– To był  rozpaczliwy  czas. Doug nigdy  się z tym nie pogodził.

Kris McDivitt Tompkins siedzi przy stoliku do kawy zarzuconym kolorowymi mapami Chile i Argentyny, opowiadając o sporze, który na początku lat 90. ubiegłego wieku wybuchł wokół miejsca w południowym Chile zwanego Pumalín. To było pouczające doświadczenie, dzięki któremu ona i jej zmarły mąż, emerytowany biznesmen i łowca przygód Doug Tompkins, przekonali się, jak trudne może być przekształcenie amerykańskich dolarów i dobrych intencji w coś, co ma chronić krajobraz w Ameryce Południowej.

Za tym stolikiem, za mapami, za wielkimi oknami okazałego pensjonatu posadowionego niczym orle gniazdo na szczycie niewielkiego wzgórza rozpościera się widok na pofałdowane tereny trawiaste, górskie strumienie, lasy buków południowych i granatowe jeziora – surowe cuda przyrody chilijskiego Parku Narodowego Patagonia, kolejnego projektu Tompkinsa. 

 

Weterynarz Jorge Gómez obserwuje arę zielonoskrzydłą ćwiczącą przed wypuszczeniem na wolność w argentyńskim parku Iberá. Gatunek niewidywany w tym regionie od stu lat jest obecnie wprowadzany ponownie. Ptaki wychowane w niewoli uczy się umiejętności niezbędnych do przetrwania w stanie dzikim.

 

Park obejmuje ponad 300 tys. ha, w tym dolinę Chacabuco ciągnącą się na zachód od Andów. Wraz z Pumalínem, położonym jakieś 500 km na północ, i sześcioma innymi parkami – powstałymi lub powiększonymi o ziemie ofiarowane przez Tompkinsa dzięki jego uporowi oraz współpracy z chilijskim rządem – ta sieć dzikich miejsc obejmuje łącznie 4,5 mln ha. Ich zakres i różnorodność są ogromne. Rozciągają się wzdłuż południowej połowy Chile, od lasów waldiwijskich Hornopirén po skaliste wyspy i lodowce Kawésqar. Lecz aby zrozumieć zakres tego, czego dokonała Kris Tompkins ze swym mężem, a także przeszkody, na jakie natrafiali, najlepiej zacząć od Pumalínu. Kris rozkłada mapy i rozpoczyna opowieść.

W 1991 r. Doug Tompkins kupił opuszczone ranczo na pojezierzu w południowym Chile, krainie, którą znał z młodzieńczych wypraw narciarskich i wspinaczkowych z początku lat 60. Pod koniec tej dekady wraz ze swoją pierwszą żoną założył firmę The North Face handlującą sprzętem turystycznym. Sprzedał ją za niewielkie pieniądze i utworzył firmę odzieżową Esprit, która odniosła spory sukces. Na początku lat 90., kiedy był już dość bogaty, rozwiódł się i, rozczarowany rozpasanym konsumpcjonizmem, sprzedał firmę, wycofując się ze świata biznesu. Zaczął uprawiać sporty – wspinaczkę, narciarstwo, kajakarstwo – które przywiodły go na południe. A poza tym zajął się ochroną przyrody.

 

Mingo Avalos płynie łodzią przez kanał, holując swego konia, na którym potem pojedzie do domu. Mingo wraz z drugim przewodnikiem oprowadza turystów po regionie Iberá. Turystyka daje miejsca pracy dawnym myśliwym  robotnikom rolnym takim jak Avalos.

 

Jego plan przywrócenia na ranczu rodzimej roślinności przerodził się w coś większego. Tompkins stworzył i zasilał finansowo prywatną fundację Conservation Land Trust, dokonując poprzez nią zakupów, których celem było połączenie dwóch w większości dzikich obszarów,  – Pumalínu Północ i Pumalínu Południe. Pomiędzy nimi leżała inna działka, o nazwie Huinay, należąca wtedy do Papieskiego Uniwersytetu w Valparaíso, który chciał ją sprzedać. Jednak wpływowe czynniki polityczne, w tym ówczesny prezydent Eduardo Frei Ruiz-Tagle, były temu przeciwne. W tym momencie wkroczyła na scenę Kris McDivitt, emerytowana od niedawna dyrektorka innej firmy odzieżowej, o nazwie Patagonia. Kris wniosła własny majątek i przekonania, bardzo podobne do tych, które reprezentował Doug Tompkins. Pobrali się w 1994 r.

