Pociąg przejeżdża przez 8 chińskich prowincji, a najwyższy punkt na trasie położony jest na wysokości 5072 m n.p.m. Za oknem piętrzą się ośnieżone góry, na łąkach pasą się włochate jaki, a ja wraz z innymi pasażerami przyklejam nos do szyby.

TRASA: 3757 km
Pekin – Lhasa
Czas podróży: 41 godzin   

Dworzec Pekin Zachodni wypełniony jest ludźmi do granic możliwości. Przepycham się w stronę tablicy świetlnej. Jest! Z21, mój pociąg relacji Beijing Xi – Lhasa. Mam jeszcze 2 godz. do odjazdu, dokładnie tyle czasu, ile trzeba na znalezienie poczekalni, ustawienie się w gigantycznej kolejce do kontroli biletu – razem ze mną czeka kilkaset osób – przejście na peron i znalezienie właściwego wagonu. W kolejce dostaję do wypełnienia druczek po chińsku: dane osobowe, dane adresowe, skąd i dokąd jadę, nr miejsca oraz najważniejsze – oświadczenie, że zdrowie pozwala mi podróżować na wysokości powyżej 3 tys. m n.p.m. Na koniec podziękowania za współpracę i życzenia udanej podróży.

Mam najtańszy bilet na tzw. hard seat – 40 godz. na krzesełku. Cudzoziemcy podróżują zazwyczaj wagonami z miejscami leżącymi, rzadko który zabłąka się do 3 klasy. Zdziwieni współpasażerowie wskazują mi miejsce, bo trudno mi się zorientować, gdzie powinnam usiąść. Zasypują mnie gradem pytań: Skąd jesteś? Gdzie jedziesz? Podróżujesz sama? Ile masz lat? Masz męża? A dzieci? Jesteś bogata? Ktoś wskazuje mi automat z wrzątkiem, ktoś inny częstuje wędzonymi świńskimi uszkami pociętymi w grube paski.

Chińczycy lubią, jak jest „renao”, czyli jak byśmy to potocznie powiedzieli „dzieje się”. W wagonie jest więc tłoczno i głośno. Pasażerowie poznają się ze sobą, ustalają, kto jest z jakiego miasta, dokąd jedzie, skąd pochodzi jego rodzina i gdzie te wszystkie miejscowości są na mapie Chin. Ktoś wyjmuje karty, ktoś inny otwiera baijiu – chińską wódkę. Pytam, dlaczego jadą do Lhasy? Niektórzy jadą na wakacje, wiele słyszeli o pięknie Tybetu i chcą je podziwiać na własne oczy. Odkąd rok wcześniej otwarto linię kolejową, na Dach Świata można dotrzeć o wiele taniej niż samolotem i dużo wygodniej niż podskakującym na wertepach rozklekotanym autobusem. Inni jadą do pracy – władze Chin dają Hanom osiedlającym się w Lhasie preferencyjne warunki. Pojadą, zarobią trochę juanów i sprowadzą rodziny. – A one? – pytam, wskazując na młode dziewczyny w błyszczących pantoflach i kolorowych sukienkach. „One też jadą do pracy, no wiesz…”. Chyba się domyślam. W Tybecie stacjonuje największy w Chinach garnizon wojskowy, przeszło 40 tys. żołnierzy. Tajemnicą poliszynela jest, że święte miasto Lhasa jest jednym z najbardziej rozpustnych miejsc w Państwie Środka – aż 9 proc. dorosłych mieszkanek trudni się najstarszym zawodem świata.

 

Jedziesz, jak chcesz

O 22 godz. gwar powoli cichnie, układamy się do snu; jak kto potrafi. Jakiś mężczyzna ze skrzyżowanymi nogami siedzi na oparciu fotela, plecami opierając się o półkę na bagaże; wygląda, jakby lewitował. Ktoś inny wczołgał się pod siedzenia, w przejściu wystają tylko czarne lakierki. Mam jet lag i z trudem udaje mi się zasnąć. O 6 rano z głośników rozbrzmiewa muzyka, trzeba wstać, umyć się – o dziwo na całej trasie jest woda – ustawić z kubkiem w kolejce po wrzątek na herbatę. Pociąg mknie przez zachodnie Chiny, a monotonię krajobrazu przerywają jedynie krótkie postoje na stacjach Zhongwei, Lanzhou, Xining. Pasażerowie czytają gazety, rozmawiają, grają w karty. Raz na jakiś czas przez korytarz przepycha się pan z wózkiem „Warsu”, sprzedaje parówki, napoje, przekąski, łamigłówki, a w porze posiłków zestawy obiadowe – ryż, warzywa i coś, co wygląda jak nasza mortadela. Decyduję się na wyprawę do wagonu restauracyjnego. Wagon jest pusty, pomijając pokładających się na stołach kucharzy i kelnerów. Najwyraźniej jest przerwa, podobnie jak godzinę wcześniej i jeszcze godzinę później.

