Zapomnijmy o samolocie. Lądem jest i taniej, i przyjemniej, a przy tym można poznać od podszewki bałtycką prowincję.

Rusz via Baltica : Budzisko – Kalwaria, Mariampol, Kowno, Troki, Wilno, Kłajpeda, Połąga, Lipawa, Ryga, Valk, Dorpat, Tallinn
Długość: 4500km
Czas: 14 dni
Cena: 1500zł/os. Na terytorium Litwy wjeżdżamy w Budzisku-Kalwarii. Po rozszerzeniu strefy Schengen samochody mkną w jedną i drugą stronę przez nikogo niezatrzymywane. Dziwne uczucie dla kogoś, kto pamięta, jak ustawiały się tutaj kolejki TIR-ów. O tym, że wyjeżdżamy za granicę, przypomną nam drogi – a mianowicie ich jakość. Asfalt na Via Baltica, czyli E67, jest płaski jak stół i aż kusi, by docisnąć pedał gazu. Nie warto. Zła sława i skuteczność litewskiej policji robią swoje, a trudno im uciec, bo piratów drogowych ścigają mercedesami. I Polacy, i Litwini w kierunku Mariampola zmierzają więc w karnym szyku, nie więcej niż 88 km/godz. Miasteczko, położone 30 km od granicy, w centrum aż lśni – tak jest wysprzątane. I podobnie jest w całym kraju; na obrzeżach mogą stać slumsy i rudery, jednak śródmieścia są jak spod igły. Podobnie jest z drogami; im dalej od głównych szlaków, tym gorzej.

Pod sklepem kilku nastolatków w dresach nie reaguje na labas (cześć), podobnie jak ekspedientka na laba diena (dzień dobry). Dopiero po kilku sekundach, jakby wyrwana z drzemki, odpowiada. Od razu po polsku. I niezbyt chętnie. Standardowo Polacy tłumaczą to tym, że Litwini nas nie lubią. Ale jak ktoś słusznie zauważył: oni zachowują się tak, jakby nawet siebie nie lubili. Owszem, są trochę przewrażliwieni na punkcie historii, ale nie bardziej niż my.

Ruch w Mariampolu panuje nieduży, a atmosfera jest senna. Większość kierowców z Polski zatrzymuje się dopiero w odległym o 65 km Kownie (lit. Kaunas), przedwojennej stolicy. Jej mieszkańcy mają opinię najbardziej serdecznych i gościnnych. Być może dlatego, że starają się rywalizować z Wilnem i czują się trochę gorsi od mieszkańców stolicy. Niepotrzebnie – Kowno to przepiękne miasto z fascynującą historią. Aby je poznać, trzeba by spędzić tutaj kilka dni. Na najbardziej znany punkt widokowy na Wzgórzu Aleksotas wiedzie kolejka linowa. Widoki z wysokiej skarpy Niemna roztaczają się przepiękne. W ciemnoniebieskie widły Wilejki i Niemna wciska się Stare Miasto. Jego zabytkowe mury i dachy jarzą się w słońcu na czerwono, tu i ówdzie błyska łacha piasku nadrzecznej plaży. Okoliczne pagórki i doliny spowija soczysta zieleń. Jak na dłoni widać kowieński zamek oraz ulubione miejsca spacerów mieszkańców w zaroślach między warownią a ujściem Wilii do Niemna.


To właśnie tam uciekają przed tłumami zalewającymi w sezonie chlubę i dumę miasta – Aleję Wolności (Laisves aleja), jeden z najdłuższych w Europie deptaków. Na jego wschodnim krańcu wznosi się Sobór Michała Archanioła, na przeciwnym – Biały Łabędź, ratusz miejski. Fasady niewysokich kamieniczek są odnowione, latarnie stylowe, aleja lipowa doskonale utrzymana. Wzdłuż ulicy pełno sklepów, butików, kawiarni i kafejek, galerii i muzeów. Wśród nich słynne Muzeum Diabłów. Demoniczne, czerwono-czarne sale wystawowe mieszczą kilka tysięcy czartów z całego świata. Najbardziej przerażające są te wyrzeźbione z poskręcanych, „artretycznych” korzeni w przedziwnych ni to tanecznych, ni to epileptycznych pozach.

