Wśród tysiąca wysp, raf i bajkowych krajobrazów każdy odnajdzie swój prywatny raj.

Masz szczęście– mówi mi taksówkarz zaraz po wyjściu z lotniska – że trafiłem właśnie na niego. Po czym wyrywa mi plecak i taszczy go do swojego auta, cały czas powtarzając, że MANILA jest bardzo niebezpieczna. Lot do stolicy Filipin przez Londyn i Hongkong trwał łącznie 14 godzin. Nie mam siły, by protestować. Powietrze jest wilgotne i ciężkie od spalin. Jest tak gorąco, że ubranie już po kilku minutach przykleiło mi się do ciała. Snuję się więc za taksówkarzem skrajem chodnika, przy czym granica między chodnikiem a ulicą jest tutaj bardzo umowna. Samochody jadą to pod prąd, to na skos, to zawracają na środku jezdni. Po chwili zatrzymujemy się pod tanim hotelem Mabini Pension w dzielnicy Ermita. Kierowca wypakowuje mój plecak i, uśmiechając się szeroko, dorzuca do umówionej ceny napiwki za postoje na światłach i rzekomy przejazd szybszą trasą. Próbuję się z nim targować. Z mizernym skutkiem. Cenę zbijam zaledwie o 20 proc.

Przed wejściem do hotelu leży martwy karaluch. W holu na ścianach warstwy farby olejnej łuszczą się i opadają na ramy kiczowatych obrazów przedstawiających morze i skały. Recepcjonistka nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, tylko nieruchomo wpatruje się w telewizor. Zagaduję do niej, że dzwoniłem i rezerwowałem pokój. Dziewczyna leniwie wstaje i wertuje księgę gości. Żąda zapłaty z góry i wręcza mi wielki klucz. Od razu polubiłem to miejsce – wygląda jak polskie schroniska młodzieżowe.

Czuję się jak w Ameryce Południowej! W tym azjatyckim kraju ulice mają hiszpańskie nazwy, na każdym kroku mijam krzyże i kapliczki, a kościelne dzwony zapraszają na mszę. Stragany z rybami albo gnijącymi bananami stoją na ulicach jeden przy drugim. Tricykle i taksówki zbliżają się z pełną prędkością do chodników, jak gdyby chciały porwać przechadzających się po nich ludzi. Kierowcy dżipnejów – długich jak jamniki dżipów, pełniących funkcję publicznego środka transportu – wystawiają głowy spod masek i zachęcają, żeby się z nimi zabrać. Gwiżdżą i trąbią z zapamiętaniem. W środku pasażerowie czekają w bezruchu, aż samochód zapełni się do ostatniego miejsca. Na dżipnejach umieszczone są kolorowe wizerunki Chrystusa i Maryi, a obok nich widnieją napisy: „Jezus jest Panem”, „Jezus moim władcą”. W odróżnieniu od sąsiednich państw, nad Filipinami sprawuje pieczę Bóg Europejczyków.

Chrześcijaństwo wprowadzili tu Hiszpanie. Religia to niejedyna pamiątka po ich blisko 400-letniej obecności. Hiszpańskiego ducha wciąż czuć w dzielnicy Intramuros, nad którą góruje katedra pw. Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia. Wzniesioną w 1581 r. budowlę wielokrotnie obracały w ruinę trzęsienia ziemi na przemian z najazdami. Ostatni raz zburzono ją podczas bitwy o Manilę w 1945 r. Prawie nic nie zachowało się z jej dawnego wystroju. Wnętrze świątyni jest skromne i surowe. Nie zobaczymy tu kapiącego złotem ołtarza, lecz samotną rzeźbę Matki Bożej. Katedrę otaczają ściśle przylegające do siebie kamieniczki z odrapanymi ścianami i wykrzywionymi ze starości bramami. Wiele z tych domostw, pobudowanych jeszcze w XVI w. pamięta napaści chińskich piratów, ataki Duńczyków, Brytyjczyków i Amerykanów, którzy pod koniec XIX w. przejęli władzę nad Filipinami. W położonym na obrzeżach Intramuros forcie Santiago – miejscu, gdzie dawniej stacjonowały wojska zaborcze – dziś znajduje się muzeum poświęcone fi lipińskiemu bohaterowi narodowemu Jose Rizalowi. Poeta i rewolucjonista, został tu stracony w 1896 r. za rzekome podżeganie do antyhiszpańskiego powstania. Przed wejściem do fortu mijam długi szpaler sklepików z pamiątkami. Wśród pocztówek, monet i wszelkiego rodzaju turystycznych drobiazgów dostrzegam breloczek z żabiej skory. Tego typu płazie pamiątki są tu dość popularne.