Kris Tompkins jest drobną, energiczną kobietą o żywej inteligencji. Snuje wspomnienia bez popadania w egzaltację. Huinay, owszem, było fragmentem, który połączyłby Pumalín, mówi mi. Miał jakieś 340 km2, nie był duży w porównaniu z Pumalínem Północ czy Południe, ale spinał długie chilijskie terytorium w jednym z jego najwęższych miejsc, między zatoką Ancud i szczytami Andów. Próby jego zakupu przez Tompkinsów zrodziły podejrzenia, opór i niechęć. Oskarżano ich o to, że ten zakup i ochrona wyłączy z produkcji ziemię uprawną. Że likwidują miejsca pracy. Że budują sobie w Chile „lenno”.

 

Kris Tompkins z organizacji Tompkins Conservation stoi nad laguną La Pepa, w chilijskim Parku Narodowym Patagonia. Odradzający się las stanowi schronienie dla coraz większej populacji huemali, zagrożonych andyjskich jeleni. – Krajobraz bez dzikiej fauny to tylko sceneria – mówi Kris. Jej mąż i partner Doug Tompkins (z lewej wraz z nią w 2010 r.) zmarł w wyniku wypadku na kajaku w 2015 r.

 

Takie reakcje były żywe do końca lat 90. i na początku bieżącego stulecia, w miarę jak małżeństwo kupowało i obejmowało ochroną kolejne tereny w Chile (łącznie z doliną Chacabuco, w której siedzimy teraz oboje). W rzeczywistości ich celem w Pumalínie było kupno ziemi, utworzenie chronionego parku i oddanie go społeczeństwu. Lecz Chile nie ma tradycji prywatnej filantropii poza projektami kościelnymi i edukacyjnymi. Taka niepojęta szczodrość wydawała się w najlepszym razie paternalistyczna, a w najgorszym złowroga. Huinay było szczególnie drażliwą kwestią, bo choć niewielkie, rozciągało się od granicy do granicy. Krytycy twierdzili, że jeśli bogaci gringos staną się właścicielami tego terenu, kraj będzie przecięty na pół.

– Przez cztery czy pięć lat pogardzano nami– mówi Kris Tompkins.

 

 

W ciągu 21 lat małżeństwa z powodu licznych rozległych posiadłości i projektów w Chile i Argentynie Tompkinsowie spędzali sporo czasu w małych, prywatnych samolotach. On wylatał 15 tys. godzin jako pilot. Ona w powietrzu często przejmowała stery, ale jako że nie miała licencji, nie lądowała i nie startowała.

– Najszczęśliwsza jestem, kiedy latam – wyznała mi.

Zawsze myśleli, że umrą razem, bo wciąż fruwali cessną albo huskym między tymi andyjskimi kanionami i wierzchołkami.

Tak się jednak nie stało. Doug zmarł 8 grudnia 2015 r. w szpitalu w Coihaique z powodu hipotermii wywołanej długotrwałym zanurzeniem w zimnym chilijskim jeziorze. Tego nieszczęsnego dnia zerwał się silny wiatr wywołujący wysokie fale, a ster w kajaku Douga, którym płynął ze znanym wspinaczem Rickiem Ridgewayem, zepsuł się. Łódka się wywróciła,a wzburzona woda uniemożliwiała im dotarcie do brzegu. Ridgeway został wyciągnięty po godzinie i przeżył. Doug Tompkins nie zdołał.

Kris Tompkins dowiedziała się o tym przez telefon – w mglistej wersji mówiącej o wypadku, być może ze skutkiem śmiertelnym – po czym jechała przez sześć godzin do szpitala, gdzie stwierdzono zgon jej męża.

– To, że odszedł tak szybko, jakoś pasuje do naszego małżeństwa – mówi mi. – Żal jest tylko dalszym ciągiem tego, czym było. – Intensywne wspólne życie, intensywny żal. Tak musi być.

Przez kilka ostatnich lat kontynuowała sama to, co zaczęli razem, tyle że z większym zapałem.

– To mnie powstrzymywało od udania się za Dougiem – mówi.

