Cały kraj to niezwykle barwna mozaika, gdzie zachwycą nas nie tylko antyczne wykopaliska rzymskie oraz arcydzieła architektury islamu, ale także codzienność życia mieszkańców.

W tym kraju wszystko wydaje się niezwykłe: od kolorów skał, zieleni palmowych gajów wyrastających wśród piasków, architektury bardziej przypominającej baśniową scenerię niż realne budowle, ludzi, którzy wyglądają jak przeniesieni w czasie z jakichś odległych wieków, po rzemiosło, którego fantazja jest w tak kolosalnej sprzeczności z modnym ostatnio w Europie minimalizmem. Maroko to jeden z najdalej na zachód wysuniętych krajów arabskich. Armia proroka Mahometa nazwała go Maghreb, co znaczy ziemia, „gdzie umiera słońce”. Stoję na 200-metrowym wzgórzu na krańcu Afryki i obserwuję, jak fale oceanu wypłukują z plaży rozgrzany słońcem piasek. Portugalczycy 500 lat temu zbudowali tu ufortyfikowaną wioskę – kazbę, dziś został z niej jedynie wysoki, żółtawy mur. I on to sprawia, że choć termometr pokazuje 35oC, są tu Berberowie, wielbłądy i turyści. Ci ostatni, żeby podziwiać jedyny ocalały zabytek Agadiru – tylko on przetrwał trzęsienie ziemi, ci pierwsi, żeby zarabiać. Za pamiątkową fotografię z przystrojonym niczym choinka wielbłądem albo szczerbatym, ale za to spowitym w błękit rdzennym mieszkańcem północnej Afryki trzeba zapłacić. – Bilon jest zły, miss – usłyszałam po tym, jak próbowałam wręczyć honorarium mojemu modelowi. – Daj mi papierowe pieniądze – powiedział. Gdy zasugerowałam, że nie posiadam takowych, w powietrzu zawisła awantura, której echo z pewnością dotarłoby aż do oddalonego o 270 km Marrakeszu.

Ze wzgórza kazby zjeżdżamy wąską, krętą drogą wcinającą się w czerwony stok porośnięty wilczomleczami – krzewami przypominającymi kaktusy. Swą nazwę zawdzięczają podobieństwu do mitycznej meduzy. Ona zabijała wzrokiem, wilczomlecz truje mlecznym sokiem zawierającym związki cyjanogenne. Jego żrące właściwości Berberowie wykorzystują do dezynfekcji – tak brzmi oficjalna wersja. Nieoficjalnie może spowodować zapalenie skóry, wrzody, ślepotę.

Zastanawiam się, jak mógłby wyglądać Agadir, gdyby urody 50 lat temu nie odebrało mu trzęsienie ziemi. Zamiast intrygującej egzotyki widzę kurort, który niczym nie różni się od innych tego typu ośrodków w basenie Morza Śródziemnego. Przy portowym nabrzeżu cumują setki rybackich kutrów-sardynkowców zbudowanych z drewna eukaliptusowego, które jest wyjątkowo odporne na gnicie. Sardynki, jeden z głównych towarów eksportowych Maroka, łowi się nocą, gdy tysiącami podpływają pod powierzchnię w poszukiwaniu planktonu. Można je kupić za grosze bezpośrednio od rybaków i oddać do przyrządzenia w lokalnej tawernie. Tak robią turyści. Marokańczycy zabierają ryby do domu, by przygotować wieczorną ucztę, przy której zasiądzie cała rodzina. W piątek – dzień święty dla muzułmanów – będzie to prawdopodobnie kuskus, w inne dni – wszystko, na co pozwoli fantazja i umiejętności gospodyni. 
Jedziemy wzdłuż wybrzeża Atlantyku, które będzie nam towarzyszyło aż do Rabatu. Poszarpane, urwiste ściany Atlasu Wysokiego, którego szczyty osiągają nawet 4 000 m wysokości, przeplatają się z niewielkimi, romantycznymi zatoczkami. Puste plaże zachęcają do biwakowania. Mijamy posiadłości należące do kuwejckiego księcia, króla Arabii Saudyjskiej i brata obecnie panującego w Maroku króla Muhammeda VI. Ekskluzywne rezydencje można poznać po niezwykle zielonej, wypielęgnowanej trawie, kamerach umieszczonych co kilka metrów, uzbrojonej ochronie i zakazie fotografowania. Z czasem zabudowa znika i nie ma już nic poza krajobrazem tak różnym od wszystkiego, co do tej pory widziałam. Skały przybierają niespotykane u nas kolory; czerwony, pomarańczowy i żółty. Ubóstwo roślinności sprawia, że stada kóz mają duży problem ze znalezieniem czegoś do jedzenia. Zdesperowane wdrapują się nawet na kolczaste drzewa arganiowe, by jeść ich listki i owoce. Czasami na sękatych konarach stoi po kilkanaście zwierzaków. Argania to słynące z długowieczności, endemiczne drzewo. Można je spotkać tylko w promieniu 100 km od Agadiru. Jest pod całkowitą ochroną między innymi dlatego, że nikt nie potrafi go rozmnożyć. Z przypominających kształtem oliwki owoców tego drzewa wytłacza się bogaty w witaminy olej. Specjalizują się w tym Berberyjki. Do wyciśnięcia litra oleju potrzeba 30 kg pestek. Lista jego właściwości nie ma końca. Poza wzbogacaniem smaku i aromatu potraw leczy on choroby skóry, poparzenia, poprawia trawienie. Na jego bazie robi się kremy, kosmetyki do pielęgnacji włosów i wiele specyfików medycyny naturalnej.



