Był osobistym fotografem Perona i Evity, pił szampana z królową brytyjską, gościł w domu Fidela Castro. Należał do grupy Indian Iny. Pośmiertnie kultura ulicy wyróżniła go osobistym graffiti: „Tu byłem, Tony Halik”.

1955 Mato Grosso

Wyrosła przede mną wysoka sylwetka wojownika Kayapó... Wpatrywał się przez chwilę w moją twarz, jak gdyby nie wierzył własnym oczom, ale znaki i wojenne malowidła na mojej skórze pozbawiły go wątpliwości i z ponownym okrzykiem zamierzył się dzidą... W ostatniej chwili skoczyłem, odwołując się gorączkowo w pamięci do lekcji dżiu-dżitsu, jakie otrzymałem dawno temu, gdy byłem pilotem wojennym.

Walka między białym Indianinem z Polski a wojownikiem grupy Kayapó rozegrała się w 1955 r. nad przecinającą Wyżynę Brazylijską rzeką Araguaia. Z opresji uratował Halika Ozana, jego przyjaciel.
Indianie żyli wówczas w niezaburzonym jeszcze ekosystemie, ubierali się jak ich dziadowie, kultywowali pradawne zwyczaje. Nie mieli pojęcia, że porośnięta lasem ziemia, która służyła im za dom, tereny łowieckie i miejsce uprawy manioku może też być źródłem bogactwa. Ba, nie wiedzieli nawet, co to znaczy być bogatym. Nie mogli więc przyswoić sobie prawdy, że chciwość jest jednym z najsilniejszych motorów ludzkich działań. Ale niebawem przekonali się o tym na własnej skórze.

Bandeirantes – awanturnicy, bandyci, poszukiwacze złota i diamentów, łowcy niewolników i poganiacze bydła – od ponad dwustu lat torowali szlaki, którymi później kroczył Kościół, obiecujący po masakrach zbawienie. Na terenach, które zapewniały utrzymanie tysiącom Indian, biali zaczęli otwierać kolejne kopalnie – miejsca pracy dla biedoty z Europy i Ameryki. Wraz z nimi pojawiły się ciemne spelunki z alkoholem za półdarmo i tanie burdele. Nieodłącznymi towarzyszami osadników były syfilis i gruźlica.


Biali zażarcie walczyli o własne interesy, a Indianie bronili swojej ziemi. Jednak zgodnie z literą prawa ustanowionego przez kolonizatorów tereny wolne od ludności etnicznej można było po prostu zająć. Osobnicy pozbawieni skrupułów nie wahali się, by ją od tej ludności uwolnić. Dzieła ostatecznego zniszczenia dokonały agendy, instytucje rządowe i prywatni przedsiębiorcy, którzy w latach 60. zaczęli programową eksploatację indiańskiej selwy – równikowego lasu. Masakry, czystki etniczne, palenie wiosek stały się częścią historii lasu, którego spokój przez tysiące lat zakłócały jedynie walki takie jak ta opisana przez Halika.


Z osady, która przez kilka miesięcy gościła Halika i jego żonę Pierrette, nie przeżył nikt. Czy przyczyną masakry była feralna bliskość kopalni diamentów? Albo złóż szmaragdów? A może Indianie musieli ustąpić miejsca... bydłu, którego Brazylia jest dziś największym producentem? Nikt nawet nie zbierał wojennych trofeów ze skąpego materialnego dobytku podbitych plemion. Jedyne, co po nich pozostało, to filmy i fotografie Halika, ich przyjaciela. Wspomina, że mówili na niego Oni. Zaś Pierrette nazywali Masiederu – „młoda, piękna kobieta z innego plemienia”. 
W ich języku podobno nie było słowa „dziękuję”. Oni nigdy nie mógł więc bezpośrednio podziękować wojownikowi Ozana za ocalenie życia podczas bitwy z Indianami znad piaszczystych brzegów rzeki Araguaia.
Zanim jednak wąską dłubanką, w 50-stopniowym upale, pokonamy z Halikiem setki kilometrów wijącej się przez puszczę rzeki Araguaia, wróćmy do początków tej, ale teżinnych podróży, jakich pełne było fascynujące życie tego globtrotera.


