W tajgę i do widzenia! Życie powinno być pasją, nie wegetacją. Tylko dzięki ludziom gorącym coś jest odkrywane, gdyby wszyscy byli letni, świat stałby w miejscu – mówi Romuald Koperski, muzyk, pilot i podróżnik.

MAGDALENA STOPA: Jest Pan pianistą, pilotem, fotografem i dziennikarzem. Organizuje Pan rajdy samochodowe przez Syberię, samotnie spłynął Pan dwumetrowym pontonem całą Lenę. A wszystko to podsumowuje Pan, mówiąc, że najbliższe swoje urodziny będzie obchodził jako „51-lecie działalności przestępczej”.
ROMUALD KOPERSKI: Nie chciałbym odnaleźć swojego szkolnego dzienniczka. Byłem zdolny, ale 45 minut nie mogłem wysiedzieć. Moi szkolni koledzy, którzy byli poukładani, mieli wzorowe z zachowania, nic specjalnego nie osiągnęli. Są nadal grzeczni, konwencjonalni. Nie czuję się związany z brzuchatymi ludźmi, którzy spędzają życie na kanapach. Skończyłem średnią szkołę muzyczną. Moja mama była pianistką, stąd ja też. Grałem w knajpach, teatrach, kościołach, a nawet w cyrku Arena. W 1984 r. dostałem zaproszenie z cyrku szwajcarskiego i wyjechałem. Potem przez kilka lat grałem w kurortach szwajcarskich. Dużo widziałem, wiele się nauczyłem, ale w końcu śmiertelnie mnie to znudziło. Po 10 latach takiego życia któregoś dnia zło-żyłem ze złomu land rovera, porzuciłem pracę pianisty i z Zurichu ruszyłem do Nowego Jorku, przez Syberię.
– Podobno na granicy żołnierze słysząc o wyprawie do Nowego Jorku, tłumaczyli panu, że Nowy Jork nie leży w Rosji... Tymczasem w trzy miesiące przejechał Pan samotnie całą zaplanowaną trasę. Nikt wcześniej jej nie przebył.

– To była wspaniała wyprawa. Najtrudniej jechało się oczywiście przez Syberię. Olbrzymia część świata, przez lata zamknięta ze względów politycznych. Brakowało map, dróg, mostów, była za to tajga, trudne do pokonania bagna oraz straszne ilości komarów. Trudy rekompensowali mi mieszkający tam ludzie. Mimo że często żyją w prawdziwej biedzie, są niezwykle gościnni i otwarci. Bez pomocy, jaką mi ofiarowali, nie przebyłbym nawet jednej trzeciej trasy. Ich zachowanie było zdecydowanie odmienne od  nieufnej obojętności mieszkańców Alaski i Kanady, z którą później się zetknąłem.
– W Pojedynku z Syberią opisuje Pan, jak po jej pokonaniu, jadąc już  przez Stany, w Seattle z braku pieniędzy jadł Pan łapane w parku gołębie.

– I to jest właśnie ta różnica. Po długich tygodniach spędzonych na syberyjskich pustkowiach znalazłem się w miejscu, gdzie ludzi i jedzenia było w bród. I to tam właśnie byłem głodny – tylko dlatego, że nie miałem już pieniędzy. Na Syberii też ich nie miałem za wiele. Ale tam, w każdej wsi, w każdym domu, do którego zaszedłem, podejmowano mnie kolacją. A nazajutrz rano śniadaniem. Na stole były kartofle, konfitury z czarnych porzeczek, chleb, ryba. Wszystko, czym dysponowali gospodarze. Oni żyją blisko natury, są inni. Ich troskliwość i serdeczność wielokrotnie mnie zawstydzała. A Ameryka to świat bogatej cywilizacji, kraj pieniądza, w której wartość człowieka mierzy się jedynie zawartością jego portfela. Odczułem to natychmiast po przepłynięciu Cieśniny Beringa. To jest granica światów. Po tygodniach syberyjskiej wolności, gdy jechałem, gdzie chciałem, tam na każdym kroku nakazy i zakazy. Czułem się, jakbym wstąpił do wojska. Skończyły się pełne uroku ogniska, musiałem nocować w motelach i jechać drogami wyznaczonymi w parkach narodowych, wnosząc opłaty za przejazd przez każdy z nich. Podróż straciła dla mnie wszelki urok. – Jest pan pionierem samochodowych wypraw po Syberii, od 2003 r. organizuje Pan międzynarodowe rajdy, najdłuższy z nich „Transsyberia Gigant 2004”, z Gdańska do Magadanu i z powrotem, liczył 30 000 km! Chyba nie popełnię błędu, gdy powiem, że Syberia od kilku lat stała się głównym Pana miejscem pracy?
– To trochę niezamierzone, ale rzeczywiście tak się stało. Od 5 lat komercyjnie organizuję wyprawy na Syberię, około 8 rocznie. Wcale nie jest łatwo przewodzić ludziom, zaspokoić różne zachcianki, a naprawdę każdy uczestnik ma inne. Poza tym nigdy nie było moim marzeniem, by skończyć jako pospolity przedsiębiorca... Muszę jednak przyznać, że dzięki Syberii odczepiłem się od tego, że na którąś godzinę muszę iść do pracy, nie zastanawiam się, czy dostanę urlop. Nie mam za to żadnej stabilizacji, pewności utrzymania. Wolność ma swoją cenę. Moim zdaniem warto ją zapłacić. Życie powinno być pasją, nie wegetacją. Tylko dzięki ludziom gorącym coś jest odkrywane. Gdyby wszyscy byli letni, świat stałby w miejscu.