Zatrzymujemy się w As-Suwajra zwanej Mogadorem. Dawniej była to ufortyfikowana portugalska twierdza. Spaceruję po potężnych obronnych murach, a wiatr urywa mi głowę. Tutaj Ridley Scott kręcił sceny do Królestwa niebieskiego. Maroko i jego średniowieczne zabytki to raj dla filmowców. Nawet nie muszą budować sztucznych dekoracji, a świetnie jeżdżący na koniach marokańscy żołnierze są tanimi statystami w historycznych epopejach. Ocean jest tu wyjątkowo niespokojny, miota się i ryczy. Krzyżowcy Scotta nie mieli łatwego zadania, lądując na tutejszej plaży, podobnie jak windsurferzy zmagający się właśnie z wysokimi falami. Na horyzoncie majaczą Wyspy Purpurowe. Ten niezwykle ceniony przez rzymskich cesarzy barwnik (od niego pochodzi nazwa wysp) wydobywano z ciał ślimaków, po których zostały miliony muszli tworzących niezwykłą nekropolię. As-Suwajra była enklawą piratów, w latach 60. XX w. stała się stolicą hippisów (Maroko jest liderem w uprawie konopi indyjskich, z których produkuje się haszysz), dziś tutejsze domy kupują bogaci europejczycy, remontują i zamieniają na hotele. Zagłębiam się w wąskie uliczki mediny, czyli starego miasta. Partery większości kamieniczek zajmują sklepiki. Szczególnie piękna wydaje mi się tu biżuteria. Młody sprzedawca na moją sugestię, że poszukuję czegoś wyjątkowego, unosi wieko skrzyni. W środku skarby. Oryginalna berberyjska biżuteria zrobiona z nieznanych mi kamieni o dziwnych kształtach i kolorach. Resztę czasu przeznaczonego na zwiedzanie spędzam na intensywnym targowaniu się o turkusowy naszyjnik. Doświadczam tego rytuału w całej jego spektakularnej formie. Piję litry herbaty o smaku miętowej pasty do zębów, przebieram się w galabiję i uczę się, jak z 7-metrowego kawałka materiału wykonać perfekcyjny tagilmus, turban zasłaniający twarz. Zjadam też pyszny obiad, zaprzyjaźniam się z połową ulicy, dostaję kilka zaproszeń na kolację i za nic poza biżuterią nie muszę płacić. W ASafi – stolicy marokańskiego fajansu po raz pierwszy spotykam kobiety wyglądające niczym chodzące namioty. Pomimo upału, zgodnie z nakazami religii, mężów lub ojców, duszą się pod kilogramami bezkształtnej tkaniny. Ja spływam potem pod cienką bawełnianą bluzką. Wysiadamy na głównej ulicy miasta, którą z obu stron szczelnie otaczają stragany. Wszędzie piętrzą się gliniane cuda: misy, talerze, filiżanki, garnuszki, dzbanki, dzbanuszki, salaterki, popielniczki, miniaturowe zwierzątka, w setkach wzorów, wielkościach, kolorach. W obliczu takiego bogactwa czuję się bezradna. Chcę coś kupić, ale nie jestem w stanie dokonać wyboru. Talerz zielony czy czerwony, płytki czy głęboki, duży, a może mały? Kręcę się sfrustrowana między gęstniejącym tłumem. Marokańczycy po 17.00 masowo wylegają na ulice, żeby zrobić zakupy, poplotkować. Szybko okazuje się, że to nie ja ich, a oni mnie uważają za atrakcję. Dziesiątki ciekawskich oczu śledzi każdy mój gest. Poddaję się. Rezygnuję z ceramiki i pocieszam się ślimakami w aromatycznym, korzennym sosie. Smakują jak kurze żołądki.

