Berlin: historia. Co przyciąga turystów do współczesnego Berlina?

Upadek muru berlińskiego w 1989 r. stał się symbolem upadku komunizmu w tej części świata, a szturm mieszkańców na mur był początkiem nowej ery. Historia jest tu dziś wszędzie: w fasadach niektórych kamienic nadal widać ślady po kulach. Przejeżdżając rowerem przez kolejne dzielnice, nie sposób nie natknąć się na ślady muru, który jest zwykle kawałkiem szarej ściany albo miejscem-symbolem. Tak jak słynny Checkpoint Charlie – punkt kontrolny, przy którym znajduje się teraz muzeum poświęcone historii podzielonych Niemiec.

Nie ma tu już żołnierzy o kamiennych twarzach, których widok zapowiadał wjazd do zależnej od ZSRR republiki – świata spowitego szarością i smutkiem. Dziś królują tu pstrokate kolory i swoboda – jeszcze trzy dekady (z hakiem) temu znana tylko w Berlinie Zachodnim.
 

Współczesny Berlin celebruje wolność w każdej możliwej postaci: imprezami bez końca, gościnnością dla przybyszów z całego świata i luzem, który kochają artyści i wolne duchy. Berlin od lat jest znany jako stolica hipsterów i artystów. Jednak coraz rzadziej można ich spotkać w dzielnicach, które rozpoczęły ten trend – a częściej tam, gdzie do niedawna nie docierał nikt poza mieszkańcami. I właśnie ta atmosfera zaczęła przyciągać turystów do Berlina – każdy chce uszczknąć dla siebie namiastkę berlińskiej aury. Z kolei rosnące ceny i tłumy wypchnęły mieszkańców na dalsze peryferie.

Również dlatego najmodniejsze miejsca znajdują się dziś na południe od Kreuzberga. Jeszcze kilka lat temu stacja metra Hermannplatz, gdzie wysiadam, żeby przespacerować się po dzielnicy Neukölln, była na liście przystanków zakazanych. W bramach kamienic z początku wieku, które uchowały się po nalotach, i na skwerach gromadziło się szemrane towarzystwo: handlarze narkotyków i przestępcy.

Po II wojnie dzielnica była administrowana przez Amerykanów i przyciągała pracowników fizycznych m.in. z Turcji, którzy byli zatrudniani w okolicznych fabrykach. Po upadku muru dzielnice dotknął kryzys ekonomiczny i zyskała sławę w całych Niemczech – jako jedno z najniebezpieczniejszych gett, do których bali się zapuszczać nawet policjanci.

 

Jak spędzić czas w Berlinie i co zjeść? 

Również dziś, tak jak kilkanaście lat temu, nad berlińskim Flughafenstrasse unosi się słodki, kadzidłowy zapach dymu z fajek wodnych, a także przypraw kuchni tureckiej, marokańskiej czy libańskiej. Ulica ciągnie się od budynku ratusza, który jest miejscem spotkań mieszkańców i tych, którzy planują zakupy w tej dzielnicy Berlina. W warsztatach i sklepikach można znaleźć wszystko: od kulinarnych dodatków, przez mięso halal, po obudowy telefonów. Zakupom towarzyszą dźwięki arabskich przebojów. 
Na ławkach przy ulicy i na placykach przesiadują mężczyźni w każdym wieku, kobiety w chustach przeciskają się między przechodniami, unosząc wypchane po brzegi siatki z zakupami. W weekendy niosą je z bazaru Schiller Mark, gdzie rozstawiane jest targowisko. Sprzedawcy wychwalają swoje produkty, a klienci witają się z nimi – raczej pozdrowieniami „szalom” lub „inszallah” niż niemieckim „guten tag”. 

Na bazarze postanawiam zjeść falafel z idealnie kremowym sosem z tahiny przyrządzony przez właściciela stoiska pochodzącego z Palestyny. Siadam przy stoliku, gdzie jest już pan w galabii i młody chłopak z wytatuowanym całym ramieniem. Tak jak na sąsiednim Kreuzbergu, także tutaj są imigranci: studenci, nomadzi z całego świata pracujący zdalnie i uchodźcy żyją razem, współtworząc klimat berlińskiej dzielnicy. I oczywiście ci, którzy byli tu pierwsi: potomkowie tureckich i arabskich imigrantów. Dziś z budkami z falafelem coraz częściej sąsiadują minimalistyczne kawiarnie, gdzie można napić się kawy z przelewu i zjeść klasyczne śniadanie hipstera: tosta z guacamole i jajko w koszulce. Tam, gdzie kiedyś kończyl się świat, dziś zaczyna się życie– szczególnie nocne.
A noc zaczyna się tu tuż po południu. Pakujemy smakołyki z całego świata do kosza piknikowego i jedziemy tam, gdzie w słoneczny dzień można spotkać pół dzielnicy – na berlińskim Tempelhof. Koła roweru suną miękko po pasie startowym tego nieużywanego lotniska. Kiedyś było ono obsługiwane przez Amerykanów, dziś zostało przejęte przez rolkarzy, skateboardzistów i… kitesurferów. 

Na ogromnej, otwartej przestrzeni naprawdę potrafi powiać. Jednak większość osób siedzi na kocach rozłożonych na trawie, słychać pisk biegających dzieci, trzask otwieranych puszek, a w powietrzu unosi się dym z rozpalonych tu i ówdzie grilli. Kiedy słońce zachodzi, lotnisko powoli pustoszeje, a życie przenosi się m.in. na Weserstraße.