W odległych o 80 km Trokach niezwykle okazale prezentuje się zamek na wodzie. Jednak aby tam dotrzeć, należy zjechać z E67 i autostradą A1 udać się w kierunku Wilna. Czerwone mury i baszty warowni wspaniale kontrastują z błękitem nieba i wód jeziora Galwe. I robią o wiele lepsze wrażenie z daleka niż z bliska. Po pierwsze dlatego, że próbując dostać się do warowni, trzeba być zmotywowanym niczym książę Witold pod Grunwaldem – ścisk panuje tu jak podczas prawdziwego średniowiecznego oblężenia. Po drugie tłum skutecznie uniemożliwia zobaczenie czegokolwiek poza szarymi plombami z betonu bardzo nieładnie kontrastującymi ze szkarłatem… współczesnego klinkieru.

To właśnie w Trokach najłatwiej się przekonać, jakiego hopla na punkcie historii mają Litwini i jak bardzo dumni są z państwa, które stworzyli w XIII w. Mendog i Giedymin. To powód do dumy i jeden z mitów narodowych, odróżniający ich od Łotyszy i Estończyków, którym aż do 1918 r. nie udało się stworzyć samodzielnych państw.

Troki były stolicą rozległych włości Giedymina. Oprócz warowni na wodzie jego atrakcjami są efektownie wciśnięta między cztery jeziora starówka oraz kenesa – jedyna świątynia karaimska w Europie.

Karaimów sprowadził z Krymu Witold i uczynił z nich swą gwardię przyboczną. Obecnie w miasteczku mieszka kilkudziesięciu potomków książęcych ochroniarzy. Przy ulicy Karaimskiej prowadzą muzeum i restaurację. Słynne karaimskie kibiny, pierożki z nadzieniem z baraniny, kosztują 6 litów. Na przystawkę do nich najlepiej zamówić kiszone ogórki za 4 lity. Z ich uprawy i przyrządzania troccy Karaimi słynęli w całej Rzeczpospolitej. Jeszcze przed wojną określenie „karaimski” było komplementem zarezerwowanym dla najdorodniejszych i najsmaczniejszych ogórków.


W pobliskim Wilnie serwują litewską wersję kibinów – mniej aromatyczną, z wieprzowiną, podawaną ze skwarkami. Lepiej spróbować któregoś z rdzennie litewskich dań: cepelinai (duże podłużne kluski ziemniaczane), vedarai (kiszka ziemniaczana) albo šaltibarąčai (chłodnik). W zależności od klasy lokalu trzeba wysupłać od kilku do kilkunastu litów. Z czystym sumieniem można polecić Aukštaičiai (Antokolskio 13), Lokys (Stikli 8), Žemaiči Smukl (Vokieči 24). Wszystkie znajdują się w obrębie Starego Miasta, ale o niczym to nie świadczy, bo wileńska Starówka zaliczana jest do największych w Europie. Ten labirynt gotyckich wież, renesansowych portyków i falujących barokowych fasad wchłania dziennie tysiące turystów. Czasem migną za rogiem fragmenty ogromnych, masywnych kościołów, jednak żeby zobaczyć całość budowli, nieraz trzeba zadrzeć głowę w górę albo wejść na wzgórze gdzieś poza granicami Starego Miasta. Nie warto się spieszyć, najlepiej błąkać się bez celu... – radzi Tomasz Venclova w Opisać Wilno.