Rano opiekunka naszej grupy (jestem na objazdowej wycieczce z biurem podróży) zapowiada niespodziankę. Autobus zatrzymuje się na parkingu, a my wychodzimy wprost na plażę. Al-Walidijja – morska zatoka – jest tym, czego potrzebuje czasami zmęczony podróżnik. Cudownie jest nic nie robić: ściągnąć buty i łazić po ciepłym piasku albo leżeć i słuchać szumu oceanu. Sielankę przerywa mi młody człowiek, który uparł się, że powinnam zrobić zdjęcie z jego krabami. Patrzę na skorupiaki. Żal mi ich, żal też chłopca hipnotyzującego mnie wielkimi brązowymi oczyma. Wyciągam drobne. W Maroku dzieci ciężko pracują. Często same utrzymują swoje rodziny.

Portugalczycy zbudowali na marokańskim wybrzeżu kilka fortów, dzięki którym mogli kontrolować tutejszy handel. W Al-Dżadidzie utrzymali się najdłużej. Potężne mury twierdzy otaczała fosa, teraz biegnie tutaj dwupasmowa szosa. Wchodzimy przez bramę na teren mediny. Wygląda na wymarłą, a sklepy i warsztaty na opustoszałe. To jednak złudzenie. Trwa właśnie sjesta, która w Maroku zaczyna się o 11.00, a kończy o 15.00. Po kilku minutach docieramy do cysterny. Tu Portugalczycy gromadzili wodę na wypadek oblężenia. Odnaleziono ją przez przypadek. Pewien Żyd chcąc powiększyć sklep, rozbił ścianę, a z otworu zamiast przestraszonych nietoperzy lub szczurów trysnęła woda. W środku cysterny jest chłodno i przyjemnie. Wpadające przez otwór w suficie światło rozjaśnia mrok i pozwala dostrzec detale – kolumny podtrzymujące sklepienie i deszczówkę, która na podłodze utworzyła gigantyczną kałużę. Potężne mury twierdzy stawiały opór piratom i mudżahedinom. Dziś ten fragment historii przypominają skierowane w ocean armaty. Żałuję, że nie mogę zostać tutaj dłużej. Podobno na tutejszej plaży są najpiękniejsze w Maroku zachody słońca.


O Casablance – najbardziej romantycznym filmie świata – słyszał chyba każdy. Tak mi się wydawało, dopóki nie spytałam o niego kilku mieszkańców Casablanki. O zgrozo, wszyscy odpowiadali, że nie słyszeli o filmie i nie rozumieją naszej fascynacji tym miastem. Dla nich Casablanca to po prostu najnowocześniejsze i najbogatsze miasto Maroka, stolica biznesu, gdzie każda licząca się firma ma swoje przedstawicielstwo. Marzenia o lepszym życiu przyciągają do tej metropolii o trudnej do ustalenia liczbie mieszkańców (3–5 mln) kolejnych ludzi. Szukają tu szczęścia, a zwykle powiększają i tak gigantyczne slumsy – wylęgarnię islamskiego ekstremizmu. Podjeżdżamy pod najsłynniejszą budowlę tego miasta – meczet króla Hasana II, ojca obecnego monarchy. Minaret tego trzeciego co do wielkości meczetu świata strzela w niebo na wysokość 200 m. Wzniesiono go jako dar narodu dla władcy z okazji jego 60. urodzin. Na prezent musiała się złożyć każda marokańska rodzina, budowa pochłonęła 750 mln dolarów. Marmurową fasadę pokrywa pajęczyna arabesek, czyli misternych geometrycznych lub roślinnych wzorów wyrażających nieskończoną naturę boga. Same zdają się nie posiadać początku ani końca, wypełniają całą przestrzeń. Niestety, nie mogę wejść do środka. W Maroku jedynie wyznawcy Allaha mają do tego prawo. Żeby się tam dostać (właśnie trwa modlitwa), musiałabym z pamięci wyrecytować wersety Koranu.

