"Obiecaj, że tu wrócisz" miało poprosić morze królową Sabę, kiedy ta odbywała po nim rejs. Jako gwarancję dotrzymania obietnicy piękna królowa upuściła do wody swój drogocenny naszyjnik z pereł. "To nie wystarczy" odpowiedziało morze. Saba wrzuciła więc do niego skrzynię pełną skarbów, która uderzając o dno, otworzyła się. Z tych właśnie klejnotów uformowały się rajskie wyspy archipelagu Zanzibar.

W baśnie można wierzyć albo nie, ale Zanzibarowi nie sposób się oprzeć. Nigdy nie zapomnę nieprawdopodobnego błękitu Oceanu Indyjskiego oblewającego wyspy. Wody, która wygląda tak nierealnie, jakby ktoś rozpuścił w niej niebieską farbę.

Płynę dhow, tradycyjną drewnianą rybacką łodzią z żaglem. Dookoła nas suną inne łodzie, a co jakiś czas z toni wyrastają dzikie łachy piachu odsłonięte przez odpływ, na których organizowane są pikniki. Jeżeli kiedykolwiek istniał raj, to musiał wyglądać jak Zanzibar. Nasze blue safari zaczęło się w miejscowości Fumba na południowym zachodzie wyspy, gdzie można wypożyczyć łódź wraz z załogą. To świetne rozwiązanie, bo teraz nie musimy się martwić ani o zimne napoje, ani o obiad, ani o bezpieczeństwo. Nie stanie się tak jak w filmie Ocean strachu, że ktoś zostanie w wodzie i pożrą go rekiny. Woda jest ciepła niczym zupa, a ocean jest tu tak krystalicznie czysty, że nawet z łodzi widzę leżące na dnie rozgwiazdy. Nasz przewodnik Genes wypatruje delfinów. Jest bardzo przejęty ich brakiem. Większość organizatorów gwarantuje, że podczas ich rejsów szansa zobaczenia tych ssaków wynosi 90 proc. Zatoka Menai, po której pływamy, to rezerwat dla 350 gatunków bajecznie kolorowych ryb, takich jak: wargacze zwane papugorybami, błazenki, skrzydlice, ustniczki, płaszczki, ale też homary, mątwy, kraby, krewetki, gąbki, jeżowce, a nawet łagodne rekiny białe. To idealne miejsce do snorklowania, co można robić godzinami i nigdy nie mieć dosyć.

Przy wyspie Kwale, która ma zaledwie 7 km², ale w czasie odpływu powiększa się dwukrotnie, cumujemy na obiad. Musimy pokonać kilkaset metrów odsłoniętej przez odpływ rafy koralowej, a potem Genes ma dla nas niespodziankę. To ukryty w zaroślach baobab. Powalony przez wiatr postanowił rosnąć w… poziomie. Nie wiadomo, ile olbrzym ma lat. Jedni dają mu kilka tysięcy i zapewniają, że jest najstarszym drzewem w Afryce Wschodniej. Inni, że 500 lat, czyli też niemało.

Nic jednak nie przebije naszego obiadu. Na moim talerzu oprócz kalmarów i różnych gatunków ryb pojawił się bowiem wielki grillowany homar, a potem następny. Na deser dostajemy romantyczny rejs o zachodzie słońca po lagunach wyspy Kwale porośniętych mangrowcami. Błądzimy w nich obserwowani przez czaple i inne ptaki, które gniazdują w tej plątaninie gałęzi, korzeni i liści.

