Urodził się bez nóg, co nie przeszkodziło mu w zwiedzaniu świata (na koncie ma już ponad 20 krajów), a także spełnianiu swoich dziecięcych marzeń – od wystaw swoich zdjęć w najlepszych galeriach świata po skok na spadochronie

Julia Lachowicz: Czego najbardziej się boisz w podróżowaniu?
 

Kevin M. Connolly: Kobiecych szpilek. Poruszam się na deskorolce lub rękach. Taki obcas może przedziurawić mi dłonie. To uprzedzenie mam, od kiedy pierwszy raz wyjechałem za granicę. Do Kijowa, w ramach wymiany szkolnej. Tam prawie wszystkie kobiety chodzą na megawysokich obcasach, do tego szybko i raczej nie patrzą na nogi. Boli na samą myśl.
 

Ukraina w ogóle nie wydaje się najbardziej przyjaznym krajem dla niepełnosprawnych podróżników.
 

I tak, i nie. Rzeczywiście nie ma żadnych udogodnień dla takich osób jak ja. Weźmy toalety publiczne. Dla chłopa bez nóg są jeszcze bardziej obrzydliwe niż dla reszty! Z drugiej strony doświadczyłem bardzo dużo dobrej woli ze strony Ukraińców. Zrozumiałem, że jak tam przetrwam, to dam sobie radę wszędzie.
 

Kolejna podróż?
 

Już na studiach. Wyjechałem na wymianę  do Nowej Zelandii. I w pierwszej wolnej chwili ruszyłem sam w głąb kraju.
 

To podróżowanie masz chyba w genach!
 

W genach? Moi rodzice nigdy nie wyrobili sobie nawet paszportów!
 

Ale chyba też cię nie zniechęcali do jeżdżenia po świecie?
 

Nigdy. Po pierwsze nie wiedzieli, jak to jest za granicą. Po drugie zawsze traktowali mnie jak zupełnie normalnego dzieciaka. Żadnej taryfy ulgowej! Po trzecie tata uwielbiał serial o MacGyverze, który potrafił zrobić coś z niczego. Dzięki tym moim podróżom mój ojciec mógł się wyżyć. Nie mieliśmy kasy na jakieś specjalistyczne sprzęty. I tata wpadł na pomysł stworzenia dla mnie „skórzanego buta”, który wkładam na dół ciała. Jest zrobiony z nieprzepuszczalnej skóry i gumy, dzięki temu nie odmarzam zimą i mogę spokojnie się poruszać.
 

Wózek albo protezy nie byłyby lepszym rozwiązaniem?
 

Nigdy się do nich nie przekonałem. Jako dzieciak marzyłem, żeby – tak jak inni – mieć buty koszykarskie. Wydawało mi się, że dzięki nim dołączę do paczki fajnych chłopaków z klasy. Gdy już je dostałem, okazało się, że na tych sztucznych nogach nie wyglądają dobrze. Poza tym protezy były niewygodne, powolne. I drogie. Mam parę, stoi w kącie jako ozdoba. Później wpadłem na pomysł deskorolki. Poruszam się na niej z prędkością nawet 15 km/h. Tania, zwinna i można ją wszędzie naprawić. Dzięki deskorolce zyskałem wolność.
 

I to na niej postanowiłeś zwiedzać południe Nowej Zelandii?
 

Tak. Właśnie podczas tej krótkiej samotnej podróży zdałem sobie sprawę, że ja naprawdę jestem inny. Podejrzany. Mam niecały metr wzrostu, jeżdżę na deskorolce, robię zdjęcia. Nagle zauważyłem, że wszyscy się na mnie gapią.
 

Frustrujące?
 

I to jak! Choć zupełnie zrozumiałe. Gdy ktoś mnie dziwi albo mi się podoba, to też na niego patrzę. Miarka jednak się przebrała, gdy wracałem z Nowej Zelandii. Miałem lot przez Europę, zatrzymałem się na kilka dni w Wiedniu. I znowu te wlepiające się we mnie oczy. W pewnej chwili nie wytrzymałem, wziąłem aparat do ręki i zrobiłem zdjęcie jednemu gościowi w baseballówce, jak się we mnie wgapia. Efekt był arcyciekawy. On wielki, bo ujęty z dołu, z mojej wysokości, z totalnie bezradnym wyrazem twarzy, który próbuje rozumieć, co się z moimi nogami stało.
 