Na początku była Wisła. 14-letni Halik sprzeciwił się woli ojca, który chciał uczynić zeń gorzelnika lub chociaż hodowcę świń, i postanowił zostać flisakiem. Zaciągnął się więc na flisacką łódź pod Płockiem, ale straż graniczna Wolnego Miasta Gdańska odesłała go pod eskortą do domu. Podczas wojny trafił do Anglii i został pilotem RAF-u. Przy celowniku myśliwca umieszczona była kamera, dzięki której zdobył pierwsze szlify filmowca. Latał na hurricane’ach i spitfire’ach. Dwukrotnie został zestrzelony, miał jednak niezwykłe szczęście. Pierwszy raz jego samolot, trafiony serią pod ogon, runął do kanału La Manche. W lodowatej wodzie pilot zdążył jeszcze wychylić whisky z piersiówki. Obudził się po 10 dniach w szpitalu. Podczas rekonwalescencji pisał listy do przyjaciela, a ten pokazał korespondencję wydawcy niewielkiego pisma. 
I tak Halik trafił na łamy prasy. Za każdy odcinek opowieści Myśliwy z nieba dostawał pięć funtów. Pierwsza lotnicza katastrofa zrobiła z niego reportera.

 


Po raz drugi zestrzelono go nad Francją, gdzie na spadochronie szczęśliwie opadł w uroczej winnicy. Tu poznał pierwszą żonę, Pierrette. Podobno najpierw zainteresował ją... spadochron, a raczej delikatny materiał, z którego został uszyty. Właściciel winnicy okazał się też niezwykle gościnnym gospodarzem i szczodrze częstował lotnika znakomitymi koniakami, których Halik, zaangażowany w działalność miejscowego ruchu oporu,  kosztował nie bez przyjemności.
– Byłem pewny, że nie przeżyję wojny, dlatego prowadziłem bardzo hulaszczy tryb życia – mówi w ostatnim filmie, jaki nagrał tuż przed śmiercią. – Dziwny to był czas. Szukało się wtedy bólu i strachu – dodaje.
Po wojnie RAF zatrudnił go jako poszukiwacza terenów nadających się do przymusowych lądowań w Afryce. Wtedy okazało się, że ma łatwość nawiązywania kontaktów z tubylcami i osobliwą lekkość w rozmowie z nimi.
Polityka Churchilla wobec niedawnych wojennych sprzymierzeńców była jednak coraz jawniej wroga, wobec czego Halik zebrał wszystkie swoje wojenne odznaczenia i odesłał rządowi brytyjskiemu, dołączając do nich liścik z wyjaśnieniem. W Anglii nie miał czego szukać – tego był pewien. I wówczas na londyńskiej ulicy zobaczył ogorzałego gaucho, który wywijając lassem, pędził w jego stronę na galopującym koniu. Tak na plakatach reklamowała się Argentyna. – Jestem kamerzystą i potrafię prowadzić samolot – zarekomendował się rządowi argentyńskiemu. Został więc pilotem taksówki powietrznej. Ciągle podróżował i z uporem słał zdjęcia ze swoich wypraw do jednego z najlepszych wówczas kolorowych magazynów, amerykańskiego Life’a.  Redaktorzy w uprzejmych listach dziękowali za materiały, ale pismo nie było nimi zaintereso-wane. Aż w końcu przyszedł telegram, że wydrukowane zostanie zdjęcie panicznie wystraszonej małpy, do której zbliża się jadowity wąż. Później fotografie Halika zaczęły się pojawiać na okładkach pisma, publikowano też jego reportaże. W końcu w pakiecie z Life’em kupiła go stacja NBC. Pracował dla niej przez 37 lat, a za cykl programów z początków rządu Fidela Castro NBC zdobyło Nagrodę Pulitzera. – Na Kubę to nawet Halik się nie dostanie – mówiono w redakcji. – Sprawdźmy – rzucił – i wyjechał. Mało, że na Kubę. Zawitał do domu samego Fidela Castro!


