Iwona Strzelecka postawiła wszystko na jedną kartę. I opłaciło się. W Kenii, tak jak Karen Blixen, autorka „Pożegnania z Afryką”, stworzyła swoje miejsce na ziemi. – Kenia jest dla mnie kwintesencją egzotyki – mówi mi właścicielka hotelu Sonrisa niedaleko Mombasy.

Zaczęło się od mejla, jakiego otrzymałem od satyryka Jerzego Kryszaka, który wrócił z wakacji w Kenii. Zamieszkał w przypadkowym hotelu niedaleko Mombasy znalezionym przez internet.

Miejsce okazało się wspaniałe. To był hotel nad samym oceanem prowadzony przez niezwykłą Polkę, która kilka lat temu znalazła tam miejsce dla siebie, kupiła działkę i stworzyła wycinek raju. My z żoną czuliśmy się u niej jak w domu. Panie Michale, warto zainteresować się tym miejscem stworzonym przez Iwonę Strzelecką - napisał do mnie Jerzy Kryszak.
 

fot. Jerzy Kryszak

Poranek i zmierzch – to najprzyjemniejsze godziny w Afryce. Słońce jeszcze nie pali albo już nie doskwiera – daje istnieć, daje żyć - pisze Iwona Strzelecka na stronie hotelu Sonrisa. Położony jest 2,5 km na południe od jednej z najpopularniejszych turystycznych miejscowości na Południowym Wybrzeżu Kenii – Diani Beach. Na mapie trudno odnaleźć hotel. - No cóż, mapy Google'a nie są aktualizowane dla tej części świata zbyt często - wyjaśnia mi Iwona, do której piszę, by poznać jej historię.

Jak to się stało, że zamieszkałaś w Kenii?

To był zupełny przypadek! Planowałam wybrać się na długo odkładane wakacje i znalazłam w katalogu biura podróży zdjęcie przepięknej egzotycznej plaży. Od razu wiedziałam, że właśnie tam chcę pojechać. Kiedy wyszłam z samolotu od razu „poczułam” Afrykę. I to dosłownie. To niesamowita mieszanka zapachów sawanny, ziół, kwiatów, przypraw, ziemi, zwielokrotniona przez upał. Tego nie można porównać absolutnie do niczego innego na świecie. Miałam przeczucie, że ten kraj jest wyjątkowy, ale nie sadziłam, że okaże się aż tak magicznym miejscem.

Ale z wakacji w Kenii wróciłaś do pracy w korporacji. Kiedy kupiłaś bilet tylko w jedną stronę?

Po powrocie do Polski nie mogłam zapomnieć o Kenii, która całkowicie mną zawładnęła. Po kilku kolejnych wyjazdach zrozumiałam, że to coś więcej niż tylko chwilowe zauroczenie i że czas podjąć „męską” decyzję, bo życie przeciekało mi między palcami. Ponieważ zawsze marzyłam o prowadzeniu małego hotelu, miałam więc pomysł za co żyć w Afryce. Przy czym muszę podkreślić, że nie wydarzyło się nic aż tak bardzo spektakularnego w moim życiu, co spowodowałoby podjęcie tej decyzji. Z pewnością katalizatorem było nieudane małżeństwo, złamane serce w kolejnym nieudanym związku, bardzo ciężka korporacyjna praca, która pomimo wymiernych korzyści finansowych nie dawała mi szczęścia. Cały czas żyłam z poczuciem, że mi czegoś brakuje, że nie jestem szczęśliwa, że wszystko jest szare, smutne i bez wyrazu. Aż wreszcie postawiłam wszystko na jedną kartę. Wyjeżdżając miałam pełną świadomość, jak wiele ryzykuję. Ale chciałam spróbować!

fot. Jerzy Kryszak

Przylatujesz więc do Kenii, chcesz wybudować hotel, mieć piękne życie. Brzmi jak w bajce.

