Reklama

Kto nadaje imiona, ten ustala zasady

Jednym z podstawowych sposobów, w jaki człowiek porządkuje świat, jest nazywanie rzeczy – dla przykładu: „góra” i „światło” otwierają zupełnie inne pola skojarzeń. Widać to wyraźnie w „Kłopotliwym niedźwiedziu” Jacka Weismana i Gabrieli Osio Vanden, w którym narrację prowadzi rdzenny Inuita. Opowiada historię niedźwiedzia, który zaplątał się w labiryncie rozrastającej się infrastruktury człowieka Zachodu. Rdzenni mieszkańcy nadali mu imię Avinnaarjuk, zaś dla osadników z Churchill jest zwyczajnie „kłopotliwym niedźwiedziem”. Film pokazuje dwa różne sposoby widzenia świata: zestawia organiczne życie w harmonii z naturą w opozycji do kolonialnego podboju i ujarzmiania przez człowieka chaotycznej na pozór przyrody.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Kolejnym filmem, w którym imię odgrywa ogromne znaczenie, jest „Air Horse One” Lasse Lindera. Przedstawia on historię klaczy Legacy, która spędza połowę swojego życia w podróży samolotami, a drugą na przygotowaniach do konkursów jeździeckich. Niezwykle utalentowane zwierzę staje się gwiazdą, jednak jej sukcesy zdają się cieszyć głównie tych, którzy na niej zarabiają. Dla samej Legacy prestiż i trofea pozostają całkowicie abstrakcyjne. Jej imię przybiera na znaczeniu, kiedy zastanowimy się czyje dziedzictwo w rzeczywistości uosabia. Gdyby nie jej fizyczne atrybuty, zapewne nie cieszyłaby się taką troską i uwielbieniem, jakie okazują jej rzesze fanów. To napięcie staje się jeszcze wyraźniejsze w zestawieniu z obrazami „koni mechanicznych” – luksusowych samochodów sponsorów, ustawionych w centrum areny, na której odbywają się zawody. W tym kapitalistycznym świecie koń staje się magnesem, który przyciąga bogatych miłośników tego sportu, gotowych do otwarcia portfeli przed producentami luksusowych pojazdów. Legacy niczego tu nie wybiera – jej „dziedzictwo” zostaje jej przypisane. Klacz staje się kolejną zabawką w rękach bogatych – luksusowym akcesorium, które od nowego auta w garażu różni się jedynie tym, że zamiast benzyny napędza ją krew.

O tym, jak często zapominamy, że zwierzęta nie są ludźmi

Kiedy patrzę na moją kotkę, nie mogę powstrzymać się od myślenia o niej w kategorii dziecka – nazywam ją „moją córeczką”, mimo że dzieli nas nie tylko budowa ciała czy DNA, ale też sposób, w jaki próbujemy odnaleźć się wobec siebie. Czy Luna nazywa mnie „tatą”, kiedy lustruje mnie swoimi złotawo-zielonymi tęczówkami? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że darzy mnie ogromną sympatią i zaufaniem, i że potrafi domagać się mojej uwagi czasem w sposób trudny do odczytania. Miauczy na klimatyzację, wskakuje na biurko, powtarza gesty, które nie zawsze znaczą to samo. Im dłużej ją obserwuję, tym wyraźniej widzę, że moje próby zrozumienia szybko zamieniają się w zgadywanie. Kot jest bardziej złożony niż nam się wydaje – jego potrzeby nie ograniczają się do korzystania z kuwety, napełnienia talerza i spania na wygodnym miejscu.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Odnalazłem ten problem również w „Mamo, czy żyrafy płaczą?” Kartikeya Saxena. Film wyrasta z potrzeby przywrócenia zwierzętom tej nieprzejrzystości, którą często tracą w uproszczonych, podporządkowanych naszej rozrywce obrazach. Oglądamy rozmowę fotografa z jego matką, zoolożką, która raz po raz konfrontuje jego intuicje z naukowym porządkiem. Kiedy reżyser po wizycie w zoo mówi, że widział płaczącą żyrafę, matka od razu go poprawia: „Żyrafy nie mają kanalików łzowych. Nie wiem, co zobaczyłeś”. Co właściwie robimy, kiedy próbujemy „czytać” emocje zwierząt? I czy potrzeba nadawania im sensu nie mówi więcej o nas niż o nich? To jednak nie spór o fakty okazuje się tu najważniejszy, lecz położenie zwierząt zamkniętych na ciasnych wybiegach. Czy zaspokojenie naszej potrzeby poznawania świata kosztem niewoli zwierząt jest tego warte?

Bliskość nie znosi obcości

Skoro wszystko próbujemy zrozumieć i nazwać, co się stanie, kiedy naprawdę wejdziemy w świat zwierząt? W tegorocznym programie MDAG znalazły się dwa filmy poświęcone niedźwiedziom polarnym i oba, na różne sposoby, pokazują konsekwencje ludzkiej ingerencji w ich naturalne środowisko. W „Kłopotliwym niedźwiedziu”, o którym już wspomniałem, to ciekawość przyciąga zwierzę w stronę ludzkich osad.