Tony w redakcji był człowiekiem do zadań specjalnych i projektów szalonych. – Słuchaj – powiedział mu kiedyś szef. – Na Wyżynie Brazylijskiej mają podobno lądować przybysze z innych światów. Leć tam, zrób reportaż, może uda ci 
się przeprowadzić z nimi wywiad. Tylko po angielsku! Tony Halik chciał być pierwszym dziennikarzem w kosmosie i to jedyne marzenie, którego nie zrealizował.
– Wszystko mi się udawało, może nie za pierwszym razem, ale za piątym, szóstym... Bo ja szczęściu potrafiłem sprzyjać, wypracowałem je, przywiązałem do siebie i starałem się nie wypuścić – mawiał.


Szczęście nie opuszczało go też w Wielkim Lesie, gdy czuł na piersi zimne ostrze dzidy. Było z nim, gdy tracił przytomność podczas ataków malarycznej gorączki; śmierć wówczas przycupnęła już u wejścia do jego szałasu i nie odegnała jej biała chinina, lecz wioskowy szaman ze swoją tajemniczą miksturą. Szczęście towarzyszyło mu, gdy z Pierrette po dwóch dniach błądzenia po omacku znaleźli wyjście z jaskini, do której zagnała ich ciekawość. Miał wyjątkowe szczęście. Ale tak naprawdę niewielu zdobędzie się na to, by je spotkać i przeżyć.


Przygoda Halików w Mato Grosso (środkowozachodnia Brazylia) zaczęła się, gdy odłączyli się od ekskluzywnej wyprawy myśliwskiej. Postanowili odszukać grupę Indian Karajá, która wiele lat wcześniej zaszyła się w lesie. Jej wódz, Oubedu, chciał ustrzec swój lud przed chorobami przywleczonymi przez białych przybyszów. Takimi, co to dziurawiły ciało (jedną z metod eksterminacji Indian było rozdawanie im zatrutej ospą odzieży) czy powalały kaszlem (Indianie nie byli odporni nawet na zwykłą europejską grypę, którą bezwiednie zarażali ich misjonarze). Oubedu nie chciał też, by biali poznali ich zwyczaje i sekretne obrzędy. Słusznie podejrzewał najeźdźców, że mogą zaszkodzić w kontaktach z duchami i przynieść zagładę całemu jego ludowi. Dlatego, jak wieść niosła, znad brzegów Araguaia ludzie Oubedu przenieśli się w puszczańskie gęstwiny. Po latach ścieżki, którymi się wycofywali, zarosły i nikt nie wiedział, dokąd poszli ani gdzie żyją. Halikowie postanowili się tego dowiedzieć.
Za topór, dwie maczety i plecionkę tytoniu zakupili malowane „wiosło pokoju”. Było rodzajem przepustki w selwie, świadectwem pokojowych zamiarów. Popychając swoją pirogę długą żerdzią, przepłynęli tysiąc kilometrów, by odnaleźć mądrego Oubedu.


Czyżby Oubedu był genialnym prekursorem słynnych braci Villas Boas – założycieli pierwszego brazylijskiego rezerwatu Indian? Bracia w latach 60. namówili indiańskich wodzów do opuszczenia swoich ziem i przeniesienia wiosek do rezerwatu. Obszar, jaki dla nich przeznaczono, był niewielki, a niektóre wrogie sobie od wieków grupy umieszczono po sąsiedzku, ale izolacja od białych ocaliła życie i kulturę Indian. Orlando Villas Boas zmarł kilka lat temu, wśród Indian przeżył 40 lat. Był pierwszym w historii białym, po śmierci którego brazylijscy Indianie odprawili tradycyjny rytuał pożegnalny. Nominowano go również do Pokojowej Nagrody Nobla. Natomiast jego indiański poprzednik, Oubedu, zastał zabity.