I słusznie, wszystkiego i tak nie da się zobaczyć. Większość turystów po godzinie czy dwóch daje za wygraną, ciężko opadając w fotelu jakiejś kafejki. Zamawiają szklanicę piwa Kalnapilisa i z zamiarem naprawy stosunków polsko-litewskich wdają się w dyskusje z miejscowymi. Fakt, że z wileńskimi Litwinami najłatwiej nawiązać kontakt po jasnym pełnym, niczego nie zmienia – i tak rozmowę najlepiej zagaić po angielsku. Ja ze swoimi rozmówcami przeszedłem na polski pod koniec trzeciej kolejki. Po czwartej doszliśmy do porozumienia w wielu drażliwych kwestiach.

Z Wilna na wybrzeże jest ponad 300 km. Na szczęcie do Kłajpedy wiedzie autostrada. Po drodze można zjechać do Szawli (Šiauliai). W mieście jest ponoć najpiękniejszy kościół na Żmudzi i jakieś muzeum, ale mało kto się tutaj zatrzymuje. Większość udaje się od razu na odległą o 10 km Górę Krzyży. Ta na miejscu okazuje się być pagórkiem wznoszącym się pośród pól. Robi jednak o tyle niesamowite wrażenie, że wygląda, jakby ją tworzyły ustawione na miejscu krzyże. Pierwszy krucyfiks stanął tam w 1430 r. dla upamiętnienia chrztu Żmudzi, kolejne zaczęto masowo ustawiać 400 lat później, po upadku powstania listopadowego. Szacuje się, że obecnie jest ich 150 tys. – od największych, z drewna, metalu i betonu, po najmniejsze medaliki i różańce. Na odsłoniętym pagórku, gdy powieje wiatr, wydają niesamowity szum – litewskie wyznanie wiary.

Przez Kretyngę (pałac Tyszkiewiczów i klasztor) dotrzemy do Połągi (Palanga), od dwóch stuleci najmodniejszego litewskiego kurortu. Dziś w otoczonym niezwykłym ogrodem pałacu hrabiów mieści się Muzeum Bursztynu z największym na świecie zbiorem inkluzji. Jaszczurki podobnej do tej z muzeum w Gdańsku w Połądze nie widziałem, ale nieco sfatygowanego skorpiona i owszem. Największe wrażenie robią scenki rodzajowe „mikrokosmosu” sprzed kilkudziesięciu milionów lat. Bursztyn utrwalił m.in. zastygłego w pół kroku pająka, który właśnie udawał się na posiłek, widząc szamoczącą się w pajęczynie muchówkę.


Jeśli odległa o 25 km Kłajpeda (Klaipeda) bywa porównywana do Gdańska (na wyrost!), to Mierzeja Kurońska jest litewskim Helem. To zdecydowanie najatrakcyjniejszy fragment litewskiego wybrzeża, a leżące na mierzei Zalewu Kurońskiego osady tworzą jedyne w swoim rodzaju miasto Neringa. Charakterystyczna senność jest tutaj odczuwalna nawet w szczycie sezonu. Ktoś, kto przyjedzie tu z Kowna lub Wilna, będzie miał wrażenie, że ogląda film w zwolnionym tempie. To odczucie pogłębia kameralna architektura – pomalowane na jaskrawe kolory chatynki.

W Kłajpedzie niewielka Starówka, naznaczona teutońskim piętnem muru pruskiego, przegrywa rywalizację o względy turystów z delfinarium, które powstało w czasach ZSRR. Na nietanie (14 litów) pokazy przychodzą tłumy.

