Reklama

Spis treści:

  1. Traumatyczne dzieciństwo
  2. Zanim stała się katem, chciała pomagać
  3. Ucieczka w ideologię
  4. Piękna bestia z Birkenau
  5. Proces w Lüneburgu

Wśród wykonawców planu „ostatecznego rozwiązania” nie brakowało potworów o iście sadystycznych skłonnościach. Właściwie każdy strażnik w dowolnym obozie koncentracyjnym musiał mieć w sobie coś nieludzkiego, by móc wykonywać swoje okrutne obowiązki. Jednak jedna osoba wyróżniała się w tym pokaźnym gronie okrucieństwem, które wykraczało dalece poza granice ludzkiej wyobraźni. To Irma Grese, nazwana przez więźniów „piękną bestią”.

Traumatyczne dzieciństwo

Irma Grese urodziła się 7 października 1923 roku we Wrechen – niewielkiej osadzie rolniczej w Meklemburgii, w regionie Feldberger Seenlandschaft. Była trzecim z pięciorga dzieci Alfreda Antona Alberta Grese i Berty Wilhelmine Winter. Rodzina Grese reprezentowała typową dla tego regionu i okresu warstwę pracującą. Alfred był zatrudniony jako starszy dojarz w lokalnym majątku ziemskim.

Według relacji jej siostry, Helene, Irma w dzieciństwie była osobą wycofaną i nieśmiałą. Stroniła od konfliktów i nie przejawiała żadnych cech sadystycznych. Była raczej dzieckiem lękliwym, unikającym konfrontacji. Co zatem zadecydowało, że w przyszłości stała się katem dla tak wielu osób?

Niewykluczone, że wpływ na to miała trauma, której doświadczyła jako 13-latka. W 1936 roku jej matka odebrała sobie życie, wypijając kwas solny. Dla dziewczynki w okresie dojrzewania, kiedy formuje się tożsamość, to wydarzenie musiało być ogromnym wstrząsem.

Zanim stała się katem, chciała pomagać

Po śmierci matki, Irma pozostała pod opieką surowego ojca. W wieku 14 lat rzuciła szkołę i opuściła rodzinny dom. Przeprowadziła się do Fürstenbergu, gdzie odbyła „rok pracy na roli” Reichsarbeitsdienst. Później pracowała w mleczarni i sklepie, ale to jej nie wystarczało. Chciała zostać pielęgniarką i to nie byle gdzie, bo w sanatorium w Hohenlychen, ekskluzywnym ośrodku SS.

Dostała tam posadę pomocy pielęgniarskiej, ale próby zdobycia wymarzonej pracy spełzły na niczym. Grese kilkukrotnie podchodziła do egzaminu i za każdym razem uzyskiwała negatywny wynik.

Ucieczka w ideologię

Braki w wykształceniu zamknęły przed nią wiele drzwi, ale Grese i tak znalazła nową drogę zawodową. W tamtym czasie panowało duże zapotrzebowanie na nowych rekrutów, mogących zasilić szeregi SS. Dla niej, był to oczywisty wybór.

Fascynację nazistowską ideologią przejawiała już jako nastolatka, gdy dołączyła do Bund Deutscher Mädel (Ligi Niemieckich Dziewcząt), żeńskiego odpowiednika Hitlerjugend. Tkwiąc w próżni po rozpadzie rodziny uwierzyła, że brutalność i przemoc mogą być cnotami służącymi wyższemu dobru narodu, a w kulcie siły, pogardzie dla słabości i podziale na „nadludzi” i „podludzi” znalazła odpowiedzi na swoje problemy emocjonalne.

Inicjacja w piekle kobiet

W lipcu 1942 roku, mając zaledwie 18 lat, Irma Grese została skierowana do Ravensbrücku. Był to główny obóz kobiecy w III Rzeszy, ale pełnił też funkcję centralnego ośrodka szkoleniowego dla nadzorczyń SS. To właśnie tam młode rekrutki przechodziły proces dehumanizacji.

Tam trafiła pod skrzydła doświadczonych nadzorczyń. Jedną z jej nauczycielek była słynąca z sadyzmu Dorothea Binz. Szkolenie nie polegało na nauce regulaminów więziennych, a na systematycznym łamaniu barier moralnych. Młode strażniczki uczono, że litość jest słabością, a więzień nie jest człowiekiem, tylko numerem, wrogiem Rzeszy. W marcu 1943 roku, po niespełna roku „nauki”, została uznana za gotową do transferu do miejsca, które miało stać się areną jej najstraszniejszych zbrodni – do Auschwitz-Birkenau.