„Niedźwiedzica” Asgeir Helgestad odwraca tę perspektywę: tym razem to człowiek, kierowany ciekawością, wchodzi do świata zwierząt i zostaje z tego ruchu rozliczony. Film operuje bardzo prostym, ale trudnym do uniesienia kontrastem. Z jednej strony oglądamy czułość: relację matki z młodymi, powtarzalne gesty opieki, rytm codziennego trwania. Z drugiej natomiast konsekwencje obecności człowieka, które z czasem stają się coraz bardziej widoczne. Kamera wraca do tych samych miejsc, ale zastaje inny świat – arktyczny pejzaż kruszy się pod ciężarem klimatycznego kryzysu, zamieniając bezpieczne schronienie w obcy i nieprzyjazny teren.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Narrator mówi: „Pośród zimna było tyle ciepła i tyle troski”. To zdanie dobrze oddaje napięcie, które prowadzi cały film – między zachwytem a bezradnością. Fotograf pozostaje fizycznie zdystansowany, a jednocześnie buduje silną więź z obserwowanym zwierzęciem. Obok niego pojawiają się inni: badacze, turyści, ludzie, którzy wchodzą w tę przestrzeń z własnymi celami. Granica zostaje przekroczona, nie zawsze gwałtownie, czasem prawie niezauważalnie, ale konsekwentnie. Na tle arktycznych kadrów rozgrywa się historia przetrwania w warunkach, które coraz wyraźniej wymykają się kontroli.

Remedium na „ludzkość”

Na tle tych intensywnych tarć „Pieśni lasu” Vincenta Muniera proponują zupełnie inny sposób bycia w świecie zwierząt. „Być może muszę stać się jeszcze większym widmem niż ono samo i całkowicie zniknąć z pola widzenia” – padają znamienne słowa z ust starszego ojca reżysera, jakby mówił: muszę stać się niewidzialnym, zniknąć, żeby naprawdę zobaczyć. Zamiast zbliżenia, jest tu wycofanie. Zamiast interpretacji – uważne słuchanie. Bohaterowie uczą się, jak być obecnymi tak, by nie zakłócać rytmu tego, co obserwują, jakby prawdziwe spotkanie było możliwe dopiero wtedy, gdy przestajemy być jego centrum. To kino nie próbuje tłumaczyć natury. Pozwala jej wybrzmieć na własnych zasadach: w dźwiękach, w powtarzalności gestów, w czasie, który nie jest podporządkowany ludzkiej potrzebie opowieści. Sens nie polega tu na rozumieniu, ale na doświadczeniu obecności czegoś, co pozostaje nieprzeniknione – i właśnie w tej ulotności kryje się jego najgłębszy urok.

Być może właśnie w tym wycofaniu kryje się relacja, która nie próbuje zawłaszczać. Taka, która dopuszcza możliwość, że nie wszystko musi zostać nazwane, wyjaśnione ani nawet do końca oswojone. I że to, co najważniejsze, wydarza się często poza zasięgiem naszego spojrzenia.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Jak być niewidzialnym?

Ponieważ Luna należy do zwierząt udomowionych, a jej rasa (Maine Coon) jest szczególnie związana z człowiekiem, nie mam możliwości naprawdę zniknąć z jej pola widzenia. Zresztą jesteśmy ze sobą na tyle blisko, że taka próba przyniosłaby raczej niepokój niż jakąkolwiek korzyść. „Dziki” świat rządzi się jednak innymi prawami. Nie każdy z nas ma odwagę żyć jak reporterzy pracujący w puszczach, na stepach czy wśród wiecznej zmarzliny. Kino daje możliwość doświadczenia tych miejsc inaczej – z dystansu, który pozwala być obecnym, ale nie narzucać się temu, co obserwujemy. Twórcy wychodzą nam naprzeciw i dokonują niemożliwego, żebyśmy mogli obcować z tym fascynującym światem per medium, za pośrednictwem kadrów z ukrytej kamery. Wtedy możemy stać się naprawdę niewidzialni – podziwiać, nie przeszkadzając.

23. edycja festiwalu Millennium Docs Against Gravity odbędzie się w dniach 8–17 maja w kinach oraz od 19 maja do 1 czerwca online. To największy festiwal filmów dokumentalnych w Polsce, który z roku na rok przyciąga coraz więcej twórców i widzów. Filmy będzie można zobaczyć w siedmiu miastach: Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Katowicach, Poznaniu, Bydgoszczy i Łodzi.

Program uzupełnią wydarzenia towarzyszące, m.in. koncerty, spotkania i wystawy. Szczegółowe informacje i bilety są dostępne na stronie festiwalu.

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...