Chyba nie schodziłeś z plaży! – słyszałem po powrocie z Bułgarii. Nic z tych rzeczy. Plażowanie przegrało rywalizację ze skalnymi monasterami, dzikimi klifami i ruinami fortec.

Dwa wagony jeży. Według jednych przywiezione z Węgier, zdaniem innych z Albanii. Miały się rozpanoszyć i oczyścić teren z węży, żeby na wybrzeżu można było zbudować hotele i zaprosić turystów. Taki był – przynajmniej według opowieści lokalnych przewodników – początek Złotych Piasków, który to kurort w pobliżu czterokilometrowej plaży zaczął powstawać w 1957 r., a więc całkiem niedawno. Starsze pokolenia mają do niego sentyment, bo w czasach komunizmu demoludowe wybrzeża Morza Czarnego stanowiły jedyne „ciepłe kraje” dostępne przeciętnym Polakom. Latem rodacy licznie kultywowali zatem deklarowaną na oficjalnym rządowym szczeblu przyjaźń między socjalistycznymi narodami. Mimo najazdu turystów i bliskości Warny (raptem 20 km) dzikość okolicy została w jakimś sensie zachowana, bo tereny przylegające do plaży stały się częścią parku narodowego. Przemierzając jego szlaki (w końcu ileż można plażować?), nie wolno pominąć skalnego monasteru Aładża. Powstał w znajdującym się w środku lasu białym wapiennym uskoku. Dwa poziomy naturalnych i wykutych przez człowieka pieczar, cela cerkiewka i pomieszczenia gospodarcze wznoszą się do 30 m nad ziemią. Widoczne do dziś pozostałości pochodzą z XIII w., ale monastyczne życie kwitło tam prawdopodobnie już kilka wieków wcześniej. Jeśli trafi się na chwilę bez towarzystwa zorganizowanych wycieczek (co łatwe nie jest), odgłosy lasu, morze na horyzoncie i bryza kołysząca koronami drzew u stóp wprowadzą was w nastrój kontemplacji. Urok tych „okoliczności przyrody” z pewnością łagodził surowe kontury życia ascetycznych mnichów.

OD KLIFU Z RÓŻAMI DO KLIFU Z DELFINAMI

Północny fragment wybrzeża Bułgarii to Bałczik, białe miasteczko urokliwie rozlokowane na wysokich nadmorskich wzgórzach, z główną atrakcją – letnim pałacem królowej Rumunii, Marii (tereny te przed wojną znajdowały się po drugiej stronie granicy). Proste budynki monarszego kompleksu rozlokowane są w ogrodzie botanicznym z tysiącami gatunków roślin, w tym kaktusów i róż. No i winiarnią, w której można popróbować świetnych miejscowych win o zaskakujących nutach smakowych.

Jadąc dalej na północ, w stronę rumuńskiej granicy, trafimy na przylądek Kaliakra. Na wąski skrawek lądu wcinający się w morze i opadający doń 70-metrowej wysokości klifami w różnych odcieniach brązu i czerwieni wiedzie Brama  40 Dziewic. Skąd nazwa? Według  legendy panny wolały rzucić się  w przepaść, niż trafić do tureckiej niewoli. Takie położenie było idealne do obrony, zatem już od czasów starożytnych rozmaite ludy wznosiły tu twierdze. Resztki warowni sterczą tam do dziś. Spacer nad dzikim urwiskiem daje fantastyczne widoki i mocne wrażenia. Wokół przylądka żerują delfiny, warto więc cierpliwe poczekać – a nuż pojawi się  jakieś stadko?

PRZED OSMAŃSKĄ NAWAŁĄ

Jedziemy w głąb kraju – do Wielkiego Tyrnowa. To stolica tzw. drugiego państwa bułgarskiego, które prosperowało w XIII–XIV w. Wraz z jego upadkiem rozpoczęło się 500-letnie tureckie jarzmo. Zwykliśmy uważać, że 123 lata nieobecności Polski na mapie to coś w skali Europy wyjątkowego. Niewola Bułgarów tymczasem trwała przez pięć wieków,  a osmańskie porządki były wyjątkowo brutalne. Podbijając Bułgarów, Turcy wymordowali lub wywieźli połowę ich populacji i spetryfikowali na wieki feudalne stosunki. Najlepsze ziemie i miasta zajęli tureccy osadnicy. Najstarsi chłopcy w każdej rodzinie byli obowiązkowo wcielani do oddziałów janczarów. Słowiańska ludność była gnębiona daninami, grabieżami i brakiem praw. Nie dziwi zatem, że Bułgarzy chlubią się średniowiecznym okresem świetności, a Wielkie Tyrnowo miało udział w ich narodowym odrodzeniu. Miasto jest malowniczo rozlokowane na wzgórzach, a na najwyższym z nich, otoczonym głębokim wąwozem rzeki Jantry, wznosi się Carewec – ruiny imponująco obwarowanej średniowiecznej twierdzy carów. Na szczycie tkwi zaś cerkiew odbudowana pod koniec XX w. w nowoczesnym stylu, z freskami w czarnej tonacji, które – zaskakująco – nie tyle tchną nadzieją, ile trochę mrożą krew w żyłach. A u stóp Carewecu – miasto przyjemnych zaułków, z brukowanymi fragmentami, z zabudową miejscami jakby nadwieszoną nad pionowymi ścianami wąwozu, domami z malowniczymi drewnianymi wykuszami. Piękna jest zwłaszcza Samowodska Czarszija – deptak otoczony starymi rzemieślniczymi warsztatami i sklepikami z pamiątkami.