 

Palec pod żebrem

Mija kolejny dzień w pociągu. Tym razem dwóch miłych dżentelmenów ustępuje mi swoje miejsca, bym mogła wygodnie położyć się na krzesełkach i przetrwać jakoś noc. Nad ranem budzi mnie ból głowy – przejeżdżamy właśnie przez najwyżej na świecie położoną stację kolejową Tang La – 5068 m n.p.m., a ból i zawroty głowy to pierwsze symptomy choroby wysokościowej. Mam uczucie, jakby świat wokół mnie falował i drgał. Zapadam się w ciemność. Kilka godzin później budzi mnie czyjś palec wbity w moje obolałe żebra – „obudź się i patrz”.

Mili chińscy panowie, którzy poprzedniego wieczora użyczyli mi swoje miejsca, właśnie wrócili i nieco się niecierpliwią. Za oknem piętrzą się ośnieżone góry, na łąkach pasą się włochate jaki. Nad jeziorem Nam Co pociąg nieco zwalnia, a ja wraz z innymi pasażerami przyklejam nos do szyby. Mijamy zielone łąki, niewielkie osiedla otoczone żółtymi poletkami kwitnącego rzepaku. Pociąg co chwila znika w wydrążonych w skale tunelach albo wspina się na kolejny z ponad 600 wysokich wiaduktów. Trzeba przyznać Chińczykom, że kolej tybetańska, nazywana przez nich „podniebną drogą”, jest arcydziełem inżynierii. Do budowy użyto 6 tys. specjalistycznych maszyn, a przeszło 20 tys. robotników musiało poradzić sobie nie tylko z dużymi wysokościami, ale i z bardzo niestabilną wieczną zmarzliną oraz niebezpieczeństwem trzęsień ziemi.

W nocy w Golmudzie do pociągu dosiedli się Tybetańczycy. Na pierwszy rzut oka różnią się od Chińczyków – ich twarze są ciemniejsze, ogorzałe od słońca i wiatru. Są też spokojniejsi, bardziej zatopieni w sobie. Czuję, że coś mnie do nich przyciąga. Wędruję po pociągu, przyglądając się ludziom.

W jednym z wagonów siedzi na oko 40-letni mnich ze swoją starą matką. Łamanym angielskim mówi mi, że jadą odwiedzić dalajlamę – matka chciałaby przed śmiercią zobaczyć raz jeszcze Jego Świątobliwość. Zamierzają nielegalnie przejść przez Himalaje – z Lhasy jest bliżej do granicy. To niebezpieczne zadanie, rok wcześniej na przełęczy Nangpa chińskie wojsko otworzyło ogień do grupy 75 uchodźców, w tym kobiet i dzieci. Zastrzelono 17-letnią mniszkę. Całość zdarzenia nakręciła i nagłośniła w mediach rumuńska ekipa himalaistów. Na filmie widać rząd skulonych postaci wolno brnących przez śnieg, słychać pojedynczy strzał – ktoś upada, potem kolejny strzał i kolejny.

W pociągu jedzie też Tenzin, młody lekarz. Rozmawiamy o muzyce, która od rana sączy się z głośników. – To jest piosenka o chińskiej partii komunistycznej i o dobrych rzeczach, jakie zrobiła w Tybecie – słyszę i wytrzeszczam z niedowierzaniem oczy; Chińczycy i pomaganie Tybetowi nie idą raczej w parze z moimi wyobrażeniami na ten temat. – Wiesz – mówi Tenzin – urodziłem się w rodzinie nomadów. Mój ojciec był nomadą, mój dziadek był nomadą i jego ojciec też. Ja poszedłem do szkoły, dostałem stypendium i jestem lekarzem. Wcześniej, przed Chińczykami, nie byłoby to możliwe. – Pamiętam, że uznałam go wtedy za kogoś, kto zaparł się Tybetu. Dopiero wiele kolejnych lat podróżowania po Dachu Świata i zajmowania się prawami człowieka sprawiło, że zrozumiałam, że nic tu nie jest tak proste, jak się wydaje.

Pociąg wolno wtacza się na dworzec w Lhasie. Jeszcze tylko ostatnia kontrola biletów przy wyjściu z peronu, szalona jazda taksówką i już jestem w tzw. tybetańskim getcie – starej części miasta. Na Barkhorze pielgrzymi spalają wonny jałowiec. Niektórzy z nich przyjechali tak jak ja pociągiem, inni rozklekotanymi autobusami, a jeszcze inni pokonali drogę, przemieszczając się o długość swoich ciał – w padach modlitewnych. Jutro staną przed złotym obliczem Dzioło Rinpoczego. To będzie zakończenie ich podróży. Dla mnie to będzie dopiero początek.

Iwona Bartoszcze