– Zajmuje się Pan głównie podróżami, ale z muzyki Pan całkiem nie zrezygnował, nawet starał się dzięki niej zdobyć wpis do Księgi Guinnessa. 54 godziny grał Pan na fortepianie w... centrum handlowym. To tak odcina się Pan od skomercjalizowanego świata?
– Wszystko zaczęło się na przyjęciu. Towarzyska rozmowa o nowych rekordach, największym pierogu i największej pizzy itd. Skrytykowałem je, bo nie były związane z żadną szczególną umiejętnością, wytrwałością. Powiedziałem, że rekordem, który by mi zaimponował, byłby na przykład najdłuższy koncert fortepianowy. Trochę mnie poniosło, a trochę mnie podpuścili i powiedziałem, że zagram. Słowo się rzekło. Wybrałem centrum handlowe, bo nie chciałem płacić za salę, a nikt nie chciał udostępnić mi jej za darmo. Poprzedni rekord to były 52 godziny i 59 minut. Relacja z niego trochę mnie przeraziła. Od razu założyłem więc sobie, że przede wszystkim nic nie będę jadł i prawie nie będę pił. Musiałem się maksymalnie skoncentrować. I udało się. Grałem 54 godziny, o godzinę dłużej od ostatniego rekordzisty i mogłem jeszcze spokojnie grać dalej. Ale tłum wokół mnie zaczął skandować, żebym już przestał i zostawił też coś innym. No to przestałem. Potem okazało się, że 15-minutowe przerwy, które według regulaminu mogłem robić co 8 godzin, nie zostały wliczone do długości koncertu. Był więc za krótki o 15 minut i nie został wpisany do Księgi Guinnessa. Moja wina, nie doczytałem regulaminu, bo grać mogłem spokojnie dalej. Ale zagram jeszcze raz.
– Jakie są najbliższe Pana plany?

– Właśnie wyjeżdżam na Syberię, chcę przejechać zamarzniętą Kołymą, potem dotrzeć do Półwyspu Szmidta i na koniec do Uelen, nad Cieśniną Beringa. To będzie część trasy Wielkiego Wyścigu z Paryża do Nowego Jorku, który zamierzam zorganizować w przyszłym roku. Chcę uczcić setną rocznicę wyścigu Nowy Jork – Paryż, który rozpoczął się 12 lutego 1908 roku. Wystartowały wówczas cztery drużyny reprezentujące USA, Niemcy, Francję i Włochy, było sześć samochodów i 17 uczestników. Zawodnicy wytyczyli sobie trasę z Alaski przez Cieśninę Beringa na Półwysep Czukocki. Dalej planowano przejazd północnymi krańcami Syberii w kierunku Jakucka i Irkucka z zamiarem dotarcia do linii kolei transsyberyjskiej. To było oczywiście nierealne. W rezultacie uczestnicy nie dotarli do Alaski, lecz w San Francisco załadowali samochody na statek i przez Japonię dopłynęli do Władywostoku, skąd ruszyli w kierunku Moskwy i Petersburga. Zwycięzca dotarł do mety w Paryżu po 169 dniach! Mimo zasadniczej zmiany trasy było to wówczas całkowicie ekstremalne. Dziś realia są zupełnie inne, dlatego proponuję przejazd przez najzimniejsze partie wschodniego wybrzeża, nad Cieśniną Beringa. Tej trasy samochodem do dziś nie pokonał nikt. Zimą temperatura spada tam do –50OC.
– W swoich książkach zachęca Pan do przenoszenia się na Syberię... Podobno jest tam wiele opuszczonych wsi, domy w doskonałym stanie.

– To jakaś alternatywa dla tych, którym tu już wszystko zbrzydnie. Domów do wzięcia jest mnóstwo. Wystarczy pozamiatać i można mieszkać. Być może sam któregoś dnia spakuję się, pojadę na Syberię i już nie wrócę. Ludzie są tam porządniejsi, jest wspaniała przyroda i wolność.
– Czym by się Pan tam zajmował?

– Godnym życiem. Polowałbym, łowił ryby, zbierał owoce. Teraz zajmuję się bieganiną między urzędami. Życie jest za krótkie, żeby je tak spędzać.
– Co więc tu Pana trzyma?
– Dzieci mam za małe. Niech się chociaż czytać porządnie nauczą. A potem w tajgę, i do widzenia. – To człowiek szalony, bezkompromisowy, ryzykant. Umie odnaleźć się w każdej sytuacji. Ciągle mnie zaskakuje. Jest nieprzewidywalny jak Rosja. Może dlatego tak go tam ciągnie... – tak o Romualdzie Koperskim opowiada Roman Nowicki, również podróżnik i wielbiciel Rosji.

