Łza Indii – mówi się na Cejlon. I faktycznie, kształt wyspy i bliskość subkontynentu jakoś tę nazwę uprawniają. Tyle że kultura buddyjskiego królestwa kwitnącego równolegle ze starożytnym Rzymem jest czymś osobnym, oryginalnym.

Łza Indii – mówi się na Cejlon. I faktycznie, kształt wyspy i bliskość subkontynentu jakoś tę nazwę uprawniają. Tyle że kultura buddyjskiego królestwa kwitnącego równolegle ze starożytnym Rzymem jest czymś osobnym, oryginalnym. Kiedy byłem małym chłopcem, a świat był znacznie, znacznie większy niż dzisiaj, nazwa Cejlon widniejąca na oglądanej co dzień w porze śniadania puszce po pachnącej herbacie stanowiła dla mnie kwintesencję wspaniałości kolonialnego Wschodu. Dżungla pełna słoni, tubylcy w egzotycznych, kolorowych strojach, palmowe gaje nad oceanem, żaglowce wyruszające z nadrzecznych portów z ładunkami herbaty... Daleki, tajemniczy świat, pociągający i niedostępny. Pierwsza wizyta na Sri Lance nie była zatem zwykłą podróżą do Azji – oznaczała konfrontację z dziecięcym mitem. Los zrządził, że zacząłem ją od słoni. I sierocińca dla wielkich trąbowców w Pinnaweli, który w ciągu kilkudziesięciu lat funkcjonowania przekształcił się w coś w rodzaju hodowli.

Zobacz także quiz: Sri Lanka


 


Zakurzoną drogą codziennie o tej samej porze wielkie stado zmierza do rzeki na toaletę i by ugasić pragnienie. Słoń indyjski jest wprawdzie trochę skromniejszy od afrykańskiego, ale tylko trochę. Najbardziej widoczną różnicę stanowią uszy, które to wachlarze kuzyni z Czarnego Lądu mają o parę rozmiarów większe. Mimo to kilkadziesiąt wielotonowych stworzeń sunących trąba w trąbę i noga w nogę robi mocne wrażenie. Ich siłę czuć w powietrzu. Orszak zamyka olbrzym wśród olbrzymów – czarny tasker. 67-letni matuzalem (azjatyckie słonie w hodowli żyją przeciętnie 40–60 lat), ślepy ze starości, kroczy dostojnie, dźwigając gigantyczne ciosy. To rzadkość, bo zaledwie 5 proc. cejlońskiej słoniowej populacj może pochwalić się tymi przerośniętymi siekaczami, cóż dopiero tak imponującymi. Niesprecyzowane „coś” w tej paradzie wydaje mi się dziwne... Po chwili już wiem – mimo przemieszczającej się obok ogromnej żywej masy nie słyszę tętentu, dudnienia, nie czuję drżenia ziemi. Słonie mają bowiem na stopach miękkie poduszki, stąpają delikatnie i potrafią poruszać się prawie bezszelestnie.

Zaraz potem trafiam na safari do Parku Narodowego Minneriya. Żyjące na wolności słonie pasą się tam w półtorametrowej trawie, nie zwracając uwagi na dżipy pełne turystów, póki te nie próbują najechać im na trąby. Turysta, wiadomo – płaci i wymaga, a szacunek dla pierwotnej przyrody to deficytowy towar. Dzika populacja słoni jest utra- pieniem lankijskich rolników i konflikty z nimi stanowią największe zagrożenie dla tych fascynujących zwierząt. Olbrzymy mają swoje potrzeby, nawet do 200 kg roślinnego pokarmu na dobę, zatem nocna wizyta głodnej rodzinki na polu może oznaczać finansową katastrofę dla jego właściciela. Stąd w pobliżu miejsc występowania dzikich słoni niemal każde poletko wyposażone jest w specjalną ambonę, skleconą z żerdzi lub zlokalizowaną na drzewie, gdzie rolnicy pełnią dyżury, wrzaskiem i światłem przepędzając ciągnące na ich uprawy trąbiaste głodomory. W pamięci zachowam jeszcze jeden obrazek ze słoniowego dnia: droga wiodąca obok rozlewisk, przy której brodzą słonie, niczym, nie przymierzając, krowy. Cejlońska wersja jeleni na rykowisku.