Na jednym zdjęciu się nie skończyło.
 

Pomyślałem, że to dobry pomysł fotografować te spojrzenia. W różnych kulturach i różnych sytuacjach. Że to będzie swoista terapia dla mnie i ciekawy projekt socjologicznie. Problem, że jak tylko odkręcam głowę, ludzie uciekają wzrokiem. Dlatego po powrocie do Stanów musiałem wymyślić, jak złapać moment wgapiania się i zrobić całkiem dobre technicznie zdjęcia.
 

Znowu przyszedł z pomocą MacGyver?
 

Tak! Okazało się, że najlepiej jest robić zdjęcia z biodra. Patrzeć w drugą stronę niż mój obiektyw.
 

Ale skąd wiesz, że ktoś na ciebie patrzy?
 

Czuję takie specyficzne kłucie na karku. Kilka miesięcy ćwiczeń sprawiło, że nawet bez patrzenia potrafię wycelować aparatem tak, by obiekt był w środku kadru, a obraz ostry.
 

Ruszyłeś w drogę.
 

W trzy miesiące odwiedziłem 15 krajów. Chciałem mieć jak największą próbkę spojrzeń. Fotografowałem całe dnie, przemieszczając się po odwiedzanych miastach na deskorolce. Szybko okazało się, że niezależnie od szerokości geograficznej ludzie zawsze się w kogoś takiego jak ja wpatrują. Że to uniwersalna cecha wszystkich nas. Zacząłem bezpiecznie od Los Angeles i znanej mi już Nowej Zelandii. Potem były trochę trudniejsze klimaty, na przykład Malezja czy Japonia.
 

Dlaczego trudniejsze?
 

Bo nigdzie ludzie się na mnie tak bezceremonialnie nie gapili jak właśnie w Japonii. Na przykład w łaźni nagle wokół mnie stanęło dziesięciu nagich gości i dosłownie wytrzeszczali oczy. Dla mnie było to średnio przyjemne doświadczenie, bo moja głowa kończy się tam, gdzie im zaczyna tułów.
 

Co wtedy zrobiłeś? Kevin M. Connolly: Wycofałem się po prostu. Starałem się nie przejmować, choć czułem się zażenowany. Przecież jestem pełnowartościowym facetem! Nie przetrwałbym tego projektu, gdyby nie czarny humor i dystans do siebie.
 

Miałeś momenty zwątpienia?
 

Najgorsze w Sarajewie. Pamiętam jeden upalny dzień. Wjechałem więc na jakieś zacienione podwórko. Po chwili zobaczyłem, że nie jestem sam. Oprócz mnie był mężczyzna bez nóg. Patrzył na mnie ze zrozumieniem, empatią, ale i bólem. On pewnie stracił swoje nogi na wojnie. Pewnie myślał, że ja też, bo kiwał do mnie głową i coś mówił. Po chwili podeszła do mnie kobieta. Dała mi pieniądze i zaczęła płakać.
 

Demony wojny?
 

Może jej dziecko trafiło na minę, może w walkach straciła kogoś bliskiego. Nie wiem. Ale wtedy poczułem, że to, co robię, jest egoistyczne. Że swoją osobą przywołuję ludziom trudne wspomnienia i sprawiam, że cierpią. Bo temat wojny był tam ciągle żywy. Przez chwilę chciałem porzucić projekt.
 

Ale jednak tego nie zrobiłeś.
 

Moja ówczesna dziewczyna uświadomiła mi, że wielu osobom mogę otworzyć oczy na to, jak traktujemy odmienność. Poza tym wtedy do mnie dotarło, że w tym projekcie ważniejsze niż zdjęcia są pomysły ludzi, którzy muszą mieć jakieś logiczne wytłumaczenie tego, co się ze mną stało.
 

No właśnie, a co się stało?
 

Taki się urodziłem. Oprócz tego, że bez nóg, byłem w stu procentach zdrowym i normalnym dzieciakiem. Koniec historii.
 

Ludzie woleliby usłyszeć coś bardziej szokującego?
 

Oni nawet nie pytają. Od razu insynuują, co się wydarzyło. Starają się włożyć mnie w swój świat, żeby łatwiej mój widok znieść. W różnych krajach dorabiają więc różne ideologie. W Nowej Zelandii pytali, czy byłem ugryziony przez rekina. W Rumunii brano mnie za żebraka, którego nie stać na wózek inwalidzki. Na Ukrainie pewien ksiądz był przekonany, że jestem świętym. W kilku krajach wspominano o talidomidzie. To nazwa leku, który kiedyś podawany był na nudności ciążowe, a okazał się szkodliwy dla płodu. W Stanach biorą mnie za weterana z Iraku.
 

