Więcej ludzi zdobyło Mount Everest jednego dnia w 2010 r. niż przez 30 lat po pierwszym wejściu w 1953 r. Traveler sprawdza, jak wygląda sytuacja na najwyższej górze świata i gdzie kończy się himalaizm, a zaczyna turystyka.

Sto tysięcy dolarów. Tyle potrzebowała 33-letnia Shriya Shah-Klorfine, żeby spełnić swoje największe marzenie – wejść na Mount Everest, najwyższą górę świata. Dobrze pamięta, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyła. Miała dziewięć lat i leciała helikopterem z rodzicami. Shriya urodziła się w Katmandu w Nepalu, ale większość dorosłego życia spędziła w Toronto, gdzie prowadziła własny biznes. Nie szedł tak dobrze, by lekką ręką mogła sfinansować ekspedycję, postanowiła więc zastawić swój dom. I poleciała do Nepalu. Swoją wyprawę dokumentowała na Facebooku. Zamieszczała zdjęcia z kolejnych obozów, ćwiczeń, przygotowań.

19 maja tego roku, w dniu ataku szczytowego, entuzjastyczne komentarze znajomych nagle zamieniły się w kondolencje. Shriya była jedną z czterech osób, którym nie udało się tego dnia bezpiecznie zejść do obozu. Przed samą śmiercią spotkał ją szerpa Pemba Janbu, który brał udział w 16 ekspedycjach i dwa razy wszedł na szczyt. On wchodził, ona dopiero schodziła. Gdy zobaczył Shriyę, ta leżała kilka metrów poniżej trasy. Widać było, że brakowało jej tlenu. Wyciągnął więc butlę, ale było za późno. Nie odpowiadała. Kilka sekund wcześniej jej ciało odmówiło współpracy.

Tego samego dnia, o 6.10 rano, na szczycie znalazła się  19-letnia Leanna Shuttleworth, najmłodsza Brytyjka, która zdobyła Koronę Ziemi. Zamiast ogromnej radości czuła niepokój. W trakcie ataku szczytowego widziała po drodze kilka ciał, niektóre leżały tam dopiero od paru dni. Wspomina też mężczyznę, który do niej machał podczas wejścia. Gdy schodziła, już nie żył. – Mijać martwe ciała na szlaku było jednym z najbardziej przerażających doświadczeń, jakie mi się przytrafiły w mojej wspinaczkowej karierze – wyznała po zejściu.

Spóźnieni na Szczyt

Prawdopodobnie gdyby nie szerpa Pemba, który po drodze pomógł kilkunastu osobom, bilans tego jednego z najbardziej śmiertelnych dni na Mount Evereście byłby jeszcze bardziej zatrważający. Z 200 osób, które wyszły na atak szczytowy, cztery zmarły. Ostatnim razem taka sytuacja miała tu miejsce w 2004 r. Najczarniejszym pozostaje 10 maja 1996 r., kiedy zginęło aż osiem osób. Główny powód tych tragedii wciąż jest taki sam – zbyt późne atakowanie szczytu. Wszyscy wspinacze na Evereście wiedzą, że godz. 11 rano jest najpóźniejszą porą na zdobycie wierzchołka. Każdy, kto do tego czasu nie stanie na dachu świata, powinien zawrócić. Wchodzenie po 11 to ryzykowanie nie tylko swojego życia, ale też osób, które prawdopodobnie będą musiały pomagać nam przy schodzeniu. – W tym roku niektórzy pchali się na szczyt nawet po godz. 14.30 – mówi Gyanendra Shrestha z nepalskiej organizacji wspinaczkowej. – Przebywają wtedy zbyt długo na wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów i szybciej wykorzystują zapasy tlenu. Mają poczucie, że skoro zapłacili kilkadziesiąt tysięcy dolarów, to muszą osiągnąć swój cel za wszelką cenę – dodaje Shrestha. A przecież to nie samo wejście, a zejście jest najtrudniejszym etapem wspinaczki. I to właśnie w jego trakcie wydarza się najwięcej wypadków.

Komercyjni klienci często nawet nie zdają  sobie sprawy z czyhającego niebezpieczeństwa. – Czują się bezpiecznie, zawsze gdy są przypięci do lin, nawet jeżeli te są w kiepskim stanie. Nie potrafią ocenić ich wytrzymałości – opowiada Tomek Kobielski, himalaista, właściciel biura organizującego wyjazdy wspinaczkowe Adventure24.pl, który w tym roku był pod Czomolungmą (czyli Everestem). Są bardzo słabo przygotowani, dlatego też poruszają się bardzo wolno. W ekstremalnych przypadkach swoje umiejętności wspinaczkowe zdobywają dopiero w trakcie trekkingu do obozu bazowego. – Spotkałem takich, którzy po raz pierwszy w życiu ćwiczyli poruszanie się w rakach na lodowcu pod bazą Everestu. To nie do pomyślenia! – dodaje Kobielski. Sęk w tym, że dla wielu zdobywanie najwyższej góry świata to jedyna taka wyprawa w życiu. Nigdy wcześniej nie byli w wysokich górach i być może nigdy więcej w nie nie wrócą. Dariusz Załuski, znany polski himalaista, który w tym roku po raz drugi zdobył Mount Everest, też obserwował tego typu sytuacje. Dziwi się, że ludzie są tak ufni i ślepo zawierzają całe swoje życie szerpom i przewodnikom. – Everest, wbrew obiegowej opinii, nie jest górą, na którą wejść mogą wszyscy.