Zaledwie godzina spokojnego marszu dzieli cytadelę od Chinatown. Kilka lat spędziłem na Tajwanie, i wśród chińskich szyldów czuję się pewnie, prawie jak u siebie. Podobne chińskie dzielnice znajdują się niemal we wszystkich większych miastach Azji Południowo-Wschodniej. Ich wąskie uliczki kryją dziesiątki słabo oświetlonych sklepików i hurtowni, gdzie wśród zapachu kadzideł i posążków starochińskich, brodatych bóstw, sprzedawane jest wszystko, co tylko da się zbyć – od tanich ubrań i zabawek po tajemnicze zioła, mikstury i potrawy z węży. Chińscy emigranci, którzy najliczniej przybyli na Filipiny w XVI w. z prowincji Fujian, od zawsze zajmowali się handlem. Żyłka do interesów, wsparcie rodzinne oraz dyscyplina sprawiły, że w pewnym momencie kontrolowali gospodarkę kraju silniej niż władający tu mieczem Hiszpanie. Obecnie na Filipinach mieszka ponad milion osób pochodzenia chińskiego. Na ulicy spotykam jednego z nich. Zagaduję go po mandaryńsku, jednak on zupełnie nie rozumie, co do niego mówię. Być może po prostu posługuje się innym dialektem. A może z Chińczykami łączą go już tylko rysy twarzy?

W kraju składającym się z ponad 7 tys. wysp samoloty są niezbędnym i najszybszym środkiem transportu. Stosunkowo niska cena biletów sprawia, że latają nimi zarówno bogaci, jak i biedni. Sala odlotów na krajowym lotnisku w Manili przypomina poczekalnie na polskich dworcach PKS. Ustawione w równoległe rzędy krzesełka zajęte są w większości przez Filipińczyków. Jest lipiec – pora monsunów, obcokrajowcy pojawią się dopiero w sezonie, czyli od listopada. Wyspy z okna samolotu przypominają ameby pod mikroskopem. Ich krawędzie otoczone jasną poświatą raf koralowych rozmywają się w ciemnym błękicie morza. Za godzinę ląduję na Palawanie. Na lotnisku w PUERTO PRINCESA wita mnie orkiestra dęta. (Tytuł „lotnisko” jest nadany nieco na wyrost kilku barakom postawionym wśród palm kokosowych). Za ogrodzeniem czeka już rozkrzyczany tłum tubylców z reklamami pensjonatów w rękach. Wśród nich ulotki biur podróży oferujących wycieczki do Puerto Princesa Subterranean River. Skryta w dzikich ostępach dżungli Palawanu podziemna rzeka należy do najdłuższych tego typu na świecie. Ma aż 8 km, jednak dla turystów udostępniono jej pięciokilometrowy odcinek. Powoli wpływamy do ciemnej pieczary. Nad naszymi głowami przelatuje stado nietoperzy. Po chwili jesteśmy zanurzeni w całkowitej ciemności, jedyne światło generuje latarka, którą trzyma pasażer na dziobie łodzi. Ze sklepienia jaskini zwisają mroczne stalaktyty. Zwiedzamy kolejno groty pełnych fantastycznych, wyrzeźbionych przez naturę kształtów.
– Proszę spojrzeć w lewo, zobaczycie tam Świętą Rodzinę – rzuca przewodnik. Snop latarki pada na skałę przypominającą obrazy Madonny z Jezusem. – Tutaj mieszkają tarantule – mężczyzna wprowadza element grozy. – A tam jest Sharon Stone. – W tym momencie światło oblewa skałę przypominającą kobiece pośladki. Podczas wycieczki co chwilę okrzyki strachu przeplatają się z salwami śmiechu. Na końcowym odcinku podziemnej rzeki wpływamy do ciemnego prostego tunelu. W panującej tu ciszy wyraźnie słychać odgłosy spadających z góry kropel i nerwowe szemranie współpasażerów. Niegdyś mieszkańcy Palawanu twierdzili, że jaskinia była siedzibą złych bogów. Teoretycznie nie wierzymy w stare zabobony. Teoretycznie…

