Podróżowanie sprawia, że na wiele spraw możemy spojrzeć z dystansu, a Wietnam jest idealnym miejscem, żeby rozpocząć zmiany. Z Magdaleną Witkiewicz rozmawiamy o jej najnowszej książce "Ósmy cud świata".

Skąd pomysł na podróży do Wietnamu?

Magdalena Witkiewicz: Zawsze kusiła mnie Azja. Miałam ją w swoich odległych podróżniczych planach, ale myślałam, że wybór padnie na Japonię, Chiny albo Tajlandię. Muszę przyznać, że nie marzyłam o Wietnamie. To był zupełny przypadek. Kiedyś wieczorem pracowałam, gdy przyszedł mail od osoby o obco brzmiącym nazwisku - Nguyen. „Chciałabym, by wietnamskie czytelniczki poznały historie dziewczyn ze Szkoły żon” („Szkoła żon” to tytuł jednej z moich książek). Pomyślałam sobie, wzruszając ramionami, że też bym chciała... Jednak Wietnam wydawał mi się tak abstrakcyjnym miejscem na mapie świata. Dlaczego akurat moje książki miałyby być tłumaczone na wietnamski?

A jednak...

Wtedy właśnie napisała do mnie tłumaczka, Nguyen Thi Thanh Thu i tak się właściwie zaczęła moja przygoda z Wietnamem. "Szkoła żon" została przetłumaczona na wietnamski, a kilka miesięcy później zostałam zaproszona na Kongres Literatury Europejskiej organizowany w Hanoi. Miałam tydzień na decyzję, ale mnie do podróży nie trzeba dużo namawiać. Musiałam tylko przekonać męża, który zdecydowanie nie chciał zostać sam z dziećmi. Pomyślałam jednak „Jak długo ten mój mąż będzie na mnie obrażony? Miesiąc? Pewnie nawet nie. Czyż za taką cenę nie warto pojechać w podróż życia?”.

Które miejsca w Wietnamie urzekły Panią najbardziej?

Jestem zauroczona Hanoi, a przede wszystkim kwiatami, które są sprzedawane wprost z rowerowych bagażników.  Gdy pomyśle o zakupach w Hanoi to widzę jedwab, jedwab, jedwab. Jestem zauroczona jedwabiem. Wszystkim, począwszy od apaszek zawiniętych w warkocze, po większe szale, typowe wietnamskie ubrania, jak i torby. Oczywiście przywiozłam apaszki chyba we wszystkich kolorach tęczy, ale ich jeszcze było zbyt mało. Sklepy są bardzo różne. Sprzedaje się towar na ulicy, z rowerów, czy po prostu z ziemi, ale tez są ekskluzywne klimatyzowane butiki. Wietnamskie ulice handlowe to przede wszystkim kolory i charakterystyczny zapach zupy Pho sprzedawanej w otwartych barach tuz przy ulicy. W Hanoi na pewno warto też zobaczyć teatr lalek na wodzie. To jest coś, czego w ogóle wcześniej nie znałam.

Zatoka Ha Long faktycznie jest taka zjawiskowa?

Oj jest! Niesamowicie malownicza! Wymarzone miejsce na romans. Książkowy oczywiście! (śmiech). Miałam wielką przyjemność uczestniczyć w dwudniowym rejsie statkiem po zatoce. Właśnie swoje wrażenia opisuje w książce „Ósmy cud świata”. Urzekły mnie góry, wyłaniające się prosto z morza, zwiedzaliśmy jaskinie, niesamowite wrażenie robią też wioski na wodzie. Przepiękny był zachód słońca nad Zatoką. To był taki moment w moim życiu, że kilka razy zastanawiałam się, czy to nie sen. 

A wietnamska kuchnia? Co smakowało Pani najbardziej?

W Wietnamie nauczyłam się jeść owoce morza. Wcześniej nie byłam ich wielbicielką, jednak świeżo przygotowane krewetki smakują zupełnie inaczej niż w Polsce. Są przepyszne! Z Wietnamu przywiozłam mnóstwo zdjęć, jednak większość z nich to właśnie zdjęcia jedzenia. Ananasy kupowane na ulicy są przepyszne. To chyba kwintesencja wietnamskiego smaku. Jadłam też zupę Pho w przydrożnych barach. Kiedy odwiedziła mnie moja tłumaczka, zrobiła sajgonki. Sajgonki i spring rollsy bardzo kojarzą mi się z Wietnamem. Gdy zamknę oczy jeszcze przypominam sobie jeszcze sok z trzciny cukrowe, czy ciasteczka z zielonej fasoli. Bardzo mi odpowiada kuchnia wietnamska.

Planujesz wrócić?

Bardzo chce tam kiedyś wrócić. Tymczasem mam nadzieję, że moim czytelnikom będzie się podobała podróż moimi wietnamskimi ścieżkami poprzez lekturę „Ósmego cudu świata”.