 

Zobacz piękne zdjęcia w galerii AdamGorecki zatytułowanej: Sri Lanka


Konflikty na linii ludzie–słonie są nieuniknione, bo Sri Lanka, państwo pięciokrotnie mniejsze od Polski, ma 21 mln obywateli. Dominujące narodowości to Syngalezi i Tamilowie. Pierwsi stanowią większość ludności wyspy, drugich jest około 18 proc. Obie nacje przybyły na wyspę z Indii, i to jeszcze w czasach przed naszą erą. O ile jednak Syngalezi, którzy powołują się na swoje na tej ziemi pierwszeństwo, żyją jedynie na Cejlonie, o tyle Tamilowie są kilkumilionowym odłamem licznego ludu zamieszkującego indyjski stan Tamilnad, tuż za cieśniną Palk. To zaledwie 50 km morzem. Dodajmy do tego potomków rdzennych myśliwych-zbieraczy, Arabów, którzy organizowali handel z wyspą, nim pojawili się Europejczycy, i wreszcie potomków tych ostatnich, a będziemy mieli pełny obraz kulturowego miszmaszu. Różnice etniczne wzmacniają jeszcze podziały religijne. Syngalez to na ogół buddysta, coś jak Polak-katolik. Także w tym wypadku religia jest głównym składnikiem narodowej tożsamości. Tamilowie wyznają hinduizm lub – znacznie rzadziej – chrześcijaństwo, potomkowie Arabów – oczywiście islam. Na wycieczce po wyspie, zwłaszcza w centrum i na wybrzeżu, będziemy więc mijać niezliczone stupy i posągi Buddy, ale też świątynie hinduistyczne i meczety. Bywa, że jedna wioska jest muzułmańska, zorganizowana wokół meczetu, sąsiednia – buddyjska, a w innej pobliskiej stoi chrześcijańska kaplica.


 


Wielu Lankijczyków ubiera się po europejsku, ale barwne kobiece sari czy sarongi – męskie „spódnice” – to nadal powszechny widok. Uzupełnijmy to pomarańczowymi plamami tradycyjnych szat buddyjskich mnichów i białymi w większości, na kolonialną modłę, mundurkami szkolnej młodzieży. A wszystko to na ulicach kraju biednego, gdzie o czystość przesadnie się nie dba, gdzie egzotykę czuć wszystkimi zmysłami – także powonienia. Gdzie, dodajmy, biały człowiek jest traktowany jako coś w rodzaju walutowej fontanny, dlatego niemal na każdym kroku i bez oporów można się domagać napiwku – dosłownie za wszystko albo i zgoła za nic. – Hello, my friend! – „beach boys” wyrastali jak spod ziemi zawsze, gdy pojawiałem się na pięknej, niemal bezludnej (zwłaszcza w odniesieniu do naszych standardów) oceanicznej plaży w pobliżu hotelu. – Where are you from? Poland? O, I have lot of friends in Poland! Tu zwykle rozwijana była harmonijka kolorowych kart z referencjami naszych rodaczek, które zachwalały pływanie łodzią, wizytę na farmie żółwi, tanie zakupy i mnóstwo innych usług wspomnianych chłopców z plaży. Początkowo jest to irytujące, ale z czasem człowiek uczy się tego nie zauważać. Zwłaszcza że nagabywanie nigdy nie jest tak agresywne, by stwarzało poczucie zagrożenia.