 

Wolontariusz Erik Esposito obserwuje, jak biolog Pablo Guerra zajmuje się Nahuelem, 18-letnim samcem rozpłodowym w Centrum Reintrodukcji Jaguarów na wyspie San Alonso w Parku Iberá. Urodzone tutaj młode koty są chronione przed kontaktami z ludźmi, co ma zwiększyć ich szanse na przetrwanie po wypuszczeniu na wolność.

 

Zamiast tego skupiła się na przekształceniu ich wspólnych terenów w cudowny zestaw parków narodowych rozrzuconych na obszarze Chile i Argentyny. Zajęło to trzy lata, ale nabierało szybkości. W ciągu dwóch tygodni od pogrzebu męża Kris zawarła porozumienie chroniące ogromny ekosystem bagien w północnej Argentynie znany jako Iberá. A pod koniec marca 2019 r. sfinalizowała umowę z rządem Chile, w ramach której połączono 400 tys. ha należących do Tompkinsów z 4 mln ha terenów rządowych, tworząc pięć nowych parków narodowych i powiększając trzy inne. To, co kiedyś było prywatnym rezerwatem Pumalín, jest obecnie dobrem społecznym – Parkiem Narodowym Pumalín Douglas Tompkins.

Po lunchu w pensjonacie Kris zabiera mnie na spacer po okolicy. Za główną siedzibą Parku Narodowego Patagonia droga dojazdowa prowadzi do ścieżki biegnącej w górę strumienia. Zatrzymujemy się przy maleńkim cmentarzu otoczonym płotem z kamiennymi słupkami. Jest na nim 10 grobów oznaczonych drewnianymi krzyżami i małymi kapliczkami oraz jedna pionowa kamienna płyta z napisem: „DOUGLAS RAINSFORD TOMPKINS Birdie & Lolo 03-1943 -12-2015”.

Pracownicy kazali umieścić ten napis, nie pytając jej o zdanie, ale Tompkins mówi, że jej to pasuje. Podchodzi rzeczowo do rozmów o mężu i jego śmierci, ale rzeczowość nie oznacza braku emocji, toteż czasami przychodzi na grób i kładzie się w milczeniu na trawie, wspominając Douga.

Ścieżka wije się po kamienistych zboczachi trawiastych równinach porośniętych zaokrąglonymi, kolczastymi krzewami Anarthrophyllum o żółtych kwiatach, które z daleka wyglądają jak koralowce. Przekracza strumień, pnie się ku obozowisku, prostemu, ale dobrze utrzymanemu, po czym zawraca ku siedzibie parku.
W pewnym momencie dostrzegam kupkę wysuszonych białawych odchodów. Tak, to puma, mówi Tompkins, podnosząc grudkę i rozłamując ją, żeby pokazać mi zbitą sierść. Wzrost populacji pumy w dolinie Chacabuco jest jednym  z wymiarów przywracania dzikości będącego ważnym celem na ziemiach Tompkinsów w Chile i Argentynie, które utraciły znaczną część swojej pierwotnej fauny. Przywracanie dzikości oznacza więcej pum i huemali (południowoandyjskich jeleni będących gatunkiem zagrożonym),a także nandu plamistych (dużych nielotnych ptaków), tutaj, w Parku Narodowym Patagonia, oraz w innych miejscach, gdzie się je odtwarza i reintrodukuje.

To działanie budzi też kontrowersje, zwłaszcza wtedy, gdy oznacza powrót drapieżników, takich jak puma albo (na argentyńskim mokradłach Iberá) jaguar. Może do tego doprowadzić jedynie połączenie odwagi i cierpliwości, a tę cierpliwość w znacznym stopniu przejawia Kris Tompkins.

– Doug działał gwałtownie, jakby rzucał bomby – powiedział mi Gil Butler, kolejny filantrop oddany ochronie przyrody. – Kris mówi „Załatwmy to”.

 

Weterynarz Jorge Peńa trzyma na kolanach sarniaka pampasowego, opiekując się nim podczas podróż do nowego siedliska w parku Iberá. To uśpione zwierzę było jednym z kilku przewiezionych helikopterem z obszaru zagrożonego przez rozrastające się plantacje drzew.

 

Para młodych nandu plamistych wyklutych w centrum hodowlanym wyjdzie na teren ośrodka aklimatyzacyjnego, gdzie ptaki pozostaną przez miesiąc lub dwa przed wypuszczeniem do Parku Narodowego Patagonia. Plan przywracania dzikości przewiduje wypuszczanie 10–20 nielotów rocznie.