Wieczorem, mimo ostrzeżeń o grożących mi niebezpieczeństwach, idę do mediny w Casablance. Jestem w tym kraju zaledwie kilka dni, a już się uzależniłam... Wciągają mnie wąskie, gwarne, zatłoczone uliczki, fascynuje morze towarów, ciekawią sprzedawcy w każdym momencie gotowi do rozmowy. Większość z nich nigdy nie była poza Marokiem, nie opuściła nawet granic własnego miasta.

Casablankę od Rabatu dzieli niecałe 100 km i dzięki dobrym drogom pokonujemy je błyskawicznie. Z Rabatu wieki temu wyruszały armie mudżahedinów na podbój Europy. Sułtan Jakub al-Mansur władający terytorium od Tunezji po Hiszpanię postanowił wybudować tu najwspanialszy meczet świata, przy którym spotkałaby się wracająca z Europy armia. Zmarł, nim ukończono dzieło. Do dziś przetrwała jedynie 40-metrowa wieża Hasana, wzór formy marokańskich minaretów. Na placu, który przed lizbońskim trzęsieniem ziemi z XVIII w. był meczetem, dziś stoi przygnębiający las połamanych kolumn. Mijam go w drodze do mauzoleum króla Hasana II. Za życia nazywano go oświeconym despotą. Gdy podróżował, zamykano dzielnice. Monarcha cudem przeżył kilka zamachów stanu. Mówiono nawet, że jest nieśmiertelny. Jego sarkofag jest zdumiewająco skromy jak na kogoś, kto miał harem złożony z 200 kobiet.


Za wysokim murem w kolorze ochry znajduje się nekropolia skrywająca tym razem szczątki wielkich sułtanów z dynastii Merynidów, rządzących Marokiem od XIII do XV w. W bramie Szelli wita nas czarnoskóry muzyk gnawa. Przebrał się specjalnie, żeby zrobić dla nas show. Minutę wcześniej zwyczajnie ubrany sprzedawał bilety. Jego kolorową czapkę zdobią przynoszące szczęście muszle kauri. Zaczyna od rytmicznego walenia w bęben, potem niczym bąk wiruje wokół nas, odsłaniając garnitur niekompletnych zębów. Spektakl kończy się pamiątkowymi zdjęciami i bakszyszem, czyli zwyczajową opłatą. Za bramą otoczył mnie zaczarowany ogród. Powietrze cudownie pachnie różami, oleandrami i jak się później dowiedziałam belladonną, rośliną o magicznych właściwościach. Rzymianki używały jej do rozszerzania źrenic, co nadawało im bardziej uwodzicielski wygląd. Wśród drzew spacerują ibisy białe i gniazdują niemieckie bociany. Dochodzę do ruin meczetu, w którym pochowano Czarnego Sułtana i jego żonę, „nawróconą” na islam Angielkę, oraz ich dziecko. Miejsce spoczynku rodziny wskazują pokruszone kamienne płyty. Ogród skrywa też ruiny rzymskiej osady Sala Colonia z I–IV w. n.e. i cudowne źródełko, wokół którego wylegują się dziesiątki kotów. Bezpłodne kobiety przychodzą tu prosić o dar macierzyństwa. W Rabacie żegnam się z Atlantykiem i wjeżdżam w głąb Maroka. Od tego momentu temperatury będą tylko wzrastać, a przyjemna bryza stanie się nierealnym marzeniem. Ale za to poznam prawdziwe Maroko, z całą jego magią, kolorami i jeszcze bardziej bajkową architekturą. Przede mną Meknes, Fez i Marrakesz – trzy cesarskie miasta.

