Ludzie tygrysy – tak nazywani są ci z nepalskiego ludu Rai, którzy zbierają miód największych pszczół świata. I mimo że mogą stracić życie, nie wahają się ryzykować.

Bolo Kesher jest jednym z perengge, zbieraczy miodu. Mimo że wśród Rai,  najstarszego z rdzennych ludów zamieszkujących teren dzisiejszego Nepalu, obowiązki są zwykle dzielone między kobiety i mężczyzn, zbieranie miodu to męska domena. – Mój ojciec był perengge, dziadek i ojciec dziadka. Syn będzie kontynuował tradycję – mówi Bolo Kesher, który jest nie tylko przywódcą grupy zbieraczy miodu, ale też szamanem, „tym, który wie”.    Wiedza o pszczołach i sztuce zbierania miodu jest przekazywana z pokolenia na pokolenie od niepamiętnych czasów. A tutaj, u podnóża Himalajów, czas się zatrzymał – to samo niezwykłe widowisko towarzyszące zbiorom odbywało się już 30 tys. lat temu, kiedy pierwsi zbieracze miodu stawiali czoła groźnym owadom. Na cześć odwagi i zręczności przodków do dziś o perengge mówi się „ludzie tygrysy”. Według mitycznych opowieści zbierali miód dzięki nadprzyrodzonym mocom. I do dziś trudno uwierzyć, że ich nie mają – szczególnie kiedy w akrobatycznych pozach zwisają na linach, balansując między skałami przez wiele godzin. Tu, na ogromnych klifach u podnóża dachu świata – majestatycznych Himalajów, ma swoje gniazda największa pszczoła na świecie: Apis laboriosa. Niezwykle wytrzymała na panujące tu trudne warunki żyje na wysokościach od 1600 do 3500 m n.p.m. Może być nawet dwa–trzy razy większa od europejskiej pszczoły, a ogromne gniazda, które wije na niedostępnych skalnych urwiskach, mają do dwóch metrów średnicy i mieszczą aż 40 kg miodu. Żeby się do nich dostać, perengge nie wahają się ryzykować własnym życiem. Bolo Kesher zwisa nad przepaścią. Gołymi rękami trzyma bambusową tyczkę, którą wydobywa plastry miodu z pszczelego gniazda, zapierając się bosymi stopami o drabinkę splecioną z lin. Wokół jego twarzy, ledwie przysłoniętej kawałkiem materiału, lata rój rozwścieczonych owadów, ale on wydaje się tego nie zauważać. Zwinnymi ruchami przemieszcza się w górę i w dół, by znaleźć dogodną pozycję. Każdy manewr w powietrzu jest skoordynowany z całą drużyną rebokipe – jak w języku Rai nazywa się tych, którzy zajmują się asekuracją. Całym ciężarem ciała zwisają z drabiny, tak żeby linki były dostatecznie napięte, by po nich przejeść. W ten sposób cała grupa wraz z balansującym w powietrzu guru przemieszcza się między kolejnymi gniazdami. To praca zespołowa i w tych warunkach kluczowa dla powodzenia niebezpiecznej misji. Wszyscy płacą cenę za żniwa, co najmniej w postaci obrzękniętych twarzy i spuchniętych warg, a niektórzy najwyższą: wiele skał nosi imiona tych, którzy stracili tam życie. Ale dla społeczności Rai miód jest cenniejszy niż życie: wytwarza się z niego lekarstwa, używa przy rytuałach, a część sprzedaje – ale przede wszystkim to on jest kluczowym elementem tożsamości perengge. Jednak z roku na rok zbiory są coraz mniejsze. Podobnie jak na całym świecie, nawet w Himalajach populacja pszczół się zmniejsza. A kiedy himalajska pszczoła przestanie wić gniazda na niedostępnych skalnych urwiskach, skutki odczują nie tylko perengge, ale też my wszyscy. Warto wiedzieć: Eric Tourneret – nazywa sam siebie „fotografem pszczół” – the bee photographer. Podróżował po całym świecie, dokumentując pszczoły miodne i zwyczaje ludzi, których życie jest z nimi najbliżej związane: hodowców i zbieraczy miodu. Jego prace były publikowane między innymi w Figaro, Paris Match i GEO. Uwielbia dokumentować naturę, a 25 lat pracy w terenie uświadomiło mu, jak cenne jest środowisko naturalne, którego istnienie zależy od jednego owada – pszczoły.