 

Po stronie argentyńskiej inicjatywy Tompkinsów zmierzające do przywracania dzikości przebiegają sprawnie w Esteros del Iberá, w północno-wschodniej części kraju. To rozległy, grząski ekosystem, zawiła mozaika kanałów wypełnionych ciemną wodą, trzęsawisk, lagun, połaci pływającej roślinności, pagórków na tyle wysokich i suchych, by mogły na nich rosnąć skrawki lasu, oraz fragmentów sawanny. Mnóstwo tu kajmanów i wodnych ptaków, a przy odrobinie szczęścia można też dostrzec żółtą anakondę. Słońce zalewa to wszystko blaskiem – nazwa regionu pochodzi z języka guarani, w którym y berá oznacza „lśniące wody”.

Iberá leży w prowincji Corrientes, wiejskim na ogół regionie graniczącym z Paragwajem, Urugwajem i Brazylią. Silne są tu wpływy rodzimej kultury i języka guarani oraz etos pogranicznej niezależności. Od stu lat hodowano tu niewielkie ilości bydła i polowano, by zdobyć mięso i skóry. Miejscowi często podróżowali łodziami lub jeździli konno przez wodę, ale suchego lądu było zbyt mało, żeby mogło się z niego utrzymać wielu ludzi. Myślano o tym, by w przyszłości uprawiać tu ryż na skalę komercyjną i sadzić plantacje sosen.

Potem, w 1997 r., przypadkowo pojawił się Doug Tompkins. Zaintrygowało go to miejsce i pewnego letniego dnia przyleciał z żoną, żeby jej je pokazać.

– Wysiedliśmy z samolotu, a ja powiedziałam „Hej, wynośmy się stąd” – wspomina Kris. „Tu jest gorąco, pełno robactwa, płasko jak na patelni. Wsiadajmy do samolotu”.

Ale Doug dostrzegł coś, czego ona nie widziała – bioróżnorodność i możliwości, jakie stwarzał ten teren – i kupił ranczo na wyspie pośrodku wielkiego bagna, wcale z nią tego nie uzgadniając, co zdarzało się rzadko. To ranczo, Estancia San Alonso, zostało przyczółkiem Tompkinsa w regionie Iberá i w końcu, z uwagi na swe oddalenie, stało się miejscem, gdzie mógł rozpocząć swój najbardziej spektakularny akt przywracania dzikości – reintrodukcję jaguarów.

Nieopodal budynku mieszkalnego w San Alonso stoi kilka zagród – mocnych płotów z metalowych prętów oraz stalowych pięciometrowych słupów zakończonych poprzeczkami z drutem pod napięciem po wewnętrznej stronie, uniemożliwiającym zwierzętom wydostanie się na zewnątrz. Jaguary bywają niespokojne, zwłaszcza trzymane w zamknięciu, a są silne.

W każdej zagrodzie stoi drzewo, rosną niskie krzewy lub wznoszą się inne naturalne elementy zapewniające osłonę. Kiedy się tam pojawiłem, w zagrodach było osiem jaguarów, w tym kilka dorosłych osobników wypożyczonych z ogrodów zoologicznych w celach hodowlanych oraz para rocznych osobników przeznaczonych do wypuszczenia. Młode zajmowały większą zagrodę na tyłach. Dostawały jedzenie, ale nie miały kontaktu z ludźmi – nawet opiekunowie prawie ich nie widywali – by po uwolnieniu bały się ludzi, nie kojarzyły ich z jedzeniem i nabierały innych nawyków przydatnych w stanie dzikim.

Patrzyłem, jak pracownicy wpuszczają do jednej z zagród żywą kapibarę – miejscowego gryzonia, wielkiego i mięsistego. Jednak żyjąca tam samica albo tego nie zauważyła, albo nie była głodna. W odpowiednim czasie miała ją znaleźć. Duży samiec jaguara o imieniu Nahuel chodził tam i z powrotem wzdłuż płotu. Pod gładkim cętkowanym futrem napinały się jego mięśnie.