Koperski z zawodu jest muzykiem. Pracował też jako pilot i fotograf. Wydał dwie książki, Pojedynek z Syberią i Syberia na gapę, w których opisał swoje samotne wyprawy: samochodem ze Szwajcarii do Nowego Jorku przez Syberię oraz pontonem po rzece Lenie. Za ten spływ nagrodzony został w 1999 r. prestiżową nagrodą Kolos oraz tytułem Podróżnika Roku. Za sobą ma też dziesiątki innych eksploracyjnych wypraw, m.in. do Jakucji, Chakasji, Ałtaju, Buriacji, na Czukotkę, Kołymę, nad jezioro Bajkał, w góry Ural, Wierchojańskie, Sajany, Chamar-Daban, Suntar-Chajata i Czerskiego. Jest pomysłodawcą i organizatorem rajdu „Transsyberia”.

W 2004 r. odbył się on pod nazwą „Transsyberia Gigant Atlantyk-Pacyfik-Atlantyk”. Trwał 39 dni, a trasa liczyła 30 000 km! Była to najdłuższa i najtrudniejsza impreza tego typu na świecie. W 2002 roku Koperski zorganizował zimową wyprawę dla pięciu osób, której celem było dotarcie do grobu Jana Czerskiego. Była to 110. rocznica śmierci polskiego zesłańca i bardzo zasłużonego dla Syberii badacza. – Brałem udział w tej ekspedycji – mówi Krzysztof Spandowski. – Chcieliśmy odszukać grób Czerskiego i umieścić tam pamiątkową tablicę z brązu ufundowaną przez Senat RP dzięki staraniom Romka. O miejscu tym wiadomo było tylko tyle, że leży na lewym brzegu Kołymy, naprzeciw dopływu rzeki Omołon oraz że w 1941 r. postawiono tam obelisk. Nie było natomiast żadnych informacji, czy obelisk ten jeszcze stoi, czy można spotkać tam kogoś zimą. Wskazówka „naprzeciw dopływu rzeki Omołon”, znając wielkość syberyjskich rzek i ich dziki, nieuregulowany charakter, była, delikatnie mówiąc, mało precyzyjne. Przebyliśmy 180 km po zamarzniętej Kołymie, piechotą, po części psimi zaprzęgami, ostatni odcinek skuterem śnieżnym. Mróz –52°C, bezludna tundra. Zdani byliśmy na siebie. Każdy inaczej to znosił, każdy na coś narzekał. Tylko nie Romek. Nigdy nie mówił, że przemarzł, a miał najgorsze buty; nie mówił, że jest zmęczony, a najdłużej dźwigał tablicę.
– Na rajdzie Transsyberia 2006 jechaliśmy jednym samochodem 6 dni non-stop – opowiada Jakub Miciński z Gdyni. – Zawsze ubrany był w spodnie moro i koszulkę w czarno-granatowe paski z rosyjskiego demobilu. Z milicją umiał rozmawiać z takiej pozycji, że szybko przestawali wymuszać łapówki. Przedstawiał się im jako kamandir Koperski. Wkrótce wszyscy zaczęliśmy się tak do niego zwracać. Gdybym miał go określić jednym słowem, powiedziałbym: watażka.
Ze szlaków „Transsyberii” ma też wspomnienia Martyna Wojciechowska. – Romek Koperski jest jedną z najbardziej interesujących postaci, jakie w życiu poznałam – mówi. – To pilot akrobatyczny, muzyk, a jednocześnie podróżnik przez duże „P”. Jego prawdziwe oblicze zobaczyłam w Wierszynie, polskiej wsi na Syberii. Nieprawdopodobne miejsce, niemal wszyscy mieszkańcy mówią po polsku. Romek od lat tę wieś wspiera, zawozi tam książki, zabawki, rowery. Mieszkańcy ugościli nas chlebem i solą, dosłownie i w przenośni, no i oczywiście samogonem, bo taka jest Rosja. Z kolei w Jakucku Romka i nasz rajd witał komitet powitalny. Jakutki w strojach ludowych, przemówienia, kwiaty. Wszyscy go znają, jeżdżąc tam od lat, zdobył olbrzymie zaufanie tych ludzi.
– Gdy pytałam go, czy spływając po Lenie nocą, nie bał się, że wpadnie na jakieś żelastwo, poprzecina ponton i zatonie, odpowiedział, że nie, bo „przecież... ma łatki”. A to największa rzeka Syberii! Genialny poziom absurdu – dodaje Martyna Wojciechowska. – Żeby zdobyć środki do dalszego spływu Leną, w Kireńsku zagrał koncert. Ludzie nie płacili pieniędzmi, bo jest tam bieda, ale przynosili jedzenie: ryby, ziemniaki, chleb. Po koncercie zabrał worek jedzenia, spakował się i popłynął dalej.