– Ja do Indian nie przybywałem ani jako żołnierz, ani jako misjonarz, ani antropolog. Ja przychodziłem zawsze jako przyjaciel, a dodatkowo byłem z kobietą, co wzbudzało ich zaufanie – wspominał później Halik. Indianie Karajá, którzy mówią o sobie po prostu Iny, czyli „my“, wymalowali dwa koła na jego policzkach – znak przynależności do ich grupy. Sami nosili je wytatuowane od młodości, ale Oniemu, dojrzałemu mężczyźnie, oszczędzono nacinania skóry (dziś wszyscy Karajá jedynie malują sobie znaki). Indianie pokazywali Oniemu, jak żyć w selwie, jak łowić ryby za pomocą trujących pnączy. Uczyli go też niezwykłej, bo najprostszej, nieobarczonej cywilizacyjnymi wartościami życiowej uczciwości. Czy nie miał racji Oubedu, kiedy w jednej z rozmów z Halikiem stwierdził: – Źle się dzieje w twojej wiosce, Oni. W naszej pilnujemy dorastających chłopców. Po co wy pilnujecie dziewcząt? Przecież jeden chłopak to kłopot dla wielu dziewcząt. A jedna dziewczyna? Jeden kłopot w wiosce.

 

Wieczór kawalerski Karajá – czyż nie jest wyrazem szczerości i mądrości? Nim młodzieniec zwiąże się z dziewczyną, która go wybrała, a tym samym zmieni swoje życie na zawsze, wojownicy uświadamiają mu piękno i dramat takiego wyboru. Nie będzie już spędzał czasu z kolegami, a i wrota kariery zatrzasną się przed nim na zawsze. Jego ciała nie będą nawiedzać duchy selwy, co jest przywilejem naj-odważniejszych, bo nie będzie już mógł dawać wyrazu swojej odwagi. Od tej chwili – pisze Halik w książce Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso – miłość i codzienne obowiązki odbiorą siły jego duszy i ciału. Jutro już nie będzie go wśród dumnych i godnych wojowników... ale ma jeszcze czas, by przemyśleć swoją decyzję... W chacie żony zazna miłości, słodyczy zupy z manioku, zakosztuje radości płynącej z pieszczoty główki swego dziecka, ale troski zachmurzą jego oblicze... Gdy pozna cierpienie żony 
w godzinie porodu, ból i niepokój wycisną strumienie łez... Gdy usłyszy skargę skrzywdzonego dziecka albo gdy któreś z nich zachoruje, może nawet umrze, jego serce będzie pękało z bólu.


Dla miłości trzeba się wyrzec wolności: przygody w selwie, rzeki adrenaliny, nawet kontaktów z duchami. Zapomnieć o męskich eskapadach i pojedynkach z niebezpieczeństwami. Nie można być młodzieńcem, wojownikiem i głową rodziny jednocześnie. Ale młody chłopak ma wybór. Zanim podejmie decyzję, dziewczyna Karajá zaprasza go do chaty swoich rodziców. Ci udają, że niczego nie widzą, nie słyszą. Młodzieniec ma prawo gościć w ich chacie przez trzy noce. Jeśli dziewczyna uzna, że te noce potwierdzają słuszność jej wyboru, wysyła chłopakowi matę. Jeśli tego nie zrobi, obydwoje mogą swoich połówek szukać dalej. Nikt też nie ściga jego ani jej nie wytyka palcami, jeśli po tym krótkim okresie narzeczeństwa pojawi się dziecko. U Karajá od wieków rodzą się tylko dzieci. Nigdy bękarty.


Dorosłości dzieci uczą się jak wszędzie – bawiąc się zabawkami. Karajá lepią gliniane laleczki, którymi wszystko tłumaczą. Lalki zastępują nawet przykre słowa, które zraniłyby adresata, a i nadawcy nie przyniosłyby radości. Dlatego jeśli ktoś skłamał, lepiej podarować mu laleczkę okrytą czerwoną farbą kłamstwa. Po co się kłócić? Wymownie milcząca laleczka daje czas na opanowanie emocji.
Dziś Indianie lepią lalki większe i bardziej kolorowe. Takie mają lepsze wzięcie niż skromne figurki pomalowane czarnym i czerwonym barwnikiem. Turyści, zanim odpłyną z rezerwatu na wyspie Bananal (11,6 tys. km² terenu w ramionach rzeki Araguaia), kupują je w chatce-butiku. Wybierają też ozdoby z piór, maty i koszyki plecione z traw. Dziś Indianie żyją 
z białych. Turyści, zamiast jak Tony Halik kupować pirogę, wynajmują łódź z przewodnikiem, a łowienie ryb i wieczór z tańcami dostają w pakiecie z wizytą w rezerwacie Araguaia.