Te koty wszędzie tam, gdzie krowy i owce zajmują miejsce ich naturalnej zdobyczy, zabijają żywy inwentarz. Wyspa San Alonso jest obecnie wolna od krów i owiec. Jej trawa stanowi pożywienie dla jeleniaków bagiennych i zatrzęsienia kapibar (wynikającego po części z długiej nieobecności jaguarów) ważących czasem po 70 kg. Właśnie dlatego San Alonso jest odpowiednim miejscem na początek. Pierwsze koty mogą zostać wypuszczone już wkrótce. Ponowne wprowadzenie jaguarów na większym obszarze będzie bardziej skomplikowane, bo wymaga społecznej akceptacji i dostępności zdobyczy.

Organizacja Tompkins Conservation zajmuje się tym, prowadząc kampanię edukacyjną i organizując wydarzenia mające uświadamiać, że jaguary są częścią dumnej spuścizny prowincji Corrientes. Na przyjęciu z okazji pierwszych urodzin młodych jaguarów w miasteczku Concepción patrzyłem, jak ponad sto osób, dorosłych i dzieci, świętuje na dziedzińcu pośród jaskrawych murali przedstawiających zwierzęta. Przy dźwiękach gitarowej i akordeonowej muzyki maluchy machały chorągiewkami, rozdawano ciasteczka w kształcie łapy jaguara, pokazywano kukiełkowe przedstawienie. Dzieciaki kolejno pozowały do zdjęć na tle wielkiego plakatu z jaguarem, naśladując jego ryk. Na plakacie widniał napis Corrientes Ruge – Corrientes ryczy.

Przywracanie dzikości obejmuje także arę zielonoskrzydłą, sarniaka pampasowego (gatunek zagrożony), pekariowca obrożnego, ariranię amazońską i mrówkojada wielkiego. Część związanych z tym prac przygotowawczych odbywa się w kompleksie przy bocznej drodze w pobliżu miasta Corrientes, stolicy prowincji.

Pochodząca z tych stron Griselda „Guichi” Fernández, która dawniej była kucharką i sprzątaczką, a od kilkunastu lat pracuje dla Tompkinsów, jest obecnie znakomitą matką zastępczą dla małych osieroconych mrówkojadów, które są tu wychowywane, każdy we własnym kojcu. Dała właśnie butelkę jednemu z nich, o imieniu Quisco. Zwierzątko przywarło do niej miłośnie, szukając długim pyszczkiem smoczka i wysuwając podobny do tasiemki język, żeby chłeptać mleko. Po karmieniu z rozkoszą pozwalało Fernández głaskać się po brzuszku. Jednak ta beztroska intymność nie może trwać.

– Te zwierzęta kierują się instynktami do tego stopnia, że nie mogą być domowymi pupilami – powiedziała opiekunka. – Po ukończeniu roku mają wielkie pazury i stają się niebezpieczne.

Takie sieroty często pozostają po zabiciu matki w starciu z myśliwym i psami, w którym czasem ginie też pies. Dorosły mrówkojad wielki jest wspaniałym stworzeniem z moręgowatą sierścią na grzbiecie, białymi łapami przednimi, zawadiackim pasem czerni i wielkim puszystym ogonem, który może mu służyć za koc podczas snu. Ma też wdzięcznie zakrzywiony ryjek, który działa jak ssawka odkurzacza, język o długości połowy ciała, no i te pazury. W większych kojcach, niedaleko Quisco, mieszkało osiem dorosłych mrówkojadów. Gdy Fernández przyniosła im obiad – kocią karmę rozcieńczoną wodą, bo tylko takie mrówki są w stanie dostarczyć im opiekunowie – dwa szybko podeszły, by ją chłeptać. Po wypuszczeniu na wolność instynktownie powrócą do diety złożonej z mrówek i termitów.

Walka o przywrócenie dzikiego stanu nieruchomości Tompkinsów w regionie Iberá, o połączenie ich z rządowymi ziemiami (stanowiącymi zarówno własność państwa, jak i prowincji) w wielki publiczny park i o rozwój gospodarki opartej na turystyce w miejscowościach na obrzeżach bagien była długa i zacięta. Sofía Heinonen, która jest obecnie dyrektorem wykonawczym Tompkins Conservation w Argentynie, a projektem Iberá zaczęła kierować w 2005 r., powiedziała mi, że początkowo ludzie mówili o Dougu Tompkinsie „gringo, który chce ukraść wodę”. Opozycja ukuła slogan Los gringos vienen por el agua. Gringos przychodzą po wodę. Argentyńczykom – podobnie jak Chilijczykom w czasach Huinay – trudno było uwierzyć, że dwoje bogatych Amerykanów chce kupować ziemię, po to by ją oddać. Część urzędników z prowincji Corrientes podchodziła też podejrzliwie do wizji wielkiego parku, podobnie jak tamtejsi wielcy obszarnicy, przywiązani do wcześniejszego modelu opartego na bydle, leśnictwie i ryżu.

