Do tego miasta mam dziś stosunek czysto konsumpcyjny.

Z Poznaniem łączy mnie romans od lat. Zaczął się niewinnie, związkiem na odległość z pewnym romantycznym chłopcem, który na futro przy kołnierzu mojej kurtki mówił „cicik”. Żywiliśmy się wtedy głównie miłością podlewaną podłym piwem na metry z poznańskich pubów dla studentów. Ta jednak nie przetrwała ówczesnych połączeń kolejowych. Kto wie, jakby się skończyła w czasach Pendolina? Dzisiaj do Poznania jadę, kiedy mam ochotę na porządny obiad. Wsiadam do pociągu i po chwili jestem już na dworcu zwanym przez poznaniaków Chlebakiem czy też Roladą.

Być może kulinarne skojarzenia tej nowoczesnej, ale niezbyt udanej szklanej konstrukcji nie są tu wcale przypadkowe. Poznań jest nową gastronomiczną stolicą Polski. W przeciwieństwie do tej administracyjnej tu więcej miejsc się otwiera, niż zamyka, a oferta restauracyjna jest już tak zróżnicowana, że może tylko zawstydzać inne miasta. Warszawa i Kraków dostają przy niej zadyszki i nie są w stanie dotrzymać kroku. Nie wiadomo do końca, jaki stosuje doping – czy polega on na zastrzyku inwestycji, czy może to bliskość Berlina i jego kulinarnego fermentu użyźnia krajobraz tutejszej gastronomii? Dość powiedzieć, że poznańscy szefowie kuchni i restauratorzy dawno już zdobyli moje serce.

A jeszcze parę lat temu trudno było tu nawet o śniadanie. Pamiętam, jak słaniałam się z głodu po rynku, wyczekując pojawienia się koziołków zwiastujących południe – zbliżającą się porę lunchu. Dziś dzień mogę zacząć już od ósmej rano w nowoczesnej restauracji Jadalnia, a pół godziny później w popularnej wśród poznaniaków Bo. W tej ostatniej w wersji całkiem obfitej, bo choćby brioszką z kaszanką, podobnie w zasłużonej, ale niedawno odrestaurowanej Cocorico na Starym Mieście, gdzie poległam przy próbie zjedzenia masywnej i kalorycznej francuskiej grzanki. Nie porwałam się jeszcze na zjedzenie połowy wołu w Razowej. Obawiam się, że tutejszej kanapki z 300 gramami pastrami, czyli peklowaną, marynowaną i wędzoną wołowiną, nie objęłabym po prostu ustami.

Skusiło mnie za to inne miejsce z kanapkami, które polecali mi tutejsi szefowie kuchni. To Meat Us przy Żydowskiej, gdzie w bułkach lądują: szarpana łopatka wieprzowa, wołowina, boczek czy kaczka doprawiane po azjatycku. To chyba najlepsze kanapki z mięsem, jakich próbowałam do tej pory. Kulinarne uniesienie W Poznaniu równie często, co żurek, widuje się ramen (to japońska zupa). Jest nawet jedna restauracja, która podaje obie te zupy. To Meh, gdzie nie mogąc się zdecydować, zjadłam obie i bardzo mi smakowały. Stricte w ramenie specjalizuje się popularna Yetztu, ma go aż siedem rodzajów. Tradycji kuchni wielkopolskiej broni Michał Kuter, właściciel i szef kuchni restauracji A Nóż Widelec. Michał przetestował na mnie całe swoje menu i muszę przyznać mu rację – warte jest wyprawy do Poznania. Szczególnie czule zapamiętałam jego zupę szczawiową z przepiórczym jajkiem oraz pierogi lepione przez jego mamę.

Największy orgazm kulinarny swego czasu przeżyłam jednak w Modrej Kuchni przy cudownie obłocznej wielkopolskiej pyzie z kaczką i modrą kapustą. Namawiana przez poznaniaków odwiedziłam również restaurację Nifty No. 20 w intrygującym, przyciągającym odważnym dizajnem hotelu Puro. Bardzo mi smakowały tamtejsze kalmary do piwka podobnie kojące jak leniwe w Oślej Ławce, restauracji Krzysztofa Łapawy. Lokalsi mówią o nim „utalentowany smarkacz”, a ja przyznaję im całkowitą rację. Być w Poznaniu i nie zjeść sernika to jak nigdy nie wydłubać maku z zębów po zjedzeniu świętomarcińskiego rogala. O pierwszeństwo walczą Ruina i Raj ze Śródki, uważając swoje wypieki za najlepsze na świecie, ale nie jestem pewna, czy nie równie czarowne są te ukryte pomiędzy paprotkami w zarośniętej roślinami kawiarni Piece of Cake.

Ci najbardziej wybredni koneserzy serników chadzają do spontanicznie prowadzonego pod względem godzin otwarcia Warzywniaka. To miejsce dla wtajemniczonych i z tego powodu nigdy nie udało mi się go uwiecznić na zdjęciu. Właściciele nie przepadają za dziennikarzami, a co dopiero mówić o blogerach kulinarnych. Musi wam zatem wystarczyć moje zapewnienie, że warto zaryzykować i się tam wybrać. Ciekawe swoją drogą, gdzie teraz jada mój romantyczny chłopiec z przeszłości? Podobno najmodniejszym miejscem w Poznaniu jest obecnie Targ Towarzyski. Następnym razem sprawdzę, czy przypadkiem tam właśnie go nie ma.

Basia Starecka