Tam na każdym rogu tłum wylewa się z barów: piwko w Holz-Kohlen, martini w Thelonious Bar... Każdy drink przybliża do Kreuzberga, gdzie impreza wciąga tak, że niejeden traci poczucie czasu. Po udanej balandze mieszkańcy wstają nieśpiesznie, tak by około południa stanąć w kolejce do jednego z kultowych miejsc wokół Boxhagener Platz. Można tu zjeść świetny i sycący brunch. Inna opcja to pożywny ramen w Hako Ramen am Boxi w sąsiedniej dzielnicy Friedrichshein. Później zostaje już tylko relaks: np. nad jeziorkiem w parku Treptower albo w jednej z miejscówek zlokalizowanych wzdłuż Szprewy.

Ja wybieram rowerową wycieczkę na południe od Friedrichshein. Mijam industrialne budynki i kamienice, w których dopiero pojawią się modne kawiarnie. W końcu docieram do artystycznego squatu Kaos Berlin, gdzie wieczorami odbywają się koncerty, a na co dzień mają tu pracownie (i mieszkania) artyści oraz ci, którzy berliński styl uznali za swój sposób na życie. Siedzę na pomoście, patrząc na odbijającego od „portu” dmuchanego łabędzia, w którym relaksuje się jeden z gości, i nie mam wątpliwości – to będzie następny przystanek obowiązkowy na mapie berlińskich hipsterów. 

 

Co warto zobaczyć: panorama Berlina

Między przystającymi przed witrynami sklepowymi klientami centrum handlowego Arkaden w berlińskiej dzielnicy Neukölln co i raz przechodzą grupki modnie ubranej młodzieży. Jednak raczej nie przyszli tu na zakupy: w przetartych spodniach, kurtkach bomberkach  koszulach wyjętych z lat 90. wyglądają, jakby właśnie wykupili cały asortyment sklepu z ubraniami vintage (zwanego też np. ciucholandem). Idą pewnym krokiem oświetlonymi jarzeniówkami korytarzami, niczym po wybiegu na pokazie mody, zmierzając w jednym kierunku: w stronę windy. Mój cel jest oczywiście ten sam. Podążam za moimi przypadkowymi przewodnikami – wjeżdżamy na ostatnie piętro budynku i przechodzimy przez parking na dachu, aż do wejścia do jednego z najmodniejszych obecnie miejsc na mapie miasta – baru Klunkerkranich.

Jest wczesny wieczór, więc na rozstawionych na dachu ławkach, przy stolikach i w fotelach prawie nie ma miejsc, a kolejka do baru urządzonego niczym na hawajskiej wyspie wije się między doniczkami, które ozdabiają miejsce roślinnością. Tropikalną aurę tworzą też wyrastające gdzieniegdzie sztuczne palmy i smak drinka – znakomitego mojito. 
 

Chociaż Klunkerkranich już od dawna nie jest „sekretną lokalizacją”, nadal przychodzą tu lokalsi z całego Berlina i turyści. Można tutaj liczyć na to, że oprócz sielskiej atmosfery będą mogli zachwycić się panoramicznym widokiem na miasto.
Popołudniowe promienie słońca miękko oświetlają dachy i fasady dawnych robotniczych kamienic Neukölln i sąsiedniego Kreuzberga, zostawiają łunę na eleganckich kamienicach Mitte, które majaczą w oddali, otaczając górującą nad metropolia Wieże Telewizyjną przy Alexanderplatz. Z tej perspektywy trudno nie pomyśleć o tym, jak wiele historii kryje w sobie Berlin.

Berlin: co warto wiedzieć? 

  • Na lotnisko Tegel dolecimy liniami Ryanair z Krakowa (od ok. 90 zł). Loty między Warszawą a Berlinem oferuje też LOT (od ok. 400 zł).
  • Bezpośrednio z Trójmiasta, Bydgoszczy, Poznania oraz Warszawy do Berlina dojedziemy również pociągiem. Ceny biletów w promocyjnej taryfie zaczynają się od 14,90 euro w jedną stronę. Przedsprzedaż zaczyna się na 60 dni przed datą podróży.
  • W Berlinie świetnie działa komunikacja miejska. Skorzystać możemy z metra (U-bahn), pociągów (S-bahn), autobusów, tramwajów czy promów.
  • Berlin podzielony jest na strefy: A, B oraz C. Jednorazowy bilet 90-minutowy kosztuje 2,80 euro. Bilet jednodniowy – 7 euro.
  • Warto wypożyczyć rower, np. za pośrednictwem berlinbicycle.de.
  • Jadąc w grupie, najlepiej i najtaniej wynająć mieszkanie – np. przez Airbnb. Oczywiście znajdziemy tu też świetne dizajnerskie hotele, np. Michelberger Hotel w dzielnicy Friedrichshein – od 650 zł za dwójkę.
  • Café Mugrabi, Görlitzer Str. 58. Bliskowschodnie jedzenie w nowoczesnym wydaniu i miłym wnętrzu. Można spróbować różnych potraw, ideą miejsca jest dzielenie się jedzeniem. Pyszne humus i szakszuka – jak przystało na miejsce z izraelskim twistem.
  • Roamers, Pannierstraße 64. Tzw. going local w wydaniu berlińskim oznacza zaplanowanie czasu na brunch. Można tu bez obaw zjeść klasyczny „zestaw hipstera”, z jajkami w koszulce na czele. 
  • Hallmann und Klee, Böhmischestrasse 13. Rustykalne wnętrze i świetne śniadania, które można przeciągnąć w lunch.
  • W wielu modnych miejscach w Berlinie nie można płacić kartą. Za to bankomaty są niemal na każdym rogu.