Pułkownik Lubomir Mimka miał doskonały widok z dachu hotelu Polesie. Przed nim roztaczała się panorama Prypeci: od połyskującej, konstruktywistycznej rzeźby nad wejściem do szkoły muzycznej po lewej po rząd kolorowych łopoczących flag nad placem po prawej. Wraz z operatorem radiowym mieli całe miasto do swojej dyspozycji. Hotel był opustoszały, nie było nawet ptaków. Świergot wróbli, które niegdyś fruwały między topolami i akacjami, całkowicie ucichł. Kiedy weszli do sali bankietowej na dole, natrafili na dziwaczny czarny dywan rozciągnięty od ściany do ściany. Dopiero gdy operator stanął na nim w swoim dusznym, gumowym stroju ochronnym, a pod butami zaczęło mu chrzęścić, zdali sobie sprawę, że są to tysiące otumanionych promieniowaniem much. Rozwinęli szlauch ze ściany i umyli podłogę, a następnie ruszyli na górę, gdzie upał i poziom promieniowania były nie do zniesienia. Z dachu, wspartego grubymi, betonowymi filarami podtrzymującymi taras, pułkownik Mimka miał doskonały widok na znajdujący się trzy kilometry dalej reaktor numer 4. 

Niemal od początku operacji hotel służył jako prowizoryczna wieża kontroli lotów, a teraz generał Antoszkin opracował system, który umożliwiał zrzucanie setek ton materiału dziennie do reaktora. Mimka, na oko oceniając dystans i trajektorię, wydawał pilotom ostatnie instrukcje przez radio. W operacji brały udział dziesiątki maszyn – niezbyt ciężkie Mi-8, ciężkie Mi-6 i superciężkie Mi-26, które startowały na zmianę z trzech oddzielnych lądowisk. Każdy helikopter miał przyczepiony do podwozia przynajmniej jeden odwrócony spadochron wypełniony workami z piaskiem lub gliną przez wojskowych albo zaprzęgniętych do pracy okolicznych mieszkańców. Helikoptery podnosiły się, wzbijając tumany kurzu, i pędziły w stronę reaktora z prędkością stu kilometrów na godzinę. 

Mimka czekał, aż znajdą się trzysta metrów od celu, oceniając ich pozycję na podstawie położenia wobec słupów wysokiego napięcia ustawionych przy elektrowni. Gdy dawał polecenie „gotowy”, pilot kładł palec na spuście. Po upływie dwóch lub trzech sekund Mimka mówił „zrzucać” i pilot zrzucał ładunek, a helikopter szybko zawracał, by zabrać kolejną partię materiału. 

Mimka wstawał codziennie o czwartej rano, a przy śniadaniu pobierano mu krew, żeby zbadać przyjętą dawkę promieniowania. O szóstej odbywał lot rozpoznawczy nad reaktorem, po czym lądował na placu przed hotelem. Na dachu pozostawał, póki nie zrobiło się ciemno, nawet do dziewiątej wieczorem, po czym odbywał ostatni lot nad reaktorem czwartym, notując poziom promieniowania i temperaturę. Następnie poddawał się odkażeniu, o dwudziestej drugiej jadł kolację i składał raport. O północy wreszcie zasypiał, a cztery godziny później budził go jeden z żołnierzy. 

Generał Antoszkin ustalił dla swoich ludzi granicę ekspozycji na promieniowanie na 22 remów, chociaż niektórzy zaniżali wyniki, żeby latać dłużej. Wydawano im gorzkie tabletki z jodkiem potasu i słodką pastę wprost z fabryki w Leningradzie, która miała pomóc w walce z promieniowaniem, a którą nazywali pastilą. Kiedy dostarczono pierwszą partię ołowiu w sztabkach i arkuszach, a także dziesięciokilogramowe opakowania śrutu do myśliwskich strzelb z przypiętymi metkami, piloci musieli sami stworzyć improwizowane osłony. Podłogi kabin helikopterów wykładali grubymi na cztery i pięć milimetrów arkuszami blachy ołowianej, a siedzenia ołowianym śrutem. Nawet ułożyli o tym wierszyk: Jesli choczesz byt otcom, zakriwaj jajco swincom – „Jeśli chcesz być kiedyś ojcem, przykryj jajca tym ustrojstwem”. 

Pomimo trwającego bombardowania reaktora Legasow i pozostali naukowcy przysłani z Instytutu Energii Atomowej Kurczatowa oraz Ministerstwa Budowy Maszyn Średnich w Moskwie nie mieli pojęcia, co się dzieje w ruinach bloku czwartego. Piloci widzieli czerwoną poświatę, ale nikt nie miał pewności, co ją spowodowało. W stolicy wezwano nocą fizyków do Instytutu Kurczatowa, żeby obliczyli, ile paliwa uranowego mogło pozostać w ruinach reaktora. Pięć, sześć razy dziennie naukowcy lecieli helikopterami nad miejsce wypadku, mierzyli poziom promieniowania w powietrzu i oceniali temperaturę płonącego rdzenia na podstawie analizy radioaktywnych izotopów w  atmosferze. Pobrali odczyty temperatury powierzchni reaktora za pomocą szwedzkiej kamery na podczerwień. Kiedy ładunek zrzucany przez pilotów trafiał w cel, widzieli czarną chmurę radioaktywnego dymu, wzbijającą się na sto metrów w powietrze, a następnie rozwiewaną przez wiatr. Po zmroku nad budynkiem unosiła się piękna karmazynowa poświata. Spoglądając podczas wieczornych lotów zwiadowczych w żarzące się ruiny reaktora, pułkownik Mimka przypominał sobie lawę, którą widział w wulkanach Kamczatki na radzieckim Dalekim Wschodzie.