Jedynym sposobem na przedostanie się z Puerto Princesa na północ Palawanu jest dżipnej – zapchany po brzegi, bardziej przypominający puszkę sardynek na kółkach niż samochód. Za oknem przesuwają się drewniane chałupy na palach – dzięki takiej konstrukcji mają szansę przetrwać, nietknięte, tajfuny. Woły zanurzone w wodzie aż po szyje chronią się przed południowym skwarem. Nieco dalej skrajem drogi maszerują dzieci w eleganckich szkolnych mundurkach. Wjeżdżamy na krawędź urwiska. Nagle dżipnej mocno się przechyla. „Zaraz spadnie w przepaść” – myślę. Ale kierowca bez  większych emocji balansuje, i samochód odzyskuje równowagę. Ocieram pot z czoła. Takie chwilę są właśnie po to, aby później doceniać nudę codzienności.
Nareszcie w SAN VINCENTE. Największa miejscowość regionu wygląda jak olbrzymi opuszczony plac budowy. Wśród rozkopanych dróg i niedokończonych domów czeka już na mnie wysłannik „Kokosowego Resortu”, razem, więc wsiadamy do łodzi. Godzinę później stoję na brzegu wyspy Cacnipa. Sympatyczna i okrągła jak kulka Filipinka wskazuje mi domek przypominający zakopiańskie drewniane chaty ze spadzistym dachem. A więc to tak wyobrażał sobie Eden pewien Szwajcar, który kilka lat temu wykupił tę wyspę... Dla statecznego Europejczyka jedyną niedogodnością jest brak stałych dostaw prądu.

Poza sezonem wieczorami cała obsługa resortu spotyka się w świetlicy i ogląda telewizję. Co pewien czas z lamp antykomarowych dobiega trzask palącego się moskita. Przy żarówkach wygrzewają się jaszczurki, pies ugania się za wielką modliszką, którą przyciągnęło światło. W ciemności za oknem mojego domku rozpoczyna się wielki koncert na milion bzyczących owadów.

Czas wrócić na ziemię po kilku dniach spędzonych w raju. W miarę jak oddalamy się od wyspy Cacnipa, domki i palmy robią się coraz mniejsze, aż w końcu cała plaża zamienia się w mały jasny punkcik. Na pełnym morzu fale podnoszą się. Zaczyna mocno kołysać naszą łódką. Sternik, paląc papierosa, to zwalnia, to przyśpiesza, by uniknąć zderzeń z falami. Po lewej stronie burty ciągną się czarne chmury burzowe.  Mijamy kilka wysp, które po chwili toną we mgle. Po trzech godzinach wpływamy do bajecznej, położonej pod potężnym klifem zatoki El Nido.
EL NIDO to również nazwa niewielkiego miasteczka z kilkoma wąskimi ulicami. Samo w sobie nie stanowi specjalnej atrakcji, jednak co roku przeżywa najazd turystów. Powód? Stąd właśnie wyrusza się na nurkowanie w rafach archipelagu Bacuit. Rosnący tam podwodny las należy do najpiękniejszych na świecie. Mimo że szkół nurkowania jest w okolicy bez liku, mój budżet jest zbyt ograniczony na wydatek rzędu 20 tys. pesos (ok. 1270 zł) za kilkudniowy kurs. Zadowalam się więc wynajęciem łodzi, która obwozi mnie dookoła pobliskich wysp. Przy Wielkiej Lagunie na wyspie Minloc wskakuję z rurką do wody. Wpadam w fantastyczną kilkumetrową głębinę. Pode mną kłębią się wodorosty i grzybopodobne ukwiały. Ławice kolorowych wielkich ryb przeczesują kamieniste dno. Inne samotnie wypływają przed wejścia do jamek skalnych, po czym szybko chowają się do środka. Między ciemnozielonymi roślinami leżą kolorowe rozgwiazdy. Wcześniej postrzegałem morze jedynie w poziomie, teraz widzę jego tętniącą życiem głębię.