 


Że Sri Lanka jest krajem buddyjskim – widać na każdym kroku. W końcu była jednym z pierwszych królestw, w których buddyzm zyskał status wyznania państwowego. Trzeba tu podkreślić, że jest to religia (choć dla wielu – po prostu system etyczno-filozoficzny) bez ambicji centralistycznych, bez skodyfikowanej ortodoksji, z licznymi odłamami. Na Cejlonie przetrwał w najstarszej postaci, tzw. therawada. To nurt najbardziej wymagający, kładący nacisk na ciągłe duchowe doskonalenie, samopoznanie. Od zarania obecności buddyzmu na wyspie, czyli od jakichś 2300 lat, jego wyznawcom towarzyszy rosnące w centrum Anuradhapury święte drzewo Bo, najstarsze drzewo o udokumentowanej historii, będące szczepem z figowca, pod którym Budda doznał oświecenia. Czytając o tym wcześniej, spodziewałem się ujrzeć dendrologicznego kolosa, tymczasem jest to, by tak rzec, duże bonsai. Największe wrażenie robi nie rozmiarem, lecz otoczeniem, świątynią, z której – dosłownie – wyrasta, złoconymi podporami konarów, złotym ogrodzeniem i generalnie związanym z nim kultem. W otaczających je kaplicach postacie Buddy toną w przyniesionych przez wiernych płatkach kwiatów. Widać mnóstwo kobiet przy nadziei lub (i) z małymi dziećmi u boku – przyszły po błogosławieństwo dla swych pociech. Cóż, niezależnie od kultury, religii, szerokości geograficznej, koloru skóry etc. pragnienia zwykłych ludzi wszędzie są takie same.


 


Anuradhapura to dawna stolica Syngalezów, w której możemy nabrać wyobrażenia o wspaniałościach ich starożytnego królestwa. W czasie czternastu stuleci jej rozwoju na tronie zasiadało tam dobrze ponad stu monarchów. Stworzyli oni gigantyczny kompleks pałacowo-świątynny, w którym w dziesiątkach klasztorów rezydowało kilkadziesiąt tysięcy samych tylko mnichów. Szacuje się, że miasto mogło zamieszkiwać nawet 2 mln ludzi. Po upadku Anuradhapury w XI w. jej architektoniczne cuda pokryła dżungla, aż do XIX w., kiedy to dla świata odkryli je Brytyjczycy. To historia niemal analogiczna do dziejów kambodżańskiej stolicy Khmerów Angkor, wprawdzie późniejszej, ale też opuszczonej, też pochłoniętej przez dżunglę i też odkrytej po wiekach. Co więcej, obie metropolie rozwinęły się dzięki umiejętności panowania nad wodą – wspaniałym obiektom irygacyjno-nawadniającym, sztucznym zbiornikom i kanałom połączonym w przemyślne systemy. Większość opadów północ wyspy dostaje bowiem w czasie kilku miesięcy monsunu. Sztuką było zatem schwytać ten nadmiar i zachować go na miesiące suche, a mieszkańcy Cejlonu uzyskali w niej nadzwyczajną biegłość.

 


 


Najbardziej imponującym obiektem antycznego stołecznego kompleksu jest Ruwanwalisaja – ogromna (90 m wysokości) widoczna z daleka śnieżnobiała dagoba (lankijska nazwa stupy). Wewnątrz konstrukcji spoczywa relikwia – obojczyk Buddy. Budowla wyrasta z platformy, która opiera się na swoistym murze z kamiennych słoni naturalnych rozmiarów. I nie jest to jedynie zabytek, ale wciąż żywe religijne centrum. Okrążając gigantyczną kopułę boso (zgodnie z religijnymi wymogami) po rozgrzanych przez palące słońce kamieniach, niemal czułem swąd skóry moich stóp. Cóż, spotkanie z relikwią Buddy miało swoją temperaturę.

