Scott Wallace wraz z zespołem fotografów odbył podróż do serca Amazonii, gdzie koncerny naftowe zagrażają ostatnim dzikim lasom.

Z liści nadal kapie po nocnej ulewie, ale Andrés Link zarzuca na ramiona plecak z zaopatrzeniem na cały dzień i wyrusza w wilgotny chłód poranka. Dopiero świta, ale las już tętni odgłosami życia – gardłowymi krzykami wyjców, stukoczącym ra-ta-ta-ta-ta dzięciołów, piskami uganiających się po gałęziach małpek sajmiri. Z oddali dobiega dziwny zawodzący jęk, to narastający, to cichnący.

– Słuchaj! – Link nastawia uszu i chwyta mnie za rękę. – To titi. Słyszysz? Śpiewają w duecie. Naśladuje wysoki, rytmiczny krzyk jednej z małp, potem drugiej. Dopiero teraz zaczynam rozróżniać poszczególne głosy.

Ten radosny rejwach jest tłem dźwiękowym codziennej porannej drogi Linka do pracy przez obszar o największej chyba na ziemi bioróżnorodności. Link jest prymatologiem, pracuje na peruwiańskim Uniwersytecie Andyjskim i prowadzi badania małp z gatunku czepiak belzebub, a teraz udaje się do naturalnej lizawki solnej odległej o pół godziny marszu, gdzie te małpy chętnie się gromadzą.