Pokonawszy 50 km na północ, mijamy granicę litewsko-łotewską i wkraczamy do historycznego Księstwa Kurlandii i Semigalii, zaś po kolejnych 50 km dojeżdżamy do Lipawy (Liepaja). W okresie między II a III rozbiorem był to jedyny port morski Rzeczpospolitej, podczas zrywu 1863 r. sprowadzano tędy belgijskie sztucery dla powstańców, a miejscowe gimnazjum ukończył prezydent Gabriel Narutowicz. Symbolem miasta jest kościół Świętej Trójcy (Sv. Trisvrenibas baznica) z wysoką na 55 m wieżą, która doskonale sprawdza się jako punkt widokowy, a jedną z największych atrakcji jest Kara Osta – niedokończona twierdza carska, w czasach ZSRR baza okrętów podwodnych. Zresztą część z nich wciąż tam rdzewieje. Latem nadmorska Lipawa przyciąga tłumy. W końcu lipca miasto organizuje Baltic Beach Party, a pod koniec sierpnia festiwal rockowy – Bursztyn Lipawy (Liepajas Dzintars). Sami Łotysze pół żartem, pół serio (nigdy nie wiadomo) mawiają, że państwo robi, co może, by ich rozruszać. Zimą aż połowa z nich cierpi na depresję.

Podczas gdy Lipawa była głównym portem księstwa, honory stolicy pełniła Mitawa, od 1918 r. zwana Jełgawą (Jelgava). Można tam zajechać w drodze do Rygi, aby zobaczyć wspaniały klasycystyczny pałac książąt kurlandzkich – dziś siedzibę uniwersytetu rolniczego. Aby dotrzeć do historycznej Mitawy, trzeba pokonać 190 km. Na drogach ruch jest niewielki, ale auta Łotyszy mogą wywołać gwałtowne reakcje… zazdrości. Najdroższe wersje mercedesów, BMW i audi to tutaj codzienność, a sporo jest też cadillaców i bentleyów. Superlimuzyny mkną po płaskich jak blat drogach, zostawiając za plecami łotewską wieś – zabudowaną kurnymi chatkami bez bieżącej wody, a niekiedy i elektryczności, za to obowiązkowo z sauną (pirts) w każdej zagrodzie.


Zaproszenie do nich to – podobnie jak w Skandynawii – wielkie wyróżnienie i honor dla gościa. Łotysze, przy których Litwini jawią się jako naród serdeczny i otwarty, okazują w ten sposób swoje zaufanie i przyjaźń. To w saunie omawiają najważniejsze sprawy, wyznają sobie miłość, proszą wybranki o rękę i urządzają wieczory kawalerskie. W saunie kończą każdą rodzinną uroczystość i święto.

Mnie do sauny nikt nie zaprosił. Na szczęście, bo nie znoszę, gdy jest za gorąco (temperatura w pirts osiąga 120°C). Nie po to uciekałem przed upałami na północ. Przekraczając linię Dźwiny, wkraczamy do na wpół mitycznych Inflant. Ziemie te przypadły Rzeczypospolitej wskutek targów politycznych. Zagrożony inwazją moskiewską oraz wojną z Danią i Szwecją ostatni wielki mistrz zakonu kawalerów mieczowych Gotthard von Kettler w 1562 r. złożył hołd lenny Zygmuntowi Augustowi. Łatgalia jako Inflanty Polskie została w granicach Rzeczpospolitej aż do I rozbioru, a w Dyneburgu (Daugavpils), stolicy regionu, do dziś mieszka blisko 20 tys. naszych rodaków. I jest to jedyny powód, dla którego można odwiedzić to miasto.

