Gdy wchodzą Państwo do samolotu, załoga jest już na miejscu. Ale praca lotników zaczyna się dużo wcześniej. Jak wygląda typowy dzień pilota, opowiada kapitan Stanisław Radzio, który w LOT zasiada za sterami Boeingów 787 Dreamliner.

10.00 Jeszcze w domu sprawdzam pogodę w porcie docelowym i na trasie przelotu. Staram się przewidzieć, czy muszę się szykować na jakieś meteorologiczne niespodzianki.

14.00 Przyjeżdżam do biurowca. Spotykam się z resztą załogi – kapitanem Jerzym Zarembą i pierwszym oficerem Romanem Grochulskim. W centrum operacyjnym pobieramy dokumentację. To kilkadziesiąt stron informacji: liczba pasażerów, masa frachtu, planowana trasa przelotu, lotniska zapasowe i pogoda na nich – to ważne podczas przelotów nad Atlantykiem. Polecimy na wys. 34 tys. stóp, ale już nad Grenlandią będziemy na pułapie 40 tys. stóp, czyli ponad 12 tys. m.

15.15 Całą załogą wyjeżdżamy do portu lotniczego.

15.40 Jesteśmy już w samolocie. Witamy się z koordynatorem rejsu, który przekazuje aktualne informacje dotyczące lotu. Koordynator, zwany od koloru odblaskowej kamizelki „neonem”, musi dopilnować, aby wszystkie informacje odnośnie załadunku itp. zgadzały się z rzeczywistością.

15.50 Wykorzystując czas, kiedy stewardesy i stewardzi przygotowują pokład na przyjęcie pasażerów, udaję się na obchód samolotu. To obowiązkowa czynność przed każdym lotem. Wtedy zwołuję cały personel na briefing, podczas którego przekazuję wszystkie najważniejsze informacje na temat lotu do Chicago.

16.00 Cały catering jest załadowany, pokład jest sprawdzony i przygotowany na przyjęcie pasażerów, pod samolotem kończy się załadunek bagaży i frachtu. Możemy rozpoczynać boarding.

16.40 Szefowa pokładu melduje, że boarding się zakończył. Koordynator rejsu przynosi dokumenty. Wszystko się zgadza, więc możemy zamknąć drzwi i poprosić wieżę o zgodę na kołowanie.

16.50 Słyszymy w słuchawkach głos kontrolera: „LO3 cleared for takeoff”. Po chwili samolot odrywa się od ziemi. Podczas startu i wznoszenia w kokpicie panuje cisza przerywana jedynie korespondencją z wieżą oraz „checklistami”. W tej fazie lotu monitorujemy wskazania systemów pokładowych aż do poziomu 10 000 stóp, kiedy to wyłączona zostaje sygnalizacja „zapiąć pasy”

19.50 Wylatując znad Norwegii i patrząc na malownicze krajobrazy, przypominamy sobie występujące w tej części świata spektakularne zorze polarne. Lot jest długi, więc jeden z kapitanów idzie odpocząć i zostajemy z pierwszym oficerem w kokpicie.

21.30 Moja kolej na wypoczynek. Nasze pomieszczenie wypoczynkowe znajduje się nad kabiną pasażerską. Mamy do dyspozycji fotel i stolik do pracy oraz dwie wygodne leżanki.

23.00 Wracam do kokpitu. Wkrótce wlatujemy nad pokryte śniegiem wybrzeża północnej Kanady. Ogromne przestrzenie robią wrażenie. Taki krajobraz towarzyszy nam aż do Wielkich Jezior.

1.00 Wlatujemy nad jezioro Michigan. Bardzo szybkie polecenia kontrolerów wymagają olbrzymiego skupienia, bo w tak obciążonej przestrzeni powietrznej nie ma miejsca na pomyłkę. Niestety niska podstawa chmur nie pozwala podziwiać panoramy Chicago – z chmur wychodzimy na krótką chwilę przed przyziemieniem.

1.50 Przyziemienie, dobieg, podjazd pod rękaw i kolejny rejs jest za nami. Teraz tylko krótki debriefing i można jechać do hotelu. A jutro? Jutro po krótkim odpoczynku rejs powrotny do Warszawy. I mimo że trasa jest doskonale znana, to każdy lotnik zawsze powie, że nie ma dwóch jednakowych lotów.

Artykuł pochodzi z magazynu "Kaleidoscope" 5/2015