JEŹDZIEC NA MIARĘ

Niedaleko Wielkiego Tyrnowa leży Arbanasi, wieś nie wieś rozłożona na niewielkim płaskowyżu. To niezwykła osada będąca swoistą federacją mini warowni. rozległe kamienno-drewniane domy w charakterystycznym stylu, otoczone obronnymi murami, nie należały jednak do rolników, a do kupców, bo w XVII w. był to ważny ośrodek handlowy. do obejść prowadzą drewniane bramy otwierające się na dziedzińce (zwiedzać można zaledwie kilka). Czaruje bogactwo detali, zieleń za murami. O zamożności mieszkańców świadczy fakt, że na jakieś sto zachowanych tradycyjnych domostw przypada pięć cerkwi. Prym wiedzie najstarsza – świątynia Narodzenia Pańskiego. Z zewnątrz nic nie zapowiada artystycznej atrakcji, przede wszystkim dlatego, że budynek jest nieproporcjonalnie niski. W czasie tureckiej niewoli Bułgarom nie wolno było wznosić budowli przewyższających jeźdźca na koniu. mimo wszystko ta jest trochę wyższa, co zapewne oznacza, że do kosztów jej budowy w XVI w. trzeba było doliczyć pokaźny bakszysz dla lokalnego tureckiego nababa. Za to w środku... Za rekomendację niech posłuży obecność tutejszych fresków na liście kulturalnego dziedzictwa UNESCO. Arbanasi to kwintesencja Bałkanów pokazująca tutejszy kontekst kulturowy, lokalny klimat i odwieczny deficyt bezpieczeństwa.

A skoro już mowa o jeźdźcach, nie możemy pominąć  tego z  madary. To unikalny w skali kontynentu, wykuty  w skale w okolicach Szumenu, dwadzieścia kilka metrów nad ziemią, średniowieczny relief. Przedstawia jeźdźca z psem przekłuwającego włócznią lwa. Powstał w VIII w., choć zdaniem niektórych pochodzi jeszcze z czasów trackich, a późniejsze greckie inskrypcje są przejawem „kulturowej adaptacji”. Podjechaliśmy tam w samo południe – upalne, rozświetlone oślepiającym słońcem. Do skały ze słynnym jeźdźcem wiedzie wygodna, ocieniona ścieżka. Idziemy więc, oczekując atrakcji. Podchodzimy pod ścianę, gapimy się, komentujemy. Widzisz coś? Gdzie ten jeździec? A pies? A lew? No nic. Konsternacja... Okazało się, że aby móc wyraźnie dostrzec i podziwiać zarys nadgryzionej już przez ząb czasu płaskorzeźby, potrzebne jest odpowiednie światło, np. późnopopołudniowe. Zaglądając tam, miejcie to na uwadze. Na szczęście jeździec znajduje się w klimatycznym parku archeologicznym, z ogromnym skalnym nawisem, pieczarą, pozostałościami skalnego monasteru i pamiątkami po Trakach.


13 WIEKÓW W CEMENCIE

W Szumenie warto też zobaczyć prawdziwe kuriozum – pomnik 1300-lecia państwa bułgarskiego. Stoi na wyniesieniu, tak że podobno (nie miałem okazji sprawdzić) widać go z odległości 30 km. Do monumentu wiedzie oczywiście 1300 stopni, ale można też dróżką podjechać od tyłu. Całość – ogromna. Sam kamienny lew zdobiący czoło monumentu ma ponoć tysiąc ton, co oznacza, że wszystko razem waży dziesiątki tysięcy. Szpetne z zewnątrz ogromne zwały betonu są jakby przecięte i rozsunięte, tworząc pośrodku spore nieregularne place. Na ścianach tego „kanionu” umieszczono gigantyczne socrealkubistyczne rzeźby rycerzy, a także stylizowane na bizantyjskocerkiewne malowidła przedstawiające wybitne postaci z historii kraju. Obiekt wzniesiono na wzgórzu podziurawionym jaskiniami, które trzeba było zasypać. Geolodzy wykonali setki wierceń, żeby sprawdzić, czy góra nie zapadnie się pod ciężarem monumentu. Aby sfinansować przedsięwzięcie, nałożono specjalny podatek. Efektem tych starań zachwycać się trudno, ale wrażenie robi na pewno. A czyż nie dla wrażeń podróżujemy?