W Salaspils, niemal na rogatkach Rygi, stoi pomnik upamiętniający dokonania polskich wojsk. W 1605 r., gdy miejscowość ta była jeszcze wsią zwaną Kircholmem, hetman Jan Karol Chodkiewicz rozgromił na jej polach Szwedów. Wiktoria ta pozostałaby jedną z wielu, gdyby nie fakt, że pan na Mielcu dowodził 4 tys. rycerzy, a szwedzki król miał ich 14 tys. Dwie trzecie zostało w polu, niewiele brakowało, a poległby sam Karol IX. Z Salaspils do stolicy jest tylko 20 km. I powiedzmy sobie szczerze, zamiast peregrynować po odległych zakątkach kraju, lepiej skupić się właśnie na niej. Bo Ryga to metropolia co się zowie, zaskakująca przybyszów rozmachem, bogactwem, pięknem. Opętanych wizją robienia kariery i biznesów Łotyszy wabi obietnicą ich spełnienia. W stolicy żyje już połowa mieszkańców kraju. I chociaż na razie w luksusach pławią się na kredyt (inflacja przekroczyła 15 proc.), to znając ich upór, za 20 lat może naprawdę stać się metropolią milionerów. Już teraz w drogiej jak diabli Rydze najbardziej poszukiwanym dobrem są stoliki w luksusowych restauracjach. Na szczęście zapędy nuworyszy łagodzi ogromna liczba tańszych lokali. W samoobsługowym Lido (Krasta iela 76) też tłok. W karcie zamiast wymyślnej fuzji kuchni francuskiej i bałtyckiej – swojska golonka i wędzone ryby, zamiast szampanów – znakomite piwa (Aldaris, Rigas) oraz Ryski Czarny Balsam (Rigas melnais balzams). O tym specyfiku, wytwarzanym z 24 ziół według XVIII-wiecznej receptury, po raz pierwszy zrobiło się głośno, gdy postawił na nogi cierpiącą na fumy Katarzy- nę II. Balsam zawiera 45 proc. alkoholu, smakuje niczym ekstrakt z piołunu, a pachnie jak staropolski dziegieć (0,5 l – ok. 5 łatów).

Aby złagodzić jego działanie, następnego dnia można wybrać się do Ryskiego Muzeum Motoryzacji przy S. Eizenšteina iela 6 (wstęp: 1 łat), które w kolekcji ma prawdziwe „białe kruki”: limuzyny Stalina i Breżniewa. Józef Wissarionowicz, a właściwie jego woskowa figura, kryje się w opancerzonym zisie, a Leonid Iljicz rozpiera na kanapie rolls-royce’a.


Najatrakcyjniejsza część Rygi, z gotycką Starówką, leży nad Dźwiną. Rzeka rozlewa się u ujścia bardzo szeroko (Wisła wygląda jak jej uboga krewna), a w jej leniwym nurcie przeglądają się średniowieczne baszty i mury oraz secesyjne kamienice. Starówka wciąż pozostaje egalitarna (obok drogich pensjonatów i restauracji pełno tu tanich hosteli i undergroundowych klubów), choć tania nie jest.

50 km na północ od Rygi leży Park Narodowy Gauja. Rzeka, od której wziął nazwę, żłobi głębokie (do 85 m) czerwonobrunatne wąwozy pełne jaskiń i polodowcowych głazów. To kompletne bezludzie, choć w kilku miejscowościach jest całkiem przyzwoita baza turystyczna. Tutejsze pejzaże skojarzyły się komuś z tymi w ojczyźnie Helwetów, więc można usłyszeć, że zwiedzamy Szwajcarię Łotewską. Jak można się domyślać, Gauja to mekka kajakarzy. I jeśli ktoś ma więcej czasu, to niezły sposób na poznanie okolicy (1 łat za godzinę). Rzeka płynie tutaj wartkim nurtem, a wrażenia można porównać do spływu Czarnym Dunajcem. Z Siguldy do Krimuldy przerzucono przez Gauję kolejkę linową. Dla domorosłych kaskaderów to niepowtarzalna okazja, żeby z jej wagonika skoczyć na bungee. Taka przyjemność kosztuje 20 łatów – jedyne 50 santimów za każdy metr spadania.

W Siguldzie i Krimuldzie zachowały się pozostałości zakonnych warowni, a w Turaidzie na zamku biskupów ryskich można wysłuchać legendy o Róży, co nie chciała… Polaka. Kolejny zakonny zamek wznosił się niegdyś w Kies. Do naszych czasów zachowały się malownicze ruiny z okrągłymi wieżami, a także gotycki kościół św. Jana. Ze wszystkich warowni ta robi największe wrażenie.