Do El Nido wracam o zmierzchu. Miasteczko powoli pogrąża się w mroku, bo trzeba oszczędzać prąd. W oknach widać skaczące płomienie świec. Światło elektryczne dostępne jest tylko w wybranych hotelach i restauracjach. Zamawiam specjalność lokalu: rybę w occie i banana. Mężczyźni przy stoliku obok oglądają w telewizji walkę kogutów. Na ringu „zawodnik” o imieniu Sebastian dziobie się z „zawodnikiem” Jose, całą potyczkę uważnie obserwuje sędzia, biegający niestrudzenie między ptakami.

Przede mną jeszcze tyle wysp! Dlatego choć chętnie bym tu został, ruszam na Cebu. Wynajmuję pokój na przedmieściach w tanim, ale przyjemnym Hotel de Mercedes. Miasto jest podobnie zatłoczone jak Manila, porzucam więc tutejsze atrakcje i następnego dnia od razu przeprawiam się promem do miasteczka TALIBON na pobliskiej wyspie Bohol. Tam czeka mnie spotkanie z największym turystycznym hitem Filipin –Czekoladowymi Wzgórzami (Chocolate Hills). Nazwę zawdzięczają porastającej je trawie, która w porze suchej – od lutego do marca – przybiera kolor czekolady. Wraz ze mną na punkcie widokowym Chocolate Hills National Monument znalazło się kilkuset turystów, głownie Filipińczyków. Tablica informacyjna głosi, że mamy do czynienia z jednym ze światowych cudów natury. Dziwne stożkowate pagórki mające 30–100 m wysokości naprawdę robią wrażenie. Nawet teraz, kiedy nie są koloru czekolady, bo porastająca je trawa jest zwyczajnie zielona. Wyglądające jak kopiec Kościuszki pagórki rozsiane są wśród palm kokosowych. Tylko że tutaj uformowała je w piaskowcu „ręka” natury.

W położonym nieco na południe miasteczku LOBOC za dość dużą kwotę 400 fi lipińskich pesos (ok. 25 zł) funduję sobie przejazd barką wzdłuż osławionej we wszystkich przewodnikach rzeki Loboc. Jej woda ma ciemnozielony kolor. Gęsto porośnięta palmami i bananowcami linia brzegowa przypomina dorzecze Amazonki. Za chwilę ma się rozpocząć dziecięcy pokaz skoków do wody z palm kokosowych. Zatrzymujemy się na chwilę w górze rzeki przy Wodospadach Busay. Na brzegu nagabywacze zachęcają nas, a raczej atakują, do odwiedzenia pływających dookoła restauracji. A za jedyne 50 pesos (ok. 4 zł) można sobie zrobić zdjęcie z zamkniętym w klatce przestraszonym wyrakiem – najmniejszą małpką świata. Nocleg postanawiam spędzić w pobliskim hotelu „Nuts Huts”. Gdy po dwugodzinnej wędrówce docieram na miejsce, okazuje się, że żadnej z moich do tej pory niezawodnych kart kredytowych nie czytają tutejsze bankomaty. Ludzie tłumaczą, że w weekendy takie rzeczy się zdarzają i najlepiej poczekać do poniedziałku. Sobotnie popołudnie, jestem sam na końcu świata, a pieniędzy wystarczy mi tylko na jeden nocleg w najtańszym hotelu. Z opresji wybawiają mnie tajwańscy znajomi, którzy przysyłają pieniądze. Dzięki temu mogę się wybrać na nurkowanie na wysepce Panglo. Pogoda mi jednak nie sprzyja. Niebo robi się ciemne i zaczyna padać deszcz. Z telewizji w kurorcie Alona Beach dowiaduję się, że do Filipin od strony środkowego Pacyfiku zbliża się tajfun Nuri. Jest szansa, że tym razem ominie wyspy. Filipińczycy z obsługi mają jeszcze w pamięci poprzedni tajfun – Fengshen – który na samych Filipinach zabił ponad 1,3 tys. osób.

