Z samego rana stawiam się na peronie w Chur, by wskoczyć do Ekspresu Bernina obsługiwanego przez Koleje Retyckie. Powiezie mnie przez 144 km na południe Szwajcarii, aż do Tirano. Ta podróż potrwa cztery godziny i przez ten czas przeniosę się wprost z alpejskiej scenerii do świata niemal śródziemnomorskiego. Ale też przebędę trasę, która wpisana została na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i uchodzi za jedną z najbardziej spektakularnych dróg kolejowych na świecie.

Koleje Retyckie, będące lokalnym przewoźnikiem w Gryzonii (największym kantonie w Szwajcarii), powstały w XIX wieku, gdy na pomysł połączenia górskich kurortów z włoskimi miastami wpadł przebywający w Davos Holender Willem Jan Holsboer. Dziś Koleje Retyckie to łącznie 384 kilometry torów, z których aż jedna trzecia biegnie powyżej 1500 metrów nad poziomem morza.

Mat. prasowe

Spektakularna Albula

Gdy wsiadam do panoramicznych wagonów, mam wrażenie, że ten pociąg niemal w całości składa się z szyb – okna są ogromne, ciągnąc się od podłogi i łagodnym łukiem zahaczając o sufit. Podczas jazdy zamieniają się w ekran, na którym przesuwa się szwajcarski krajobraz. To właśnie dla tego widoku wybiera się ten pociąg. Nie dziwi mnie więc, że w wagonie nikt nie czyta, nie przegląda telefonu czy nie zajmuje się pracą – wszyscy skupiają uwagę na tym, co dzieje się za oknami. 

Przecinamy zielone łąki i zbliżamy się do ośnieżonych szczytów Alp, by dotrzeć do Thusis. To od tego miejsca zaczyna się najbardziej spektakularny odcinek trasy, prowadzący pomiędzy Doliną Albula a Przełęczą Bernina. Zakręty, wysokie kamienne wiadukty i łukowate tunele pozwalają pociągom wspinać się na tysiąc metrów bez pomocy zębatek. 

Najbardziej znanym punktem jest wiadukt Landwasser. Pociąg wjeżdża na niego na przedostatnim zakręcie przed Flisur, gigantyczną konstrukcję widzę już jednak z oddali wcześniej. Im jesteśmy bliżej, tym większe robi wrażenie – przeprawa wsparta jest na sześciu pylonach i ciągnie się nad rzeką Landwasser przez 142 m, wznosząc się na 65 m i zataczając łagodny łuk. Zbudowana w latach 1901-1902 konstrukcja powstała przy wykorzystaniu dwóch dźwigów, bez użycia rusztowań. I choć podczas tej podróży ograniczam robienie zdjęć skupiając się na chłonięciu krajobrazu, to gdy docieramy do wiaduktu, przyklejam się z aparatem do okna.

Mat. prasowe

Postój na muzeum

W Bergün robię przystanek, by zajrzeć do Muzeum Kolejnictwa Albula. Pochylam się w nim nad zachwycającą bogactwem detali makietą – pomiędzy miniaturowymi budynkami, po wiaduktach i przez tunele pędzą pociągi, będąc lilipucim odwzorowaniem tutejszego świata. W placówce zgromadzono też sporo eksponatów przybliżających historię Kolei Retyckich, stoi tu także jedna z najstarszych lokomotyw typu „Krokodyl”, wprowadzona do użytku w Szwajcarii w 1919 roku. Maszyna wzięła nazwę od nietypowego kształtu – jej przód i tył są niskie i wydłużone, przypominając pysk aligatora. W tamtych czasach „Krokodyl” były technologicznym novum. Sposobem na przeniesienie się w przeszłość jest symulator, który pozwala  poprowadzić pociąg przez krajobrazy Gryzonii.

Mat. prasowe

Wskakuję ponownie do Ekspresu Bernina, korzystając z następnego połączenia, choć przez chwilę kusi mnie, by wybrać się na szlak Via Albula/Bernina, który wytyczono wzdłuż torów i dostać się do kolejnej stacji pieszo. W ten sposób można połączyć turystykę pieszą z podróżami koleją. Zostawiam jednak tę przyjemność na następny raz.

Zaraz za Bergün zaczyna się odcinek, na którym inżynierowie musieli wykazać się wyjątkową pomysłowością. Na dystansie zaledwie 6,5 km pociągi pokonują aż 417 m wysokości. By mogły poradzić sobie z tym wyzwaniem, zaprojektowano cztery wiadukty i trzy spiralne tunele pozwalające zniwelować stromizny. 

Mat. prasowe

Muszla ślimaka

Te inżynieryjne cuda przeplatają się dalej, aż do końca trasy, z kolejnymi miejscami, których grzech byłoby nie zobaczyć. Przystanek Morteratsch pozwala przyjrzeć się lodowcowi i przekonać się na własne oczy, jak zmiany klimatu wpływają na cofanie się lodowego masywu. Dalej jest najwyżej położona na trasie stacja Ospizio Bernina (2253 m n.p.m.) oraz Alp Grüm (2091 m n.p.m.), gdzie przewidziano dziesięciominutowy postój na sesje fotograficzne lodowca Palü i doliny Poschiavo. Przed dotarciem do celu, pociąg pokonuje spiralny wiadukt Brusio. Jego kształt, przypominający muszlę ślimaka, pozwolił zmniejszyć nachylenie torów do akceptowanych 7 procent. 

Mat. prasowe

Do Tirano wjeżdżamy ulicami miasta, bo to wprost na nich ułożono tory – gdy pojawia się pociąg, ruch samochodowy zostaje wstrzymany. Wysiadając na stacji, mimo kilku godzin spędzonych w pociągu, czuję niedosyt. I wiem już, że wybiorę tę samą trasę w drodze powrotnej.

Materiał promocyjny Ambasady Szwajcarii.