Ile w sumie zrobiłeś zdjęć gapiów z tej podróży?
 

Dokładnie 32 728. Po powrocie chciałem się tym podzielić ze znajomymi. Zorganizowałem wystawę na uniwersytecie. Spodziewałem się góra 40 osób. Przyszło 10 razy tyle.
 

I jakie były reakcje?
 

Bardzo pozytywne. Moją The Rolling Exhibition szybko zainteresowały się media krajowe. I tak kolejną wystawę miałem już w prestiżowym Smithsonian w Waszyngtonie.
 

Szybki przeskok!
 

Sam nie mogłem w to uwierzyć. Po kilku tygodniach tego szaleństwa zadzwoniłem do taty i powiedziałem, że nie ogarniam. Że ludzie mówią mi, że się moim życiem inspirują. A to nigdy nie było moim celem. Chciałem robić sztukę, a nie opowiadać o przekraczaniu trudności.
 

I co ci tata powiedział?
 

Że każdy weźmie z mojej działalności to, co chce. Nie mam na to wpływu, więc lepiej się z tym pogodzić. Szybko zrozumiałem, że ma rację. Dlatego m.in. zdecydowałem się na napisanie książki i wzięcie udziału w reality show Armed & Ready.
 

Na czym polegał ten program?
 

W każdym odcinku robiłem coś, czego normalnie nie można zrobić bez nóg. Skok ze spadochronu, surfowanie czy walka konna na kopie... To była lista moich dziecięcych marzeń! Choć przy niektórych naprawdę się bałem! Najwięcej nerwów kosztował mnie chyba skok z kilkumetrowego klifu.
 

Było coś, czego nie zrobiłeś?
 

Nie nakarmiłem aligatorów. Nie byłbym w stanie szybko odskoczyć do tyłu. Na resztę pomysłów ochoczo się zgadzałem. Teraz przygotowujemy kolejne odcinki. Będzie więcej rzeczy, których nie lubię. Nie dlatego, że nie mam nóg, ale dlatego, że jestem normalnym człowiekiem. Na przykład taniec.
 

Nie czujesz się trochę jak królik doświadczalny?
 

Nikt mnie do niczego nie zmusza. Wiem, że ten program, tak jak wystawa, dla wielu osób są ważne. Bo zamiast mówić wielkie słowa o niepełnosprawności, czego nienawidzę, pokazuję świat swoimi oczami. I przy okazji robię superrzeczy.
 

Nie mógłbyś ich robić, gdybyś miał nogi?
 

Pewnie nigdy nie miałbym szansy ich doświadczyć. Tak samo jak nie mógłbym dotrzeć do miejsc, do których teraz wjeżdżam na deskorolce.
 

Na przykład?
 

Pędzić po murze chińskim prawie 20 km/h czy zakradać się do różnych niedostępnych zakątków Paryża, o których inni podróżnicy nie mają pojęcia. Obserwować świat z takiej perspektywy to przywilej, z którego staram się jak najlepiej korzystać. Dlatego z mojej dziecięcej listy marzeń definitywnie wykreśliłem tylko jedną rzecz. Sportowe buty.
 


Kevin M. Connolly podczas studiów na wydziale fotografii rozpoczął projekt The Rolling Exhibition, który jest kolekcją zdjęć wpatrujących się w niego ludzi w różnych krajach świata - kobieta, Los Angeles. (Fot. Kevin Michael Connolly - The Rolling Exhibition)
 

Warto wiedzieć: Kevin M. Connolly Urodził się w 1985 r. w Montanie, USA. Od dziecka porusza się za pomocą rąk lub na deskorolce. Podczas studiów na wydziale fotografii rozpoczął projekt The Rolling Exhibition, który jest kolekcją zdjęć wpatrujących się w niego ludzi w różnych krajach świata (www.therollingexhibition.com). Jest także srebrnym medalistą X-Games 2007 w narciarstwie (na tzw. monoski). Autorem książki Drugi rzut oka. Jak świat się na mnie gapił. I gwiazdą programu telewizyjnego Armed & Ready.