Rezygnuję z nurkowania. Ruszam na wysepkę Siquijor, zwaną przez Hiszpanów Wyspą Ognia, a to przez otaczającą ją poświatę, wywołaną przez roje świetlików. Mieszkają tu ponoć najsłynniejsi na Filipinach zielarze i uzdrowiciele. Deszcz jednak wciąż nie daje za wygraną. Miejsce zupełnie się wyludnia, opuszczają je nawet magowie. Morze jest ciemne i nieprzyjazne, a widokówkowe plaże zamieniają się w stertę mokrego piachu.

W Dumaguete – stolicy regionu Negros Oriental – panuje  studencka atmosfera. Miasto słynie z pierwszej założonej  w Azji przez Amerykanów uczelni wyższej. Uniwersytet  Silliman jest dziś jednym z głównych ośrodków naukowych  regionu Visayas. Miejsce to roi się od barów i dyskotek, dzięki  którym pora deszczowa jest tu łatwiejsza do zniesienia.  Za namową poznanych w hotelu Filipińczyków w jednym  z barów zamawiam balut, jajko z rozwiniętym kilkudniowym  kurzym zarodkiem. Mimo że serwują mi je tak, jak nakazuje  zwyczaj, czyli z octem i solą, przechodzę ten chrzest  z wielką trudnością. Największym wyzwaniem wcale jednak  nie było sczerniałe i rozkładające się niewyklute pisklę, lecz  smród zgnilizny.

Tymczasem docierają do mnie optymistyczne prognozy  pogody. Tajfun oszczędza Filipiny i szybuje na północ w stronę  Chin. W końcu przestało lać, choć większość dróg jeszcze  przez kilka najbliższych dni pozostanie nieprzejezdna. Postanawiam  udać się do oddalonego 40 km na północ miasteczka  BAIS, gdzie można obserwować delfiny i wieloryby.  O tej porze są raczej nikłe szanse na zobaczenie największych  ssaków. Liczę jednak na delfiny. Na małej łodzi łącznie ze  mną mieści się 10 osób. Odpływamy coraz dalej od brzegu.  Sternik twierdzi, że jesteśmy już blisko, ale ciszę mąci tylko  równomierny stukot naszego silnika. Nagle w odległości  mniej więcej 50 m od łódki słyszymy dziwny plusk wody. Za  chwilę pojawiają się wyczekiwane sylwetki morskich ssaków.  Sternik nawołuje je uderzeniami o burtę łodzi. Skutkuje. Zbliżają  się niemal na wyciągnięcie ręki i przepływają kilka centymetrów  pod dnem łodzi. Chorem wydobywamy z siebie  okrzyki radości. Kiedy delfiny zaczynają się oddalać, przewodnik  nawołuje je gwizdami. Tłumaczy, że pomocne jest  również klaskanie. Zatem klaszczemy, a delfiny wesoło skaczą ponad wodę i jak cienie przepływają pod naszą łodzią.

Ciągle odkrywam coś nowego, mimo że przejechałem Filipiny kilka razy wzdłuż i wszerz. Ciągle zaskakuje mnie w nich niezwykła mieszanka hiszpańskich nazw, kolonialnej architektury i poprawna angielszczyzna w ustach nawet kilkuletnich dzieci. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mam oto do czynienia z zachodnim przyczółkiem na samym krańcu dalekiej Azji. Jednak z każdą następną podrożą do tej części świata uświadamiam sobie, że wszystko to jest tylko formą, za którą kryją się zupełnie inne, nieznane na Zachodzie znaczenia. Ciągle próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd u Filipińczyków jest tyle pogody ducha. Mimo biedy, ciągłego zagrożenia nieobliczalnymi tajfunami tak często i szczerze potrafi ą się śmiać. Dlatego z pewnością jeszcze nie raz wrócę na rajskie Filipiny.

Jakub Stojek