Granicę z Estonią pokonuję 80 km dalej, w miasteczku, które po łotewskiej stronie nazywa się Valga (w 1918 r. podjęto w tym miejscu decyzję o proklamowaniu niepodległej Łotwy), a po estońskiej Valk. Podzielono je dokładnie na pół w 1920 r., gdyż żaden z krajów nie chciał z miasta zrezygnować. Po przekroczeniu granicy krajobraz za oknem niewiele się zmienia. Podobnie jak na Łotwie zamiast bramek do piłki nożnej – wszędzie pozostałości zimowych boisk do gry w hokeja. Kierując się kilkadziesiąt kilometrów na północ, dotrzemy do Vöru – miasteczka w kraju Setu. Zamieszkują go przedstawiciele jednej z najciekawszych estońskich grup etnograficznych. Są to Estończycy, ale w przeciwieństwie do większości swoich rodaków, luteran, wyznający prawosławie. Ich bogaty folklor, zwyczaje i obrzędy noszą wyraźne ślady wpływów bałtyckich, ugrofińskich i słowiańskich. Podobnie jak inni Bałtowie, są niesłychanie przywiązani do swoich tradycji, ale też i jakby serdeczniejsi. Czyżby grała w nich słowiańska dusza?


Estończycy bez wyjątków mają bzika na punkcie przyrody. Jeśli ktoś zna od tej strony Skandynawów, to tutaj jest podobnie, albo jeszcze bardziej. Z tej też przyczyny w przeciwieństwie do Łotyszy ich ugrofińscy sąsiedzi nie wykazują słabości do ekskluzywnych limuzyn, ale do terenówek. Zaszywając się w głuszy, nikt tu nie rezygnuje ze zdobyczy cywilizacji. W każdej, nawet najmniejszej, liczącej kilka domów wsi jest dostęp do sieci, a ziemniaki można kupić wprost od rolnika na… aukcji internetowej. Inaczej niż rzutcy, ale i niecierpliwi Łotysze, Estończycy bardziej polegają na sile spokoju i organizacji. Wiedzą, że na sukces trzeba ciężko zapracować. W efekcie ich kraj już teraz wymieniany jest wśród unijnych prymusów, a powtarzana przez „Estów” opinia głosi, że jeszcze 20 lat i poziom życia będzie w ich ojczyźnie wyższy niż w Skandynawii. Spora w tym zasługa młodzieży. Dorpat (Tartu), drugie co do wielkości miasto Estonii, uznawane jest za intelektualną stolicę kraju. Uniwersytet, założony w 1632 r. przez Szwedów, rozsławił gród już w XIX w. Dorpat to przyjazne miasto, głównie za sprawą studentów. Kwitnie tu życie nocne, bez problemu można porozumieć się po angielsku, ale największym jego atutem są tanie noclegi w hostelach.

Dorpat leży zaledwie kilkanaście kilometrów od jeziora Pejpus (Pepsi jarv). Warto tam się wybrać, żeby zobaczyć, jak wygląda estoński raj – czyli chłodno, głodno i do domu daleko. Baza turystyczna nad tym czwartym co do wielkości jeziorem w Europie jest symboliczna, ale dzięki temu jest to wymarzone miejsce dla wędkarzy i adeptów sztuki przetrwania. Środkiem akwenu przebiega granica z Rosją.

150 km na północ leży wodospad Jägala. Mierząca 8 m wysokości i 70 m szerokości kaskada wycięła w wapiennej skale głęboki na kilkanaście i długi na kilkaset metrów kanion. W przewodniku można przeczytać, że rzeka nie jest głęboka, ale jej prąd może porwać nawet konia. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że sącząca się strużka ma taką niszczycielską moc. Dopiero uprzejmy nauczyciel w miasteczku Joelähtme wyjaśnił mi, że latem można się o tym przekonać co najwyżej po urwaniu chmury, a Jägalę najlepiej oglądać jesienią lub wiosną. Wtedy prezentuje się ponoć imponująco. W sumie na północy Estonii wodospadów jest ok. 40; najwyższy, Valaste, ma 26 m wysokości.

