- Tato, a tej zimy dokąd pojedziemy? Na Sri Lankę czy do Kambodży? – zapytał mój syn, drugoklasista. No tak, pomyślałem sobie, smarkaczowi się we łbie przewróciło. Kiedy ja byłem w jego wieku (zawsze marzyłem, żeby wykorzystać tę frazę, i wreszcie się udało), to tylko raz byłem na zimowisku w Przemyślu.

Poza tym chodziłem na sanki na pobliską górkę i na łyżwy do klubu sportowego OKS Start Otwock. Raz, na początku ferii, bawiliśmy się w kaskaderów, więc wróciłem do domu (dzieci wtedy łaziły samopas, co było przejawem barbarzyństwa lub normalności, jak kto woli) kompletnie przemoczony i resztę zimowych wakacji spędziłem w łóżku chory na zapalenie oskrzeli. To wtedy moja ciotka wpadła na pomysł, że spróbuje wyleczyć mnie koniakiem, bo rozgrzewa. Kuracja zaczęła się pomyślnie, bo po zażyciu lekarstwa podobno biegałem po domu bez przerwy przez 15 min. Niestety potem zaległem na dwa tygodnie. Ot, taka rodzinna opowiastka.

Ale wróćmy do współczesności. Gdy już mi przeszła faza „kiedy ja byłem w jego wieku”, to pomyślałem sobie, że oburzam się zupełnie niesłusznie. Po pierwsze niewinne dziecię odziedziczyło uzależnienie po rodzicach i bardzo dobrze, że jest to skłonność do dalekich podróży w ciepłe kraje, a nie do koniaku. Po drugie – chłopak jest częścią większego trendu polegającego na tym, że Polacy masowo olewają wycieczki zorganizowane i samodzielnie ruszają odkrywać świat. Co zasadniczo jest bardzo zacnym zjawiskiem, które oczywiście posiada pewne minusy, jak na przykład wysyp blogów podróżniczych, do których czytania zmuszają cię ich autorzy. Ale przecież nie ma róży bez kolców.

Kiedy jakieś 10 lat temu zaczęliśmy jeździć do Azji Południowo-Wschodniej, Polaków nie było tam zbyt wielu. W każdym razie rzadko ich spotykaliśmy. A potem zaczęło się zagęszczać. Najpierw natykaliśmy się na inne pary lub grupki młodych ludzi urządzających sobie namiastkę „gap year”. Potem zaczęliśmy spotykać rodziców z dziećmi, co akurat nam pasowało, bo też się dorobiliśmy własnego, a ono czasem chciało pogadać z rówieśnikiem, czy może raczej bardziej szczerze – nam się już nie chciało z nim gadać. Aż wreszcie pojawiły się siwowłose małżeństwa, co też nas bardzo ucieszyło, bo… no cóż, też już niedługo tacy będziemy.

Nie wiem, jakie są krajowe statystyki, ale wydaje mi się, że podróżujemy na potęgę. Ostatnio byłem w Iranie, którego ponura, a niedorzeczna sława państwa z „osi zła” odstrasza jeszcze wielu turystów. Najczęściej spotykałem tam Niemców i Francuzów, ale ci byli w grupach zorganizowanych. No i sama wielkość tych nacji powoduje, że łatwo ich usłyszeć. Samodzielnie podróżowali przede wszystkim Holendrzy (najruchliwszy naród w Europie) oraz Australijczycy, których masowa obecność w najdziwniejszych zakątkach świata jest tak naturalna jak szum wody w klozecie. Jednych i drugich spotkałem na przykład w Varzaneh, małym miasteczku pośrodku niczego, słynnym z tego, że kobiety noszą tam białe czadory. Myślałem, że będę strasznie oryginalny, że tam dotarłem, i w marzeniach nadymałem się bardzo godnie, jaki to ze mnie podróżnik. I guzik. Nie dość, że miejscowy hotel był przepełniony, to jeszcze najliczniejszą w nim kolonią byli Polacy. Dodatkową parę spotkałem podczas wycieczki na pustynię, a na pustyni w ogóle ludzie raczej rzadko na siebie wpadają. I tak było ciągle. Jeśli panoszymy się w Iranie, gdzie alkohol jest nielegalny, to znaczy, że docieramy wszędzie.

Spodziewam się zatem, że spotkamy naszych i na Sri Lance, gdzie wybieramy wkrótce. Cóż, dla naszych oszczędności to nie jest dobra wiadomość. Ale istnieje cień szansy, że syn będzie się kiepsko uczył i nie trzeba będzie płacić za jego studia.

Igor Zalewski