Pielęgnowanie własnej kultury, powrót do źródeł, studia nad tradycjami, językiem przodków stały się dla nich źródłem utrzymania, alternatywą dla ich naturalnego źródła życia, selwy. Jeszcze niedawno firmy farmaceutyczne ochoczo odwiedzały szamanów, a zioła i rośliny tropikalne – jako dobro wspólne świata – były masowo wywożone. Dziś Indianie mają świadomość ogromnej wartości wiedzy zdobywanej przez nich w dżungli przez tysiące lat. Wystawiają już rachunki za tradycyjne receptury i zebrane przez siebie rośliny. Chronią swe dziedzictwo, przekazują obyczaje następnym pokoleniom. Zapewniają własnej kulturze przetrwanie, a sobie dotacje od międzynarodowych organizacji. Wiele zawdzięczają ekologom, którzy wraz z Indianami Ameryki Północnej uświadomili światu wartość indiańskiej kultury, a samym Indianom pokazali, jak się z niej utrzymać.


Jako jedni z pierwszych własnych praw w legalny i zorganizowany sposób zaczęli się domagać w latach 80. Xavanté. Halikowie odwiedzili ich podczas podróży przez Mato Grosso, ale wtedy jeszcze grupa ta miała opinię ludu niebezpiecznego. To przyciągnęło do nich podróżników. Mit o ich agresywności szybko jednak upadł. Xavanté byli po prostu najliczniejszą na tych terenach grupą i półnomadyczny tryb życia, do jakiego byli zmuszeni, przemieszczając się za zwierzyną, prowadził do potyczek z innymi plemionami. Napadali też na białych, którzy odpowiadali masakrami. Nie dawali się przekupić darami zrzucanymi z samolotów, które układali w stosy i palili.


Wiedzieli, czego chcą. Ich przedstawiciele, ubrani w trampki i szorty, z ciałami wymalowanymi znakami plemiennymi przemierzali nowe szlaki – korytarze sądów i budynków rządowych. Składali kolejne teczki z opracowanymi przez prawników papierami dokumentującymi własność ich ziemi. Nie zawsze wygrywali, ale pokazali, że trzeba się z nimi liczyć. Dziś, razem z innymi grupami Indian z Mato Grosso i sąsiednich stanów, protestują przeciw budowie tam na rzekach, które według rządowych planów mają tworzyć hidrovia – wodną sieć komunikacji. Tyle że przyniosą katastrofę tutejszemu i tak już nadwerężonemu ekosystemowi. Interesy wielkich korporacji wymagają jednak ofiar. A Amazonia jest ciągle bardzo ofiarna. Stąd pochodzą nie tylko egzotyczne drewno, złoto i szlachetne kamienie. Tu powstają hamburgery i olej sojowy dla połowy świata. Ogromne uprawy soi pożarły lasy, ziemię, teraz żywią się pestycydami.


Archaicznie już brzmią wspomnienia Halika z Mato Grosso: Tam, gdzie nie było nawet soli i popiołem doprawiałem jedzenie, czułem się najbardziej szczęśliwy. Tak szczęśliwych miejsc już nie ma, ale Indianie ciągle walczą z coraz mniej szczęśliwym i coraz bardziej chorym, i to nie tylko od soli, światem. Walczą od 500 lat – o siebie i Ziemię jednocześnie.


Przyjaciele Halika z selwy nad Araguaią w tej walce polegli i dziś, widząc tutejsze pola uprawne, Tony Halik zdumiony zapytałby pewnie: czy ja tu byłem? 

Zuzanna Pol, 2009