Meknes zwane Wersalem Południa otacza 25-kilometrowy potężny mur wijący się niczym wąż wśród żyznych pól, winnic i sadów owocowych. Dziś miasto jest prowincjonalnym ośrodkiem, ale w XVII w. było stolicą Maroka. Rozkwitło za czasów Mulaja Ismaila – jednego z największych i najbardziej krwawych sułtanów w historii tego kraju. Na początku swojego panowania ściął ku przestrodze 700 niewolników i ich głowami ozdobił mury Fezu. Monarcha nie miał litości dla nikogo, nawet własnych dzieci. Córki dusił, zaś synom za byle przewinienie obcinał kończyny. Sam chyba także nie czuł się bezpiecznie, bo postanowił uczynić z Meknes twierdzę nie do zdobycia, zdolną opierać się ewentualnym wrogom przez lata. Jednocześnie miało to być miejsce pełne ogrodów, pałaców i fontann. Mulaj nie tylko pogardzał ludzkim życiem, ale grabił też pałace swoich poprzedników, zrównywał z ziemią nekropolie, a surowiec wykorzystywał do budowy własnej stolicy. Właśnie wchodzimy do gigantycznych spichlerzy, o ścianach grubości 4 m. Podobno kryją one szkielety niewolników, którzy setkami umierali nie tylko z przemęczenia, wznosząc obiekty ku chwale władcy. Ich bezużyteczne ciała po prostu mieszano z zaprawą. W spichlerzu złożonym z szeregu komnat połączonych korytarzami gromadzono ziarno i rośliny strączkowe. Zapasy miały wyżywić ludność nawet podczas 10-letniego oblężenia, a wystarczyły podobno na 12 miesięcy. Z równie imponujących królewskich stajni po trzęsieniu ziemi pozostały tylko mury porośnięte dzikimi pnączami i krzakami. Niektóre źródła wspominają o 12 tys. koni, które miały tu przebywać. Jednak z obliczeń wynika, że nie było ich więcej niż 1 200, choć to i tak robi wrażenie. Konie miały się tu po królewsku – podziemnym systemem doprowadzano im nawet wodę. Rechotem historii jest jednak fakt, że grób Mulaja Ismaila jest celem pielgrzymów ściągających z całego kraju. Podobno ma on cudowną moc, a na odwiedzających spływa łaska. Ciekawe tylko czyja? Mimo późnej pory decyduję się zobaczyć jeszcze najpiękniejszą i największą bramę Afryki – Bab Mansur. Wznosi się ona naprzeciwko dużego suku, na którym można kupić poukładane w gigantyczne piramidy oliwki i słodycze (podobno najlepsze w Maroku). Bab Mansur wygląda niczym wrota do innego świata. Ma z 10 m wysokości, 3 łuki, podtrzymują ją kolumny wyrwane z Volubilis, rzymskiego miasta, którego zwiedzanie mam w najbliższych planach, i ozdabiają niebiesko-zielone arabeski.


Napięty program wycieczki uniemożliwia dłuższy pobyt w jednym miejscu. Opuszczam Meknes ze świadomością, że powinnam tu spędzić co najmniej kilka dni, ale to uczucie towarzyszy mi od początku pobytu w tym kraju. Mkniemy w kierunku Volubilis (obecnie Kasr Firaun), zostawiając za sobą obłok kurzu. Po drodze mijamy jedno z najświętszych miast islamu MAulaj Idris. Dawniej innowiercy nie mieli do niego wstępu, dziś zakaz już nie obowiązuje, ale turyści wciąż nie są tam mile widziani. Z daleka Maulai Idris przypomina kształtem białą śpiącą wielbłądzicę. W VIII w. Berberowie udzielili tu gościny Mulajowi Idrisowi I, prawnukowi proroka Mahometa, który uciekał przed prześladowaniami. Idris nawrócił na islam tutejsze plemiona, poślubił jedną z miejscowych kobiet i został królem. Tym samym przyczynił się do założenia pierwszej arabskiej dynastii w Maroku. Niestety, wysłannicy kalifatu odnaleźli go i otruli. Ród przetrwał dzięki potomkowi, który narodził się po śmierci Idrisa. Volubilis do III w. zamieszkiwali Rzymianie. Ten prężny ośrodek rozwijał się dzięki handlowi oliwą, purpurą, drewnem cedrowym, wieprzowiną i dzikimi zwierzętami: żyrafami, lwami, słoniami, które stąd wysyłano na rzymskie areny. Potem został opuszczony i popadał w zapomnienie. W ruinę przykrytą tonami ziemi zamieniło go jednak w XVIII w. trzęsienie ziemi. Kataklizm przetrwał jedynie łuk triumfalny cesarza Karakall i to on, wystając ponad grunt, zwrócił uwagę dwóch dyplomatów, którzy zwiedzali te tereny. Volubilis odkopano i dziś można je zwiedzać niczym skansen. Jego największą atrakcją są świetnie zachowane mozaiki, które pełnię urody ujawniają po deszczu. Dziś ich misterne wzory są lekko zakurzone, ale i tak jest co podziwiać: Diana w kąpieli, Herkules w trakcie wykonywania swoich słynnych prac, cztery pory roku, które wyobrażają cztery kobiety. Wiosna ma przy uszach kwiaty, lato kłosy we włosach, a jesień winogrona. Co do zimy, to nie jestem pewna jej atrybutów. Domy Rzymian składały się z dwóch części. Publicznej, gdzie przyjmowano gości, i prywatnej przeznaczonej dla domowników. Tylko najbogatsi mieli w rezydencjach mozaiki i oczywiście chwalili się nimi w części publicznej. Interesujące są też miejskie toalety. Nie tylko załatwiano w nich potrzeby fizjologiczne, ale też interesy. Rzymianie jedli i pili bardzo dużo, manifestując zamożność. Potem wymiotowali, robiąc miejsce na nowe potrawy. Tak pewnie narodziła się bulimia.