Piękna bestia z Birkenau

Początkowo pracowała jako telefonistka. Później pilnowała komanda budowy dróg i ogrodowego. Jej kariera rozkwitała. Pod koniec wojny zdobyła stopień oberaufseherin, czyli starszej nadzorczyni – drugą najwyższą rangę dostępną dla kobiety w strukturach obozowych. Jako zastępczyni Marii Mandel pełniła nadzór nad Obozem C w Birkenau. To właśnie tam zyskała swój przydomek.

Według wspomnień ocalałych z piekła Auschwitz, Grese obsesyjnie dbała o swój wygląd. Była uosobieniem nazistowskiego ideału piękna – miała naturalne blond włosy, błękitne oczy i regularne rysy twarzy. Jej mundur był zawsze idealnie skrojony – często przerabiany przez więźniarki-krawcowe tak, by opinał jej sylwetkę i podkreślał figurę. Nosiła ciężkie oficerki, zawsze wypolerowane na błysk

Najcharakterystyczniejszym elementem jej wizerunku był zapach. Grese w nadmiarze używała ciężkich perfum. Olga Lengyel, więźniarka i autorka wspomnień „Five Chimneys. A Woman Survivor’s True Story of Auschwitz”, pisała, że ta słodka woń luksusu mieszała się z zapachem palonych ciał, wywołując u więźniarek mdłości. To było narzędzie psychologicznej tortury. Perfumy miały przypominać ofiarom o utraconym świecie cywilizacji i podkreślały ich degradację.

Sadystyczne praktyki Irmy Grese

Grese czerpała wręcz perwersyjną przyjemność z fizycznego dręczenia kobiet. Często zmuszała wycieńczone, zagłodzone więźniarki do wielogodzinnych ćwiczeń, biegania, noszenia kamieni czy stania na baczność w deszczu i mrozie podczas niekończących się apeli. Ci, którzy upadali, byli bici do nieprzytomności lub zabijani. Inną jej „rozrywką” było szczucie więźniarek psami.

Miała w zwyczaju wybierać młode, piękne więźniarki, którym zazdrościła urody. Biczowała je po piersiach, doprowadzając do powstania otwartych ran. W warunkach obozowych te szybko ulegały zakażeniu.

Według świadectwa dr Giselli Perl, żydowskiej ginekolożki, kiedy stan ofiar był krytyczny, zaciągała je do obozowego szpitala. Zmuszała lekarkę do nacinania ropni. Bez znieczulenia i prymitywnymi narzędziami. Grese obserwowała te zabiegi z widocznym podnieceniem seksualnym. Widok bólu, krwi i nacinanego ciała wywoływał u niej drgawki rozkoszy.

Relacje i romanse

W obozowym piekle „piękna bestia” prowadziła ożywione życie towarzyskie i erotyczne. Miała utrzymywać relacje nie tylko z komendantem Josefem Kramerem i dr. Josefem Mengele, ale także ze swoją przełożoną, Marią Mandel. Wiadomo też, że zmuszała do spółkowania więźniów i więźniarki, mimo że groziły za to surowe konsekwencje. Najwyraźniej drzemiący w niej ogromny apetyt seksualny brał górę nad strachem. A może po prostu czuła, że jest bezkarna i stoi ponad zasadami?

Proces w Lüneburgu

W marcu 1945 roku została przydzielona do obozu Bergen-Belsen, gdzie otrzymała funkcję kierowniczki służby pracy. III Rzesza chyliła się już wtedy ku upadkowi. 15 kwietnia 1945 roku obóz został wyzwolony przez Brytyjczyków. 17 kwietnia Irma Grese została aresztowana.

Zachowanie Grese podczas procesu było szokujące dla obserwatorów. Nie okazywała cienia skruchy czy żalu. Siedząc na ławie oskarżonych, często poprawiała włosy i śmiała się w momentach, gdy świadkowie opisywali makabryczne szczegóły. Traktowała proces jak farsę, wierząc w swoją niewinność lub po prostu gardząc sądem swoich wrogów. Dowody były jednak bezsprzeczne, a typową dla nazistów linią obrony – „wykonywałam tylko rozkazy” – nie podważyła swojej winy.

Wyrok zapadł 17 listopada 1945 roku. Piękna bestia została skazana na śmierć przez powieszenie. Egzekucja odbyła się 13 grudnia, w więzieniu w Hameln. Grese umarła tak, jak żyła – wydając rozkazy. Swoje ostatnie słowa skierowała do kata Alberta Pierrepointa. „Schnell” – rzuciła władczym tonem, zanim ten zwolnił zapadnię.

Nasz autor

Artur Białek

Dziennikarz i redaktor. Wcześniej związany z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. W „National Geographic” pisze przede wszystkim o historii, kosmosie i przyrodzie, ale nie boi się żadnego tematu. Uwielbia podróżować, zwłaszcza rowerem na dystansach ultra. Zamiast wygodnego łóżka w hotelu, wybiera tarp i hamak. Prywatnie miłośnik literatury.
Reklama
Reklama
Reklama