CZAS: 7 DNI

KOSZT: 2,5 TYS. ZŁ

INFO:

Powierzchnia: 110 910 km2

Język: bułgarski

Ludność: 7,5 mln

Religia: prawosławie

Waluta: lew bułgarski, 1 BGN = ok. 2 zł

Najlepiej w sezonie letnim, kiedy upalna pogoda nad Morzem Czarnym jest gwarantowana. Po sezonie kurorty takie jak Złote Piaski niemal zamierają.

Podróż samochodem zajmuje 1,5–2 dni. To wygodna opcja, pozwala bowiem na swobodne zwiedzanie na miejscu.

Dobrym rozwiązaniem jest też poszukanie biletu na bezpośredni czarter turystyczny do nadmorskiej Warny (nawet poniżej tysiąca złotych), a potem korzystanie z komunikacji publicznej.

NIEPEŁNOSPRAWNI Na stronie bbs.angloinfo.com/information/67/disabled.asp  można znaleźć m.in. informacje na temat przystosowania pociągów.

Komunikacja autobusowa jest dość sprawna, zwłaszcza między miejscowościami na wybrzeżu.

W przypadku podróży w kilka osób warto postawić na taksówki – wszystkie wyposażone są w taksometry i stosunkowo tanie. Przy trochę dłuższych kursach cena jest do negocjacji (trasę Warna–Złote Piaski pokonałem taksówką za 15 lewów).

Wynajem samochodu jest raczej mało opłacalny (dobre auto  – ok. 150 lewów za dzień).

Imprezy pobytowe w Złotych Piaskach proponuje m.in. Biuro Podróży „Itaka”.

Tak popularne w dawnych czasach kempingi w większości są już nieczynne. Trzeba pamiętać, że obozowanie na dziko jest zabronione.

Kwatery prywatne mają bardzo różny ceny i standard – najlepiej rezerwować je na miejscu, w punktach informacji turystycznej, lub przez internet.

Nieco tańsze niż w naszym kraju (trzeba pamiętać, że średnia płaca w Bułgarii to ok. 1300 zł).  Dania w restauracjach raczej mięsne, z lokalnej kuchni, bez przesadnie bogatego menu.

Owoce i warzywa najlepiej kupować na targowiskach (często pochodzą z upraw działkowych).

Woda płynąca z kranów wszędzie jest zdatna do picia.

Bułgarzy rzadko piją – a więc i podają – herbatę. Pragnienie najlepiej gasić sokami owocowymi i miejscowym (dobrym) piwem.

Bułgaria jest wielkim producentem olejku różanego, stąd pełno tu różanej konfekcji kosmetycznej i spożywczej, a także konfitur, likierów itp. Warto też rozejrzeć za dobrą miejscową ceramiką.

www.bulgariatravel.org

Ankieta Travelera

Tym razem Traveler pojechał do Bułgarii z Anną Guzik, aktorką teatralna i serialową. O sobie mówi, że jest łowcą przygód.

1. Przed podróżą Bułgaria kojarzyła mi się... z filmem „Karatecy z kanionu Żółtej Rzeki”, który oglądaliśmy z bratem po chińsku  z bułgarskimi napisami. Bezcenne! 

2. Pierwsze wrażenie... było dość przykre. Miejsce, które zapamiętałam jako powiew luksusu, na początku wydało mi się zaniedbane.

3. Urzekło mnie... Wielkie Tyrnowo – klimatyczne miasteczko pełne uroczych zaułków i knajpek.

4. Denerwowało mnie... że do każdego dania podawano sałatkę szopską. Jakie to monotonne!

5. Miejscowi ludzie są... uśmiechnięci i swojscy.

6. Nie mogłam zrozumieć... bułgarskiego.

7. Niebo w gębie poczułam, gdy... skosztowałam wina na miodzie różanym. Wytwarzane od setek lat według pilnie strzeżonej receptury.

8. Niezapomniane miejsce... to leżące poza miastem pradawne miejsce kultu z kamiennym lasem. Tu wyczuwa się niezwykłą energię.

9. Z podróży przywiozłam... przepiękną ikonę oraz smakołyki dla przyjaciół – chałwę, miód różany oraz wspomniane wcześniej wina.

10. Po powrocie tęsknię za… kąpielami w morzu!