 

Miasto z kamienia

Zanzibar się uśmiecha od pierwszej chwili, od momentu wyjścia poza lotnisko. Zewsząd rozlega się Jambo – cześć, Karibu – zapraszam, Hakuna matata – nie ma problemu. Zanzibar jest roztańczony, rozśpiewany, żywy i energetyczny, jest kolorowy i niestety bardzo biedny, czego nie da się nie zauważyć. Po drodze do stolicy Stone Town mijamy mieszkańców siedzących, stojących, idących. Afryka z jednej strony nieustannie się przemieszcza – chodzi po wodę, zakupy, na pole do pracy. Albo siedzi w cieniu drzew, leży na trawie i śpi. Afryka nie żyje w domach, które udekorowane napisami reklamującymi coca-colę wyglądają na opuszczone. Ona spędza czas na zewnątrz. Je, bawi się, odpoczywa, sprzedaje i kupuje, gotuje i pierze. Większość mieszkańców wyspy to muzułmanie, którzy żyją w poligamicznych związkach. Zgodnie z tradycją kobiety odsłaniają tylko twarze, zakrywają się od stóp do głów, ale mimo to wyglądają zachwycająco, lekko, jak kolorowe motyle. Są tajemnicze, kontakty ograniczają do uśmiechu. Co innego mężczyźni, ci zawsze są skłonni do rozmów.

Chodzimy po wąskich uliczkach Stone Town oplecionych dziesiątkami kabli. Pełno tu sklepików z lokalnym, bajecznie kolorowym rękodziełem. Kamienice mają misternie kute balkony, ażurowe okiennice. Dawni właściciele tych historycznych dziś domów, bogaci kupcy arabscy, rywalizowali ze sobą o to, który pobuduje wspanialszą rezydencję. Dlatego na Zanzibarze jest wiele zachwycających domów, do których prowadzą sławne, nawet kilkusetletnie drzwi. Masywne, wykonane ze szlachetnego drewna, rzeźbione, nabite mosiężnymi ćwiekami, z kołatkami i innymi detalami przykuwają uwagę. Dziś jest ich podobno 560, ale liczba ta z roku na rok się zmniejsza, bo podobają się też turystom, którzy wywożą je nielegalnie. Rzekomo miały chronić przed słoniami, problem polega jednak na tym, że na Zanzibarze słoni nie było. Owe drzwi były raczej oznaką statusu finansowego właściciela. A żyli tu ludzie bardzo bogaci, w XIX w. Stone Town uchodziło za jedno z najbogatszych miast świata. Dorobiło się na handlu między Azją, Afryką i Europą.

Na Darajani Market, największym miejskim bazarze, niewiele się zmieniło od wieków. Wciąż kwitnie tu życie towarzyskie. Wymienia się informacje, spotyka przyjaciół. Bazar podzielony na sektory: tekstylny, warzywno-owocowy, korzenny z piramidami przypraw, przechodzi w mięsny i rybny, gdzie tasakami lub maczetami sprzedawcy patroszą, oprawiają, tną na kawałki świeże ryby i mięso. Niestety jest pewien mankament – cuchnie tu tak, że po minucie trzeba się ewakuować.

Zanzibar był jednym z głównych punktów przerzutu niewolników – jego kres nastąpił wraz z opanowaniem wyspy przez Brytyjczyków w 1873 r. Upamiętnia to rzeźba przed anglikańską katedrą. Niewolników zdobywano w Afryce różnymi sposobami, jednych porywano, innych sprzedawali szefowie wiosek. Byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach. Na jednego niewolnika, który dotarł do Ameryki, umierało czterech. Szacuje się, że przez niewolnictwo Afryka straciła 10 mln ludzi.

Zwiedzam celę, w której trzymano niewolników, zanim wyruszyli w podróż do Nowego Świata. Mroczna, cuchnąca, ciasna, duszna wywołuje we mnie atak klaustrofobii. W jednym małym, pozbawionym okien pomieszczeniu zamykano nawet 70 osób, i to często na trzy dni. Jak wytłumaczył mi Genes, był to swego rodzaju test wytrzymałości, od którego zależała cena niewolnika. Kolejnym testem był pręgierz. Najdrożsi byli ci, którzy znosili najwięcej razów i nie krzyczeli.

