Tekst Kennedy Warne
Zdjęcia Thomas P. Peschak

U zachodnich wybrzeży Kapsztadu, nieopodal ulubionego przez surferów miejsca zwanego Dungeons („Lochy”), leży niska, płaska wyspa, którą wzięły w posiadanie foki. Drzemią tam, porykują, pielęgnują młode, a co jakiś czas pełzną do Atlantyku, gdzie pływający z fajkami nurkowie mogą oglądać ich igraszki w lasach krasnorostów wokół raf. Słońce połyskuje na pęcherzykach powietrza uwięzionych w ich sierści, a kiedy wykonują salta i odpływają pędem, pozostawiają za sobą smugę bąbelków przywodzących na myśl szampana.

Ta wyspa leży w obrębie zastrzeżonej strefy Karbonkelberg, rezerwatu objętego zakazem połowów, będącego częścią znacznie rozleglejszego obszaru chronionego, w skład którego wchodzi większość linii brzegowej Kapsztadu. Karbonkelberg należy do miejsc, w których człowiek, oczarowany wąsatymi pyszczkami fok gapiących mu się w twarz, może pomyśleć, że w oceanicznym świecie wszystko jest w porządku.

O ile, tak jak ja to zrobiłem, nie popatrzy w górę i nie dostrzeże szeregu ludzi z ciężkimi workami na plecach pnących się w górę ścieżki biegnącej po zboczu. Odrywając się od gimnastycznych popisów fok, popłynąłem do maleńkiej zatoczki i wyszedłem na brzeg pokryty warstwą wyrzuconych muszli uchowców.

Były wielkości miseczek do zupy i połyskiwały perłowymi odcieniami różu i zieleni niczym obrazy zorzy polarnej. Powietrze wypełniał gryzący odór fok i gnijących krasnorostów. Jakiś ibis kroczył pomiędzy muszlami, wydziobując resztki wnętrzności ślimaków. Wspiąłem się na płaski głaz, który przed kilkoma minutami był rzeźnią uchowców. Właśnie tutaj tamci ludzie wydłubywali mięso z muszli i napełniali nim worki.