Ten niewielki kraj jest potęgą, jeśli chodzi o liczbę posiadanych wysp na Bałtyku (w sumie w granicach Estonii jest ich ponad tysiąc). Na północy u wejścia do Zatoki Ryskiej leżą dwie największe – Sarema (Saaremaa) i Hiuma (Hiiumaa). Ta pierwsza, w nordyckich sagach zwana Ozylią, jest drugą co do wielkości wyspą Bałtyku. Oprócz kraterów po uderzeniach meteorytów, średniowiecznych ruin i wiatraków, ma wśród atrakcji... ogromne weekendowe korki.

Stolica Estonii nazywana bywa przedmieściem Helsinek, ale ta elegancka metropolia bardziej aspiruje do bycia przedmieściem… Kopenhagi. Po łotewsku TallinN znaczy dosłownie „duńskie miasto”. W sezonie przyciąga gości Dniami Starego Miasta, wielkim festiwalem piwa oraz organizowanym co cztery lata Świętem Pieśni. Chóry są tu tak samo popularne, jak w innych państwach skandynawskich… a przekonanie Estończyków, że są Skandynawami tak samo powszechne, jak u nas, że są Bałtami. Przywiązanie do tradycji to jedna z niewielu cech, która jest wspólna dla obywateli trzech najmniejszych krajów bałtyckich. Różnic jest zdecydowanie więcej. I właśnie z tego powodu Bałtów warto poznać.

No to w drogę

  • Litwa – stolica: Wilno; ludność: ponad 3,6 mln; powierzchnia: ok. 65 tys. km2; waluta: 1 lit (LTL) = ok. 1 zł; oficjalny język: litewski; główne miasta: Wilno, Kłajpeda.
  • Łotwa – stolica: Ryga; ludność: 2,4 mln; powierzchnia: 64,6 tys. km2; waluta: 1 łat (LVL) = ok. 5 zł; oficjalny język: łotewski; główne miasta: Ryga, Dyneburg i Lipawa.
  • Estonia – stolica: Tallinn; ludność: ponad 1,3 mln; powierzchnia: ok. 45 tys. km2; waluta: 1 kroon (korona, EEK) = 0,25 zł; oficjalny język: estoński; główne miasta: Tallinn, Tartu i Narwa.



Najlepszy czas – od połowy kwietnia do połowy września.



  • Wszystkie trzy kraje są członkami Unii Europejskiej, dlatego Polacy nie potrzebują wiz.



  • Jadąc drogą Via Baltica do Tallinna, granicę polską przekracza się w Budzisku, łotewską w Grenctale, zaś estońską w Ikli. Na odcinku litewskim szosa ma oznakowania A5, A1, A8 i A10, a na Łotwie A7 i A1. Trasa od granicy polsko-litewskiej do Tallinna liczy 670 km. Inna droga – przez łotewsko-estońskie przejście Valka-Valga.




  • Litwa: Hotel RunMiS II, Liepkalnio  g. 103, Wilno, ceny: 70–140 litów. Hotel Pajuris, Šlaito g. 18a, Giruliai, LT-92281 Klaipeda, ceny: 130–330 litów.
  • Łotwa: Hotel Fontaine Royal, Sturmanu iela 1, Liepaja, ceny: 12–85 łatów. Briize Hostel, O. Kalpaka iela 68/70, Liepaja, ceny: 7–30 łatów. Riga Old Town Hostel, Valnu iela 43, Riga, ceny 6–15 łatów.
  • Estonia: Tallinn, Uus Street 22, Tallinn, ceny: 290–1 450 koron. Oü Torni Hostell, Kreutzwaldi 52, Tartu, ceny: 300–400 koron.