Po zachodzie słońca senne, zmęczone upałem Stone Town ożywa. Zamienia się w imprezownię, w porcie roi się od sprzedawców oferujących grillowane owoce morza i słodkości, chłopacy urządzają zawody w skokach do wody, rodziny piknikują. Później można kontynuować zabawę w jednej z lokalnych dyskotek albo – tak jak robimy to my za namową Grzegorza Kępskiego, prezesa Africa Line, który od lat mieszka w Afryce – udać się do baru restauracji Livingstone. Doktor Livingstone mieszkał tu przez jakiś czas, zanim wyruszył na swoją ostatnią wyprawę na kontynent. Zamawiamy piwo, które sączymy na plaży z widokiem na ocean i niebo pełne gwiazd.

 

Moc korzeni

Liście wielkie jak parasole, trawa wyższa od człowieka, palmy kokosowe obwieszone orzechami jak choinki, dżakfruty o rozmiarach arbuzów. Zieleń oszałamia bujnością, jest nieokiełznana. Mam wrażenie, że cokolwiek spadnie na tę ziemię, natychmiast wykiełkuje. I zacznie pachnieć, bo powietrze na Zanzibarze pachnie tysiącami kwiatów i przyprawami. To podobno właśnie zapach skusił do przybicia do wybrzeży Zanzibaru portugalskich żeglarzy, którzy w XVI w. założyli tu swoje bazy. Stąd jego druga nazwa – Korzenna Wyspa. Plantacje zakładali tu już starożytni Persowie, a królewska rodzina miała swoje letnie rezydencje. Potem przyprawowy biznes rozwinęli sułtanowie Omanu. Dziś część plantacji, szczególnie tych państwowych, podupadła. Mohammed oprowadza nas po jednej z nich, położonej niedaleko miejscowości Kidichi w środku wyspy. – To wanilia, której kwiaty zapylane są ręcznie, a to drzewo cynamonowe. Powąchaj jego korę – zachęca. Podchodzi do kolejnej rośliny i zrywa jej owoc, rozpoławia go, odsłaniając pestkę z czerwoną siateczką. Pyta mnie, czy wiem, co to jest. Nie mam bladego pojęcia. – To gałka muszkatołowa. Po sproszkowaniu i dodaniu do potraw działa jak afrodyzjak, dlatego nie jedz jej, gdy męża nie ma w domu – śmieje się. I prowadzi mnie do drzewa, z którego zrywa małe kulki. – To goździki, nasz hit eksportowy. Dla mnie zapach goździków to zapach Zanzibaru, domu.

Daje mi do powąchania piękny kwiat ylang-ylang, którego olejek eteryczny jest jednym ze składników słynnych perfum Chanel No. 5. Pokazuje mi też kolczasty owoc achiote. Z jego nasion wyrabia się czerwony barwnik – na dowód Mohammed maluje sobie usta i zachęca, żebyśmy poszli w jego ślady. Na koniec Mister Butterfly robi dla nas show. Wspina się na palmę kokosową, wysoką na jakieś 20 m, tak szybko, że zanim zdążyliśmy się zorientować, jest już na dole z kokosami i rozłupuje je dla nas maczetą. Na Zanzibarze dosłownie opychamy się owocami – dżakfrut smakuje jak połączenie ananasa i banana, rambutan przypomina liczi, a najpyszniejszy z pysznych jest guyabano, flaszowiec miękkociernisty. Pod zieloną kolczastą skórą ukrywa się smak truskawek, ananasa, kokosów i bananów. Cztery owoce w jednym.

 

Rajskie plaże

Rashid robi mi drinka mvua z białego rumu, likieru bananowego, soku pomarańczowego i ananasowego. A potem Zanzibar kiss: dżin, sok ananasowy z syropem truskawkowym. Idziemy wszyscy na hotelowe molo. Wiatr przyjemnie wieje od oceanu. Patrzę na plażę, której piasek ma kolor i konsystencję mąki. Jest szeroka i ciągnie się w nieskończoność. Nigdy nie widziałam piękniejszych plaż, co potwierdzają międzynarodowe rankingi, w których przoduje Zanzibar. Podobno tych najfantastyczniejszych jest 25, ale tych innych, równie pięknych, setki i tysiące. A co najważniejsze, każdy może tu znaleźć swoją plażę idealną i mieć ją tylko dla siebie. Jak w raju.

Agnieszka Franus