Ruszyli w podróż po Ameryce Południowej. Przystosowali samochód terenowy w taki sposób, by bez niczyjej pomocy wsiąść do niego, schować wózki i prowadzić go po bezdrożach.

Przygotowali specjalny pojazd i zamierzają przejechać nim całą Amerykę Południową. Wyruszyli 9 listopada i po pokonaniu ok. 3 tys. km dotarli do Ushuaia w Argentynie (więcej TUTAJ). Oto Michał Woroch i Maciej Kamiński - podróżnicy na wózkach inwalidzkich.

Michał ma 32 lata. Ostatnie dwa i pół roku spędził w starym domu w Otłoczynie, położonym na wyspie na rzece Tążyna (dopływ Wisły). Jak mówi od czternastu lat towarzyszy mu trzask migawki aparatu, a energię do życia daje mu uczucie zmieniającego się horyzontu.  Maciek mieszka razem z Michałem. Ma 31 lat.   

Z podróżnikami z Wheelchair Trip rozmawia Kate Siber z amerykańskiej redakcji National Geographic.

 

KS: Co robicie, gdy nie podróżujecie? Czy można Was nazwać zawodowymi podróżnikami?    

MW: Z wykształcenia jestem grafikiem, skończyłem grafikę projektową na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Sztuki wizualne zawsze były w moim życiu. Gdy nie podróżowałem, pozwalały mi zarobić na podróże, gdy byłem w podróży - stawały się pasją. Nie czuję się zawodowym podróżnikiem, chociaż patrząc wstecz na moje życie można by stwierdzić, że przebiegało ono od wyprawy do wyprawy.

MK: Mam do przymiotnika „zawodowy” jakąś wewnętrzną niechęć. Np. kiedy potrzebuję pieniędzy, gram w pokera, lecz nie nazwałbym siebie zawodowym pokerzystą. I podobnie, nie czuję się zawodowym podróżnikiem.

KS: Dotychczas podróżowaliście po Mongolii, Indiach, ruszyliście na Spitsbergen i w Big Trip Europe. Zawsze wyjeżdżacie razem?

MW: Pierwszą wspólną wyprawą był trip po Europie. Wcześniej podróżowałem z przyjaciółmi, a właściwie to oni zabierali mnie, bym przestał myśleć, że niepełnosprawność to koniec świata. Jestem im dziś bardzo wdzięczny za to, że pokazali mi, że można żyć inaczej. Nauczyło mnie to, że ograniczenia stwarzamy sobie sami. Oczywiście pozytywnym myśleniem nie obejdzie się trudności związanych z poruszaniem się na wózku inwalidzkim. Dzięki tym podróżom wiem, że chęć odkrywania nowych dla nas światów jest ważniejsza niż trud podróży, a ten trud jest tylko jej elementem, nie przeszkodą.

Ta zmiana myślenia zaczęła się już podczas przygotowywania wyprawy do Mongolii. Wiedziałem, że czeka mnie odcinek drogi, który można pokonać wyłącznie konno. Mieliśmy nakręcić film dokumentalny na temat Tzatan, nomadów hodujących renifery w północnych górach. Oznaczało to trzy dni jazdy na koniu. Po kilku lekcjach jazdy konnej od wszystkich instruktorów słyszałem to samo, że to niemożliwe, bym przy swoim stanie zdrowia, utrzymał się na koniu dłużej niż godzinę.  Na przekór wszystkim zaprojektowałem specjalna uprzęż, dzięki której mogłem przytroczyć się do konia i jechać na nim trzy dni, po bagnach, rzekach, lasach i wzniesieniach. To nauczyło mnie, że można sposobem i determinacją sięgnąć po największe marzenia. 

KS: Jakie są Wasze najpiękniejsze wspomnienia z poprzednich podróży?

MK: Wydaje mi się, że to co najpiękniejsze przychodzi dopiero po powrocie z podróży. Dopiero wtedy można odczuć, jak wiele się zmieniło, mimo że być może dookoła nie zmieniło się nic.