  • Kuchnia litewska – największą popularnością cieszą się cepelinai (cepeliny). Porcja tych wielkich ziemniaczanych kluchów nadziewanych mięsem i podawanych ze skwarkami kosztuje 6–10 litów. W podobnej cenie jest barszcz lub rosół z kołdunami. Uliczni sprzedawcy za 2–4 lity oferują czebureki, kaukaskie pierogi z mięsem smażone w głębokim oleju.
  • Kuchnia łotewska to mieszanka wpływów rosyjskich, niemieckich i skandynawskich. Dwudaniowy posiłek kosztuje minimum 5–6 łatów. Polacy najczęściej raczą się znakomitą golonką z ziemniakami i kapustą, popijając ją piwem. Taka przyjemność kosztuje 10 łatów. Tańsze są sałatki z chleba, bliny, pielmieni, wareniki.
  • Kuchnia estońska – czasem wydaje, że Esti cały dzień wcinają śledzie (w postaci sałatek, solone, smażone, wędzone). Poza rybami warto spróbować sült (galareta wieprzowa), ale kama, krupnik z rozgotowanym grochem zalany kwaśnym mlekiem, to coś dla amatorów kuchni ekstremalnej. Godne polecenia są m.in. likier Vana Tallinn i piwa (Saku, Saaremaa). Cena posiłku – od 30 koron.




  • Litwa: Od 1 września do 1 kwiet-nia obowiązuje nakaz używania świateł mijania, zaś od 10 listopada do 1 kwietnia – opon zimowych. Dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi – 0,4 promila.
  • Łotwa: Przez cały rok obowiązuje nakaz jazdy z włączonymi światłami mijania, a od 1 grudnia do 1 marca nakaz używania opon zimowych. Obowiązuje bezwzględny zakaz prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu!
  • Estonia: Przekroczenie dozwolonej prędkości karane jest wysokimi mandatami (do 1 200 dol.), a nawet konfiskatą wozu. Nakaz jazdy na śiwiatłach mijania obowiązuje przez cały rok. Od 1 grudnia do 1 marca obowiązkowa jest wymiana opon na zimowe.
  • Na Litwie, Łotwie i w Estonii można porozumieć się po rosyjsku, ale miejscowi używają go niechętnie. W dużych miastach nie ma problemu z porozumieniem się po angielsku czy niemiecku.
  • Bałtowie są bardzo wyczuleni w kwestiach historycznych i narodowościowych, dlatego nie należy sobie żartować na te tematy.
  • Jednym z głównych świąt jest Noc Świętojańska. Z jej okazji domy przystraja się kwiatami i gałązkami, a noc z 23 na 24 czerwca spędza przy ogniskach, pijąc piwo i miody, tańcząc i śpiewając.



  • Najlepszymi prezentami z Litwy są tamtejsze miody (lietuviskas midus). Najtańszy bursztyn sprzedawany jest w Kłajpedzie.
  • Na Łotwie – Czarny Balsam Ryski (Rigas Melnais Balzams), wódka LB, czekolady, rękodzieło, wyroby z lnu, a także bursztyn.
  • W Estonii: wędliny z dziczyzny, rękodzieło z wyspy Kihnu i ręcznie malowaną porcelanę Heliny Tilk (do nabycia w Tallinnie przy Rataskaevu 6 i Lühike jalg 5).



  • Ambasada RP na Litwie Smelio g. 20A, 2055 Vilnius, tel. (003705) 270 90 01 do 3, www.polandembassy.lt
  • Ambasada RP na Łotwie Medniekuiela 6B, LV-1010 Riga, tel. (00371) 7031500, 7031509, www.ryga.polemb.net.
  • Ambasada RP w Estonii Suur-Karja 1, 10140 Tallinn, tel. (00372) 6278 206, www.tallinn.polemb.net







  • Zarysy z dziejów krain dawnych inflanckich Gustaw Manteuffel
  • Moje Inflanty Jarosław Sozański
  • Estonia oraz Łotwa – przewodniki turystyczne wydawnictw