Czternastego września 1998 r. obywatel Malezji nazwiskiem Wong Keng Liang przybył do Meksyku rejsem nr 12 Japońskich Linii Lotniczych. Na międzynarodowym lotnisku w mieście Meksyk gościa powitał George Morrison, agent komórki operacji specjalnych – elitarnej pięcioosobowej grupy w ramach amerykańskiej służby ochrony przyrody – US Fish and Wildlife Service. Meksykańscy policjanci skuli Ansona (pod tym imieniem znany jest Wong w świecie przemytników) i przewieźli do więzienia. Jego aresztowanie stanowiło kulminację trwającej pięć lat tajnej operacji uważanej powszechnie za najbardziej udane międzynarodowe śledztwo w sprawie handlu rzadkimi okazami roślin i zwierząt.

Zbyt długo w zbyt wielu państwach umieszczenie po słowie „przestępstwo” określenia „przeciwko przyrodzie” osłabiało wagę zarzutu. Przez blisko dwa lata Anson bronił się przed ekstradycją do USA, ale w końcu w ramach ugody z oskarżeniem przyznał się do winy.   W 2001 r. sąd skazał go na 71 miesięcy więzienia i 60 tys. dol. grzywny. Dziś Anson jest już na wolności i uruchamia nowy projekt – zoo.

GRA W LICZBY

Nie ma chyba na świecie ani jednego gatunku zwierzęcia lub rośliny, którym by nie handlowano legalnie bądź nielegalnie. Powodem może być mięso, futro, skóry, śpiew, walory dekoracyjne i towarzyskie lub wartość uzyskiwanych produktów jako składników perfum bądź leków. Co roku Chiny, USA, Europa i Japonia wydają miliardy dolarów na egzotyczne rośliny i zwierzęta (lub produkty z nich pochodzące) uzyskane z biologicznie zasobnych obszarów świata takich jak Azja Południowo-Wschodnia. Skutkuje to plądrowaniem parków narodowych i ogołacaniem lasów.

Wędrówka na rynek zaczyna się zwykle u jakiegoś ubogiego myśliwego czy chłopa. Łapią oni zwierzęta dla miejscowego handlarza, a ten swoimi kanałami przerzuca je dalej. Niektórzy przemytnicy (w tym Anson Wong) wysyłają w teren własnych kłusowników, którzy udają turystów. W Azji dzikie zwierzęta kończą żywot na bankietowych stołach lub w aptekach. W krajach Zachodu – w domowych klatkach, terrariach i akwariach. Prawo popytu i podaży działa bez zarzutu, podobnie jak na rynku dzieł sztuki: im rzadszy okaz, tym wyższa cena.

Choć nikt nie zna dokładnych rozmiarów  nielegalnego handlu okazami przyrodniczymi, wiadomo, że jest to biznes szalenie lukratywny. Szmuglerzy ukrywają okazy w legalnych transportach, korumpują celników i urzędników, fałszują dokumenty przewozowe. Niewielu schwytano, a dokuczliwość wymierzanych im kar jest porównywalna z mandatem za złe parkowanie.

Przemytnicy wykorzystują lukę w konwencji waszyngtońskiej CITES (o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami). Stronami tej konwencji jest 175 państw. CITES dzieli gatunki flory i fauny na trzy grupy. Aneks nr 1 grupuje te uznane za tak bliskie wyginięcia (np. tygrysy i orangutany), że handel nimi jest zabroniony. Gatunki z aneksu nr 2 są zagrożone wymarciem w mniejszym stopniu i można nimi handlować w ramach systemu zezwoleń. Aneks nr 3 zawiera rośliny i zwierzęta chronione w państwie członkowskim, które je do tej listy dodało. Traktat CITES dopuszcza jeden – za to bardzo ważny (i niestety zgubny) – wyjątek: okazy wyhodowane w niewoli nie podlegają takiej samej ochronie jak te, które żyją na wolności. Przecież konwencja ma za zadanie ochronę dzikiej przyrody.

W praktyce szmuglerzy zakładają hodowle czy uprawy wyłącznie na papierze. Taką metodę stosował Anson Wong, gdy chciał mieć przykrywkę dla największego na świecie biznesu przemytu okazów przyrodniczych.

OPERACJA KAMELEON

W latach 90. do USA trafiały tysiące nielegalnie sprowadzanych gadów. Ceny osiągnęły niebotyczny pułap: 20 tys. dol. za rzadkiego żółwia czy warana z Komodo. Gady szmuglować jest łatwo. Są małe (przynajmniej osobniki młode), odporne, a jako zwierzęta zmiennocieplne mogą się długo obywać bez wody i pokarmu. Wysokie ceny i łatwość transportu sprawiły, że gady stały się diamentami międzynarodowego nielegalnego handlu okazami przyrodniczymi.