KS. Jak to jest podróżować na wózku inwalidzkim?

MW: Podróżowanie na wózku wymaga dużo cierpliwości. Trzeba nauczyć się czekać. Jeżeli jest jakaś czynność, której nie jesteśmy w stanie zrobić samodzielnie, należy uzbroić się w cierpliwość i nie denerwować. Czasami musimy prosić o pomoc i w 99% przypadków taką pomoc otrzymujemy.

Dwa dni temu wsiadając do samolotu, dowiedzieliśmy się, że nie możemy polecieć, ponieważ nie mamy ze sobą opiekunów. Przewoźnik, z usług którego korzystaliśmy, zastrzega w regulaminie, że osobie niepełnosprawnej powinna towarzyszyć asysta. Mając godzinę do odlotu, w pośpiechu szukaliśmy ludzi lecących do Buenos Aires, którzy zechcieliby zostać naszymi opiekunami. Na szczęście udało się znaleźć młodą parę, która się na to zgodziła. Ludzie nam często pomagają, a historia z lotniska zdaję się to potwierdzać.


KS: Przeczytałam na stronie Pythom o waszych planach dotyczących wyprawy do Ameryki Południowej. Co zamierzacie zobaczyć?

MW: W tej wyprawie zupełnie nie chodzi o atrakcje i wyznaczanie sobie celów do zobaczenia. Wolę oddać planowanie trasy losowi. Można powiedzieć, że przede wszystkim chodzi o doświadczanie ciągłego ruchu i zmieniających się obrazów za oknem. Chodzi o ciszę i warkot silnika, o dotarcie tam i z powrotem. Chodzi o poznawanie innych i rozumienie siebie. O dystans i pokonywanie go. Chodzi też o wózek i zmaganie się z własną niepełnosprawnością. Z własnym ciałem i umysłem. Chodzi o to, aby wierzyć, że się da. A jeśli się nie da, to chodzi o to, aby wierzyć mimo to. Jeśli to się uda, podróż zakończy się sukcesem.

MK: W dużym stopniu drogę wyznaczać będzie nasza kondycja fizyczna. Jeżeli okaże się, że jest za wysoko i będziemy  czuć się źle, zmodyfikujemy trasę. Traktuję tę wyprawę jako dobrą zabawę jednocześnie mając świadomość tego, że w pewnych momentach może być ona niebezpieczna.

KS: Co było  inspiracją do zorganizowania tej wyprawy?

MW: Po powrocie z podróży, którą odbyliśmy w 2012 roku, ostatnią rzeczą, o której myśleliśmy, było planowanie nowej. Ale gdy zacznie się podróżować, trudno to tak naprawdę zakończyć. Raz rozpoczęta droga nigdy się nie kończy. I tak było też w naszym przypadku.

Gdy emocje opadły, a zdobyta wiedza i doświadczenie zdążyły się przetrawić, powoli rodził się plan nowej wyprawy. Świadomi tego, że to co zaplanowaliśmy udało się wykonać, stwierdziliśmy że chcemy podjąć kolejne wyzwanie. Chcemy wejść na wyższą i trudniejszą górę. Jest to dla nas jak wejście na Mount Everest.

Od pomysłu do startu minęło 2,5 roku. Myślę, że ten okres był już w pewnym sensie ciekawą przygodą. Każdy powrót do domu jest tylko stanem przejściowym, jest czasem przygotowań do kolejnej wędrówki. Zajęło nam to tyle czasu, ponieważ musieliśmy stworzyć coś, czego wcześniej nie było. Przystosowaliśmy samochód terenowy w taki sposób, że bez niczyjej pomocy możemy do niego wsiąść, schować wózki i prowadzić go po bezdrożach. Poza tym wyposażyliśmy go tak, by służył nam jako dostosowany do naszych potrzeb dom. Mamy kuchnię, ogrzewanie postojowe, namiot na dachu i dwie windy - jedną by dostać się do środka samochodu, drugą by dostać się na dach.

