby szkieletów. Zespół dr Fiorin postanowił jednak jako pierwszy na świecie wykorzystać do tego skamieniałą płytkę nazębną, czyli popularny kamień, z którym obecnie walczymy w trakcie higienizacji.

Chociaż współcześnie uważamy go za estetyczny defekt, to dla archeologów to bezcenna, mikroskopijna kapsuła czasu. Kamień nazębny formuje się na zębach za życia człowieka i zachowuje w swojej strukturze drobiny jedzenia, napojów, pyłków, a także substancji, które chory wdychał lub przyjmował jako lekarstwa. Dzięki temu pozwala odtworzyć bezpośrednią ekspozycję organizmu na dane substancje z dokładnością, jakiej nie dają analizy porowatych kości.

Eksperyment na klasztornym cmentarzu

Badacze przeprowadzili szeroko zakrojone testy laboratoryjne, badając łącznie szczątki 76 osób oraz 45 próbek gleby pobranych bezpośrednio z grobów. Analizie poddano szkielety z dwóch średniowiecznych leprozoriów (domów chorych na trąd): St Leonard’s w Peterborough (Anglia) – ufundowanego w 1125 roku i podlegającego pod potężne opactwo w Peterborough oraz Saint-Thomas d'Aizier (Francja) – powstałego pod koniec XI wieku i będącego własnością opactwa Fécamp.

Dla zachowania rzetelności naukowej naukowcy porównali te dane ze szczątkami ludzi pochowanych na zwykłych, ogólnodostępnych cmentarzach parafialnych z tamtego okresu we Francji i w Anglii.

Ciała skażone rtęcią

Wyniki okazały się przejmujące. Osoby pochowane w leprozoriach miały znacznie wyższe stężenie rtęci w kamieniu nazębnym niż zmarli z pozostałych nekropolii. Aby wykluczyć możliwość, że pierwiastek ten po prostu przeniknął do zębów z ziemi po pogrzebie, zbadano wspomnianą glebę. Analizy wykazały, że to nie ziemia skaziła zęby, lecz odwrotnie – rtęć wykryta w glebie wokół leprozoriów wymywała się z rozkładających się ciał osób, które za życia były poddawane agresywnej terapii. W okolicy nie było też żadnych naturalnych źródeł tego metalu, np. dawnych kopalni.

Śmiercionośne maści z rtęcią – nie każdego było na to stać

Rtęć, znana dawniej jako „żywe srebro”, to płynny metal, który niezwykle łatwo paruje już w temperaturze pokojowej. W średniowieczu była ceniona jako składnik medykamentów na choroby skóry. Ze względu na brak zaawansowanej diagnostyki, z trądem (wywoływanym przez bakterię Mycobacterium leprae) nagminnie mylono inne schorzenia, w tym łuszczycę, ciężkie egzemy, a w późniejszym okresie także syfilis. Rtęć mieszano najczęściej z tłuszczami oraz olejami i w formie gęstych maści wcierano w skórę pacjentów, a czasem aplikowano bezpośrednio w okolicach jamy ustnej.

Medycyna tylko dla bogatych

Co niezwykle ciekawe, badanie dr Fiorin ujawniło ogromne różnice w stężeniu tego toksycznego metalu u poszczególnych pacjentów tego samego przytułku. Jako przykład podano parę – kobietę i mężczyznę – pochowanych tuż obok siebie we Francji. W kamieniu nazębnym kobiety wykryto aż 3,8 mg/kg rtęci, podczas gdy u mężczyzny było to zaledwie 0,4 mg/kg.

Z czego wynikały te dysproporcje? Naukowcy sugerują, że chodziło o status społeczny chorych. Dwoje pacjentów o absolutnie najwyższym stężeniu rtęci pochowano wewnątrz kaplicy leprozorium, co w średniowieczu było przywilejem zarezerwowanym wyłącznie dla elit i osób zamożnych. Oznacza to, że droga, choć skrajnie toksyczna kuracja rtęcią, była w tamtych czasach towarem luksusowym, na który stać było tylko nielicznych. W obliczu śmierci wszyscy są jednak równi.

Chorzy nie byli pozostawieni sami sobie

To odkrycie zmienia nasze postrzeganie średniowiecznych przytułków. Pokazuje, że chorzy na trąd nie byli jedynie izolowani i pozostawieni sami sobie – starano się ich leczyć za pomocą gnajbardziej zaawansowanych (choć z dzisiejszego punktu widzenia zabójczych) metod, jakimi dysponowała ówczesna medycyna. Chociaż historia miała makabryczny finał, to chęć niesienia pomocy chorym jest w jakiś sposób pocieszająca.

W kolejnych etapach projektu naukowcy planują zbadać szkielety z różnych okresów historycznych, aby precyzyjnie ustalić, w którym momencie średniowiecza rtęć stała się oficjalnym „lekiem” na trąd.

Źródło: Journal of Archaeological Science

Nasz autor

Jonasz Przybył

Redaktor i dziennikarz związany wcześniej m.in. z przyrodniczą gałęzią Wydawnictwa Naukowego PWN, autor wielu tekstów publicystycznych i specjalistycznych. W National Geographic skupia się głównie na tematach dotyczących środowiska naturalnego, historycznych i kulturowych. Prywatnie muzyk: gra na perkusji i na handpanie. Interesuje go historia średniowiecza oraz socjologia, szczególnie zagadnienia dotyczące funkcjonowania społeczeństw i wyzwań, jakie stawia przed nimi XXI wiek.
Jonasz Przybył
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...