Jeśli chcesz odwiedzić najpiękniejsze plaże Europy i poimprezować do rana w gwarnych kurortach, pojedź na Cypr. Jeśli marzysz o sielskiej atmosferze odludnych wsi i kontakcie sam na sam z przyrodą, również wybierz Cypr. Z jednego świata do drugiego przeniesiesz się w pół godziny.

Plaża przy skale Afrodyty jest naprawdę piękna. Podobno to tutaj wynurzyła się z morskich fal bogini miłości. Ale w to miejsce trafia każdy obcokrajowiec, a ja nie chcę być masowym turystą. Więc owszem, zaliczam ten punkt, ale już chustki na tzw. drzewku miłości nie wiążę. Robią tak wszyscy, którzy nie mają szczęścia w miłości, oraz ci, którzy tępo słuchają instrukcji zawartych w przewodnikach. Ja nie należę do żadnej z tych kategorii. Poszukam więc innej kultowej plaży, mniej masowej. Dzięki rozległej linii brzegowej, ustronnym skalistym zatoczkom i piaszczystym kurortom – wybór jest przeogromny. Złośliwi mówią nawet, że Cypr to plaże plus coś jeszcze w środku. Ruszam na poszukiwanie, przewrotnie zaczynając nie od wybrzeża, ale właśnie od tego „środka”.

Wino wagi państwowej

– Zaczynałem od małego sklepiku, a dziś to wszystko jest moje – Aristos Fleuris z dumą pokazuje mi tradycyjną cypryjską tawernę. W niewielkiej wiosce Koilani w górach Troodos prowadzi ją z żoną od trzech lat. Na nasz stół wędruje hummus z ciecierzycy, oliwy, pietruszki i czosnku. To pierwsze danie mezedes, czyli potraw „na jeden kęs”. W sumie w czasie całej uczty takich dań wyląduje na stole około dwudziestu. Prawdziwa kulinarna Odyseja! Jej szlak poprowadzi przez kozi lub owczy ser haloumi, owoce morza, souvla, czyli pieczone na ruszcie kawałki mięsa, a kończy się na wykwintnych słodkościach. Ale o tym nie mam jeszcze pojęcia, z apetytem rzucam się więc na każdą potrawę. To błąd – w przypadku mezedes wszystkiego należy jedynie spróbować. Inaczej nie dam rady dotrzeć do kulinarnej Itaki, czyli deseru.

Aristos zna sekrety tradycyjnej kuchni od swoich rodziców. Urodził się w Koilani, kiedy we wsi nie było jeszcze telefonów, a samochody należały do rzadkości. Nie widział tu dla siebie perspektyw, jak większość rówieśników wyjechał do miasta. Wydawało mu się, że w pobliskim Limassol będzie mu się żyło łatwiej i dostatniej. – Astyfilia – wtrąca po grecku jego żona Maria. – Tego słowa nie da się przetłumaczyć na inne języki – wyjaśnia. Dosłownie oznacza „miłość do miasta”, ale na Cyprze określa się nim zjawisko masowych wyjazdów młodych ludzi ze wsi. Każdy region wyspy tego doświadczył, dlatego w takich miejscowościach jak ta mieszkają dziś głównie starsi. – Ale u nas nawet jak wyjeżdżasz ze wsi, to nie do końca – mówi Aristos. Cypryjczyk wraca bowiem do rodziców w każdy weekend, pomaga w uprawie winorośli, a w niedzielę idzie do cerkwi, tej samej, w której został ochrzczony. – W tygodniu w Koilani mieszka 250 osób, w weekendy – dwa razy więcej – tłumaczy, częstując świetnym domowym winem. Przy okazji, niby mimochodem, tłumaczy, że tutejsze winnice uchodzą za najlepsze w kraju. Pod koniec lat 80. rząd Cypru sprowadził w góry Troodos 13 najlepszych szczepów z Europy, specjalną ochroną objęto też 30 rodzimych gatunków. Biorę kieliszek do ust i widzę, smakuję efekt tej polityki.

– W ostatnich latach na nowo odkrywamy swoje korzenie – wyjaśnia Maria. Jej mąż po latach wrócił do rodzinnej wsi, dorobił się agroturystycznego gospodarstwa oraz szacunku sąsiadów. Ona do swojej miejscowości wrócić nie mogła. Urodziła się na północy, niedaleko Nikozji. Jej wieś, Trachoni, podobnie jak jedna trzecia terytorium wyspy, została latem 1974 r. zajęta przez armię turecką. 180 tys. cypryjskich Greków musiało z dnia na dzień opuścić swe domostwa. Rodzinne strony Marii należą dziś do Tureckiej Republiki Północnego Cypru, której nie uznaje żaden rząd na świecie z wyjątkiem Ankary.

Pół życia spędziła w Anglii, ale 10 lat temu przyjechała do ojczyzny na wakacje, zakochała się w Aristosie i została. – Bo Cypryjczyk prędzej czy później wraca do domu – tłumaczy.

Spacerując przez wioskę, co krok mijamy rozemocjonowanych mężczyzn pochłoniętych tavli. Grając w tę planszową grę, siedzą niemal na środku ulicy, gdzie ustawili mały stolik  i kilka krzesełek. Nikomu nie przeszkadzają, bo przecież samochód tędy i tak nie przejedzie.  Duża część uliczek  w górach Troodos jest wąziutka, bo jeszcze po wojnie jedynym dostępnym środkiem transportu były tu osiołki. Powiedzieć o tavli, że to zajęcie „tradycyjne”, to zdecydowanie za mało. Wszak pisał o niej już Sofokles, twierdząc, że wymyślono ją dla zabicia czasu podczas trwającego 10 lat oblężenia Troi. Wynalazek najwyraźniej się udał – zabawa skutecznie zabija Grekom czas do dziś.