Ale w rzeczywistości bajka okazuje się drogą przez mękę. W Kenii w praktyce wiele rzeczy okazało się dla mnie nadspodziewanie trudnych, czasochłonnych i kapitałochłonnych. Wszelkie procedury formalno-prawne potrafią tutaj ciągnąć się w nieskończoność, chyba że ktoś zdecyduje się na zainwestowanie dodatkowych środków. Nie chcę tego nazywać po imieniu, ale wiadomo, o co chodzi.

Wreszcie 1 września 2013 roku otworzyłam mój mały, wymarzony kameralny hotel Sonrisa. Z biznesowego punktu widzenia chyba trudno było trafić na gorszy moment – wkroczenie wojsk kenijskich do Somalii, atak na centrum handlowe w Nairobi, zamachy terrorystyczne na północy kraju, a na dodatek światowa panika na punkcie wirusa ebola  - to wszystko sprawiło, że rynek turystyczny w Kenii praktycznie przestał istnieć. Tak wiec finansowo nastały dla mnie bardzo trudne czasy, tym bardziej ze zaciągnęłam kredyt na budowę. Ale przetrwałam. I po tym wszystkim co tutaj przeżyłam, mogę powiedzieć, że było warto.

W twoim życiu pojawił się Asad, który wychował się w afrykańskim buszu. Podobno kiedyś prowadził safari we wschodniej i centralnej Afryce, hodował strusie i krokodyle, aż w końcu zapuścił korzenie na jednym z najpiękniejszych wybrzeży Afryki Wschodniej. I… spotkał ciebie.

Na swojej drodze, na najpiękniejszej plaży na świecie – zwanej „Diani” spotkałam właśnie TEGO mężczyznę i razem ukończyliśmy  Sonrisę – jako nasz dom. Dziś razem przyjmujemy naszych gości.

Co najbardziej zaskakuje cię w Kenii?

Nie co, lecz kto. Największym dla mnie zaskoczeniem są właśnie ludzie. Mogłabym o nich napisać książkę. Kenia jest kulturowym tyglem co przekłada się na niesamowite bogactwo zachowań, tradycji, a także różnorodność strojów – poczynając od tradycyjnej czerwonej masajskiej chusty, poprzez czarne hidżaby, hinduskie sari a kończąc na wyzywających obcisłych strojach. Tu żyje ponad 40 plemion, które zachowały swoją odrębność. Do tego mamy sporą populację ludności pochodzenia hinduskiego, wywodzącą się z Indii i Pakistanu – są to w czwartym pokoleniu potomkowie robotników budujących kolej. A na wybrzeżu dodatkowo mamy społeczność arabskojęzyczną. Na to wszystko nakłada się niesamowita różnorodność religijna. W Kenii spotkamy praktycznie wszystkie możliwe religie i wyznania oraz praktyki religijne.

fot. Jerzy Kryszak

Kenia jest dla ciebie…

Rajem na ziemi. Kwintesencją egzotyki. Są tu piaszczyste białe plaże z rzędami szumiących palm kokosowych, a woda ma kolor turkusu zwłaszcza w rejonie południowego wybrzeża Kenii, właśnie tam gdzie leży Sonrisa. Przepiękna jest wyspa Lamu, kolebka kultury Suahili czy fantastyczne parki narodowe, gdzie piękno natury i możliwość oglądania dziko żyjących zwierząt w ich naturalnym środowisko to niezapomniane przeżycie.

fot. Jerzy Kryszak

Kenię trzeba zobaczyć, doświadczyć, posmakować. Na przykład zasiadając ze mną do kolacji na plaży przy blasku gwiazd i księżyca wyłaniającego się z Oceanu Indyjskiego, delektując się lokalnymi specjałami domowej roboty. Gdy mieszkałam w Polsce takie luksusy nawet nie przechodziły mi przez myśl!

fot. Jerzy Kryszak