Ze wzgórza, na którym znajdują się ruiny fortu, patrzę przez szpaler bugenwilli na medinę Fezu, najbardziej skomplikowaną milę kwadratową na świecie. Składa się na nią niemal 1 000 pogmatwanych uliczek, dziesiątki tysięcy niewysokich domów, medres, pałaców i meczetów. Żyje tam i pracuje 200 tys. osób. Największa ostoja średniowiecza na świecie oglądana z góry imponuje rozmiarami, lecz nie robi wrażenia. Co innego z bliska. Po przekroczeniu bramy od razu wpadam w labirynt i stwierdzam, że o orientacji nie może być tutaj mowy. Latem temperatura sięga nawet 50oC, więc tam, gdzie to tylko możliwe, wiszą siatki bądź maty odcinające dopływ promieni słonecznych. Zresztą uliczki są tak wąskie, że niczego poza niebem nie widać. Tu trzeba się poddać i zgubić, by później odnaleźć się dzięki uprzejmości jakiegoś fassi, mieszkańca medyny. To niezwykłe, ale ta część Fezu nie zmieniła się od setek lat, bo nie da się tutaj wjechać żadnym budowlanym sprzętem. Przemierzam kolejne uliczki, które stają się coraz węższe i węższe. Czasami muszę się przeciskać bokiem. Ustępuję pierwszeństwa objuczonym osiołkom, jedynemu środkowi transportu mieszczącemu się w tutejszych zaułkach. Mijam setki sklepów z przedmiotami tak pięknymi, że nie mogę od nich oderwać wzroku. W przydomowych warsztatach wyplata się dywany, tka bajecznie kolorowe narzuty i koce, wytwarza lampy z wielbłądziej skóry i ozdabia je henną, rzeźbi i inkrustuje meble, szyje ubrania na maszynach pamiętających czasy naszych prababć. Marokańczycy kochają piękne przedmioty i przedkładają rękodzieło ponad masową produkcję. W Fezie tworzą najwięksi marokańscy artyści. Ich pradziadowie osiedlali się tutaj od IX w. i nieustannie doskonalili swoje umiejętności. W XII w. przybyli tu naukowcy, duchowni, mistycy, czyniąc z Fezu centrum intelektualne Maroka. Lokalny przewodnik prowadzi nas do jakiegoś domu. Okazuje się, że to sklep ze skórzanymi wyrobami. Miły pan podaje nam listki mięty i sugeruje, żebyśmy przytknęli je do nosa. Wąskimi schodkami dostajemy się na taras. Zapach staje się coraz bardziej intensywny. Kulminacja następuje na zewnątrz. Tę woń, choć nie należy do przyjemnych, można znieść, gorzej jest z temperaturą. Czuję się, jakbym była na przedmieściach piekła. Żar leje się z nieba, a białe mury oślepiają. W dole krzątają się ludzie, co jakiś czas zanurzając partię świeżych skór w kadziach z moczem i barwnikami. Znajduję się w słynnych feskich garbarniach, gdzie technologia pracy nie zmieniła się od średniowiecza.