Wsparcie władz Corrientes miało kluczowe znaczenie, bo poza terenami Tompkinsów i państwa duża część Ibery należy do prowincji.

– Pukaliśmy do kolejnych drzwi – mówiła mi Heinonen. Ale oficjele z Corrientes nie chcieli ich otworzyć. Natomiast burmistrzowie miasteczek wokół mokradeł byli bardziej zainteresowani potencjalnymi dochodami z turystyki związanej z dużym parkiem. A rząd w Buenos Aires, zwłaszcza ministerstwo turystyki, też uważał Iberę za obiecujący cel wypraw. Do roku 2013 co najmniej jeden polityk z Corrientes, senator Sergio Flinta, uznał, że prowincja stanęła po niewłaściwej stronie w tej batalii, i zaczął optować w lokalnym senacie za uchwaleniem ustaw tworzących park. Mimo to impas trwał. A potem przełamało go jedno zdarzenie – Doug Tompkins umarł.

Kris Tompkins mimo żałoby natychmiast podjęła działania. Kazała Heinonen zadzwonić do Flinty i zawrzeć umowę na kompromisowych warunkach – połączenie 168 tys. ha ziemi Tompkinsów z terenami należącymi do prowincji Corrientes i do rządu Argentyny w jeden wielki park (ale bez suwerenności). W ciągu dwóch tygodni Tompkins, Heinonen i Flinta w biurze nowego prezydenta Argentyny Mauricia Macriego podpisali umowę. Tompkins, jako wdowa, mogła się ubrać na czarno, by wzbudzić współczucie, ale na to spotkanie z prezydentem założyła biały sweter i zdobyła się na uśmiech, dając do zrozumienia: Dość politycznych przepychanek, życie jest krótkie. Załatwmy to.

Po pięciu latach krytycy zaczęli dostrzegać zarówno wartość spuścizny wynikającej z przywracania dzikości, jak i korzyści z turystyki.

– Niektórzy nie lubili Douga, bo był Jankesem – powiedział mi Flinta. – A teraz mu dziękują.

Powróciwszy do chilijskiego Parku Narodowego Patagonia, jadę pewnego dnia z przewodnikiem doliną Chacabuco, żeby oglądać flamingi chilijskie, perkozy, chruściele i inne ptactwo wodne z punktu widokowego nad Lago Cisnes, Jeziorem Łabędzim, okolonym trzcinami poszerzeniem rzeki Chacabuco. Stworzenia, którym ten akwen zawdzięcza nazwę, także tu są – elegancko ubarwione łabędzie czarnoszyje i niewielkie koskoroby z czarnymi czubkami skrzydeł. Na zachodnim końcu jeziora topole ocieniają stół z tabliczką: Área de picnic Picaflor y Águila. Lolo i Ptaszek, czyli Doug i Kris, obozowali w tym miejscu po raz pierwszy w 1993 r., wybierając się na zwiedzanie Argentyny, i powracali tu co roku aż do jego śmierci. Dziś w tym punkcie piknikowym spożywa lunch chilijska rodzina z pobliskiego miasteczka ze swoim gościem z Santiago. Rozmawiam z żoną, Andreą Gómez. Tak, mówi, byliśmy już tutaj, podoba się nam przyroda, a gwanako są takie zabawne. Muzeum w centrali parku jest spektakularne. Raz, w zeszłym roku, widzieliśmy nawet pumę. Renata, moja córka, też ją zobaczyła. Doznanie warte zapamiętania.

Tego wieczoru, gdy jemy makaron ugotowany przez Tompkins, moja gospodyni mówi, że jutro wczesnym rankiem poleci huskym z pilotem, by zobaczyć ciekawe miejsce na chilijskich zboczach Cerro San Lorenzo, na południe od andyjskiej granicy, które może być warte kupienia.

– Kiedy z tym skończysz, Kris? – pytam.

– Nie skończę – odpowiada – dopóki nie kopnę w kalendarz.