KS: Jakie wyzwania czekają na Was w czasie drogi? 

MW: Dla mnie największym wyzwaniem będzie wysokość. Zastanawiam się jak mój organizm poradzi sobie z chorobą wysokościową.

MK: Wyzwania będą czekać na każdym kroku. Musimy ustrzec się najmniejszych choćby błędów w obsłudze Land Rovera i sprzętu w nim zamontowanego. Jest tam dużo wyciągarek, linek, podnośników itd. Kontuzja oznaczałaby koniec przygody. Krótko mówiąc musimy mieć oczy szeroko otwarte.

W czasie poprzedniej wyprawy zostaliśmy napadnięci i skradziono nam aparaty fotograficzne. Patrząc na tę sytuację z perspektywy czasu, uważam, że powinniśmy być bardziej czujni i nie dać się postawić w sytuacji podbramkowej. Naszą największą bronią w Ameryce Południowej będzie intuicja i zmysł przewidywania.

KS: To prawda, że zamierzacie złożyć wizytę u szamanów? Wiem, że to nie jest najważniejszy punkt programu, ale brzmi interesująco.

MW i MK: Jest to tak magiczne, że trudno nawet o tym pisać. Jak sięgam pamięcią, to w czasie niemal każdej podróży spotykałem na swojej drodze osoby, które chciały mnie uzdrowić. Począwszy od szamana z północnej Mongolii, czy Sadhu spotkanego na Kumbha Meli w Indiach. Nawet na północy Finlandii podszedł do mnie człowiek, który powiedział że mam moc uzdrawiania i że chciałby przekazać mi trochę energii. I tym razem – gdzieś w dorzeczu Amazonki - mieszkają starsze kobiety, które o nas wiedzą i chcą byśmy udali się do nich. 

KS: A gdzie zamierzacie zakończyć wyprawę? Jestem nieco zdezorientowana – pisaliście, że może to być przecież Peru, Kostaryka albo Waszyngton? Kiedy podejmiecie decyzję?

MW: Rzeczywiście można się pogubić, pewnie dlatego, że cały czas modyfikujemy nasz plan. Na początku planowaliśmy półroczną wyprawę po Ameryce Południowej, stanęło jednak na tym, że chcemy być rok w podróży, a co za tym idzie pewnie uda się nam dotrzeć dalej niż planowaliśmy na początku. Można więc powiedzieć, że celem jest wschodnie wybrzeże USA.

KS: Jakie są wasze oczekiwania względem drogi? Co chcielibyście pokazać innym, dzięki swojej podróży?

MW: Oczekiwań związanych z wyprawą nie mam żadnych, co wynika ze specyfiki naszego życia, czyli poruszania się na wózku. Nauczony wiem, że lepiej żyć pełnią życia niż tracić energię i zastanawiać się nad tym, jak by mogło być, gdyby… Celem natomiast jest podróż sama w sobie.  Żyć, a nie tylko przeżywać to życie. I to chyba chciałbym przekazać innym.

MK: Zamierzamy przejechać trasę cali i zdrowi, a po drodze poznać ludzi, od których będziemy mogli się czegoś nauczyć. Być może część ludzi śledzących nasze poczynania, pomyśli o trudzie fizycznym, z który będziemy musieli się zmierzyć i przełoży to na podejście życia codziennego, w którym często zbyt dużo jest narzekania a za mało radości.

 

Tłumaczenie: Piotr Chmieliński, koordynator Medialny Wyprawy Wheelchair Trip


Podróżnicy pragną podziękować za pomoc wszystkim Argentyńczykom. Szczególne podziękowania należą się przede wszystkim Ojcu Jerzemu Twarogowi, rektorowi Polskiej Misji Katolickiej w Argentynie, dzięki któremu Siostry Albertynki przyjęły podróżników pod dach w Maciaszkowie (Martin Coronado pod Buenos Aires). Podziękowania również dla samych sióstr. Więcej.