Wieczorem znów jestem w medinie, tym razem po to, by zjeść kolację i poznać marokański folklor. Dom, nijaki na zewnątrz, w środku przypomina pałac. Siedzę w sali bogato ozdobionej stiukami, kobiercami i mozaiką. Muzycy, tancerka brzucha, a nawet podbrzusza wirują po sali, zapraszając gości do wspólnej zabawy. W jednym z przedstawień zostaję czwartą żoną atrakcyjnego żydowskiego turysty. Gdy na stole pojawiają się słodycze, żałuję, że to koniec. Pocieszam się tym, że wkrótce zobaczę Marrakesz, najpiękniejsze miasto Maroka, oczko w głowie króla Muhammeda VI.

Zanim jednak to nastąpi, spędzam dzień w autobusie. Właściwie byłby on stracony, gdyby nie postój w lesie cedrowym rosnącym na wysokości 1 200–1 400 m. Wdycham przesycone olejkami eterycznymi powietrze i patrzę na 60-metrowe giganty. Cedry są tak cenne, że wycinać można tylko martwe drzewa. W lesie żyją makaki. Siedzą na gałęziach lub biegają i w ogóle nie boją się turystów.

Od godziny wypatruję charakterystycznego obrazka – palm wyrastających zza czerwonego muru, w którego tle majaczą potężne góry. Marrakesz to baśniowa metropolia znana z pięknych ogrodów, doskonałej kuchni, niezawodnej pogody i atmosfery wiecznej zabawy. To ostatnie zapewne nie spodobałoby się srogiemu emirowi Jusufowi ibn Taszfin, który w XI w. pokonał Atlas Wysoki i ze swoim wojskiem znalazł się w różowo-złotej dolinie. Przybył z misją niesienia nowej wiary i tu postanowił zbudować warowny zakon. Brakowało tylko wody. Zadbał o to sprowadzony
z Bagdadu genialny inżynier, który zaprojektował system kanałów sprowadzających wodę z Atlasu. Dzięki niej Marrakesz tonie w kwiatach. Każda zamożniejsza rodzina ma ogród, w którym rosną: figi, palmy, róże, jaśminy. W islamie ziemskie ogrody dają przedsmak wiecznego życia w raju. Przy meczecie Kutubijja, najwyższym i najstarszym w marrakeskiej medinie, zaczepiają mnie przedziwnie ubrani sprzedawcy wody. Nie radzę jej jednak kupować – pochodzi zapewne z pobliskiej fontanny. Pełnią oni funkcje reprezentacyjne i zarabiają na swoim wizerunku, utrwalanym przez turystów. Minaret meczetu Kutubijja, bliźniaczo podobny do wieży Hassana w Rabacie, ma 70 m wysokości i jest świetnym punktem orientacyjnym dla przyjezdnych. Wystarczy przedrzeć się przez wiecznie zakorkowaną ulicę, by stanąć na najsłynniejszym placu Maroka – Dżamaa al-Fna.

Jest potwornie gorąco. Po chwili uciekam do hotelu, a na plac wracam około 19.00. Cóż za zmiana! Z sennej atmosfery nic nie pozostało. Panuje taki tłok, jakby nagle wszyscy mieszkańcy postanowili udać się na zakupy w jedno miejsce. Tłum gęstnieje, o 20.00 osiąga apogeum. Tak jest codziennie przez cały rok. Otaczają mnie: zaklinacze węży, fakirzy, wróżbici, akrobaci, połykacze ognia, wszelkiej maści muzycy i tancerze, sprzedawcy afrodyzjaków, kurzych łap, zajęczych ogonów i innych preparatów wykorzystywanych do odprawiania tajemnych rytuałów. Czuję się jak na festiwalu teatrów ulicznych, z tym że tutaj wszyscy aktorzy postanowili występować jednocześnie. W przenośnych restauracjach można kupić: krewetki, ślimaki, coś, co przypomina smażone wołowe oczy i bardziej tradycyjne dania. W uliczkach odchodzących od placu znajduje się tradycyjny suk, gdzie można nabyć wszystkie wytwarzane w Marrakeszu towary. Postanawiam zafundować sobie hennę. Negocjuję cenę, wybieram wzór, a po dwóch minutach moja ręka przypomina dzieło sztuki. Jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie będzie mi przypominało, że wakacje spędziłam w kraju o niezwykłym bogactwie oferowanych wrażeń.