 


 


Kolejnym niezwykłym miejscem na kulturowej mapie Sri Lanki jest Sigirija, zbudowana w 2. połowie V. w. n.e. przez króla ojcobójcę Kassapę. Wyobraźcie sobie wyrastający z równiny gigantyczny skalny ostaniec o obłych ścianach. Ponad 180 m wysokości, a w dole jak okiem sięgnąć – morze zieleni i góry na horyzoncie. Żeby nacieszyć oczy tym widokiem, trzeba się jednak wspinać po przyklejonych do granitowych skał metalowych mostkach i schodkach – prawdziwe wyzwanie dla cierpiących na lęk wysokości czy agorafobię. Zwłaszcza że dodatkowy zastrzyk adrenaliny zapewniają uaktywniające się czasem roje szerszeni. Dokąd uciekać, tkwiąc wysoko na wąskiej metalowej drabince? Sam byłem świadkiem, jak taki biologiczno-chemiczny atak zakończył się odwiezieniem do szpitala dwójki turystów. Wróćmy jednak do historii. Otóż ta Lwia Skała faktycznie miała kształt króla zwierząt. Ogromna ceglana głowa i łapy (przetrwały do dzisiaj) stanowiły o niezwykłości rzeźby-warowni, do (na?) której wchodziło się przez lwią paszczę! Na szczycie zwierza (zajmującym ponad hektar!) umieszczono m.in. królewski pałac i basen. Sam skalny lew był tylko częścią ogromnego kompleksu, otoczonego fosami, ze sztucznym jeziorem, z ogrodami skalnym i wodnym, licznymi sadzawkami, ze strumykami, z pawilonami, tarasami, fontannami – całą dużą i małą architekturą, która przystoi pysznej królewskiej siedzibie. Najbardziej zdumiewające jest to, że wiele z tej hydrauliki przetrwało i nadal działa.

 


Polonnaruwa ośrodkiem stołecznym stała się po upadku Anuradhapury, wraz z końcem pierwszego tysiąclecia n.e. zajętej przez indyjskich Tamilów. Syngaleski władca, który ich w końcu przepędził, w 1073 r. ustanowił stolicę w Polonnaruwie. Miasto kwitło przez 200 lat, nim zniszczone podzieliło los poprzedniczki i też porosło lasem. Polonnaruwa rozwijała się obok – a jakże – sztucznego zbiornika mającego blisko 2500 ha. Wielki kompleks z licznymi architektonicznymi pamiątkami pozwala zadumać się nad przemijaniem doczesnych potęg. Wśród tutejszych zabytków wyróżniają się trzy piękne, wyrzeźbione w skale w różnych okresach posągi Buddy – stojącego, siedzącego i leżącego (14-metrowego!). Nie daj Boże (Buddo) sfotografować się na ich tle (tzn. tyłem do figury) – takie zachowanie, zabronione także w innych świętych miejscach, traktuje się jako objaw braku szacunku i awantura z ochroną obiektu gotowa.


 


I wreszcie trafiam do Kandy – ostatniego wierzchołka tzw. Trójkąta Kulturowego, który tworzą historyczne lankijskie stolice: Anuradhapura, Polonnaruwa i Kandy właśnie, dziś spore miasto, drugie co do wielkości w kraju. Do tutejszej relikwii – zęba Buddy – ciągną pielgrzymi z całej Azji. Białą świątynię odwiedzamy po zmroku, zapadającym tu dość wcześnie i zawsze o zbliżonej porze – w okolicach 18.00. (To zaledwie kilka stopni od równika, więc różnica między najkrótszym a najdłuższym dniem wynosi tylko kilkadziesiąt minut). Parne powietrze oblepia. Chmary ptaków rokoszujących na drzewach wprowadzają aurę niezwykłości. Zbliżając się do świątyni długim dziedzińcem, słyszę narastający, nerwowy rytm podawany przez bębniarzy. Potem skrupulatna kontrola osobista i już jestem w środku. Zęba-relikwii zwykły śmiertelnik zobaczyć nie może, więc mnie też nie będzie to dane. Za to na kilku poziomach widzę procesje wiernych w barwnych strojach, wota, egzotyczne zapachy, feerię zdumiewających architektonicznych detali, malowidła, złocenia, słoniowe ciosy przed posągami Buddy. I te bębny – pierwotne, energetyczne, hipnotyzujące. Czyż nie tak to sobie wyobrażałem w czasach dzieciństwa? Nie wszystko pamiętam, ale... Tak, właśnie tak musiało to wyglądać.