Na takie dziewczyny mówią "kobietony" albo "babozwierzaki". Jakie? Takie jak wrocławianka, Małgorzata Wojtaczka, która 25 stycznia 2017 r. dotarła samotnie na biegun południowy. Jako pierwsza Polka.

Na takie dziewczynki mówi się żywe srebro. Albo gorzej – że mają diabła za skórą. Bo nie usiedzą w miejscu. Bo wolą majsterkować, niż bawić się z koleżankami, naprawiać samochód, niż gotować z mamą w kuchni. Takie dziewczynki jak Małgosia Wojtaczka nie będą pracować 8 godz. przed komputerem. Wciąga je świat dziki i nieznany. Surowy i tajemniczy. Fascynują głębokie jaskinie, dalekie rejsy i samotność gdzieś na końcu świata. Może wtedy, kiedy Gosia ma kilka lat i siedzi z tatą w garażu, jeszcze nie śni o ekstremalnych emocjach, wędrówkach po norweskim płaskowyżu czy treningach, podczas których będzie ciąg­nąć za sobą opony samochodowe. Może? Kto to wie.

 
Słaba płeć?

Na takie dziewczyny jak Wojtaczka koledzy Jurka Kukuczki mówili kobietony, babozwierzaki albo konie. Bo więcej jedzą, niż są w stanie wnieść w plecaku. Do tego nie myślą jak faceci i potrafią się kłócić o szminkę. Takie dziewczyny jak Wanda Rutkiewicz czy Anna Czerwińska nie miały łatwo. – Imponowały mi, bo przecierały szlaki – nie kryje Gosia. – Dzięki determinacji i walce udało im się nie tylko przetrwać w męskim, czasami bezlitosnym świecie, ale i pokazać, że potrafią dokonywać rzeczy równie wielkich. Czytała o nich i może w głowie powoli rodziła się myśl, żeby być jak one. Przekraczać granice, które bywają trudne nawet dla facetów.

Twierdzi, że miała łatwiej. Bo czasy trochę już inne i przekonanie, że wiele rzeczy nie zależy wcale od płci, też jakby bardziej powszechne. Choćby wytrzymałość, psychiczne predyspozycje, by w skrajnie trudnych warunkach iść do przodu. Nie poddawać się, choć pulki (sanki) ważą niemalże 120 kg, wiatry wieją, jakby na złość, prosto w oczy, a śnieg sypie tak, jakby matka natura postanowiła sobie z Gosi zakpić. – Wiedziałam, że to nie będzie łatwa wyprawa, że na lądzie czyhają szczeliny, że sanki mogą się wywracać, a temperatura odczuwalna sięgnie minus 45 stopni – wylicza. – I choć nie raz musiałam się szczypać, by się upewnić, że naprawdę tam jestem, nie było ułamka sekundy, w którym bym żałowała albo chciała zawrócić.

Nawet wtedy, kiedy wcale nie było tak, jak sobie zaplanowała. – Nie da się wszystkiego przewidzieć. Ćwiczyłam na sucho wydostawanie się ze szczelin, ale nie mam bladego pojęcia, czy udałoby mi się samej z niej wygrzebać za pomocą śrub – podkreśla. No i pogoda. – Ta to wywinęła mi numer – uśmiecha się. Bo co z tego, że wiatry powinny wiać z południa, skoro w drugiej połowie marszu atakowały ze wschodu i północnego wschodu. Co z tego, że miało nie być opadów śniegu, a dziwnym trafem sypało całe 14 dni. W takich warunkach sanki wcale nie są posłuszne, wilgoć potęguje zimno, a rozbijanie namiotu zamienia się w walkę.

Tyle że Gosia lubi walczyć.

 

Chora na biegun

Na takie kobiety mówi się, że jak już zachorują, to koniec. Tak było od czasów studiów, kiedy pojechała pierwszy raz wspinać się w góry; i później, gdy postanowiła eksplorować jaskinie. Zawsze szukała wyzwań, miejsc nieodkrytych, dzikich. Takich, gdzie człowiek odcina się od zgiełku miasta, przestaje żyć rachunkami, polityką, telewizją, a zaczyna się mierzyć z samym sobą. Choroba na biegun pojawiła się podczas wyprawy na Spitsbergen. Wtedy, kiedy w warunkach zimowych, na nartach, zdobyła szczyt Newtontoppen (1717 m n.p.m.), najwyższą górę Spitsbergenu, ciągnąc za sobą pulki ze sprzętem wyprawowym i jedzeniem. Wspomina: – Wracałam do domu i myślałam, że trzy tygodnie to zbyt krótko, że chętnie powtórzyłabym to doświadczenie. Biegun południowy wydał się zamysłem diabelskim, nierealnym, na początku wyłącznie marzeniem, które we mnie kiełkowało.

Trafiło na żyzną glebę. Bo choć Antarktydę znała z wcześniejszych wypraw polarnych jachtem Expeditions, samotne zdobycie bieguna, bez pomocy z zewnątrz, było wyzwaniem ekstremalnym. Książki Amundsena, Kamińskiego, a także Liv Arnesen – pierwszej kobiety, która dotarła na biegun południowy, rozpalały wyobraźnię, ale też świetnie oddawały wszystkie niebezpieczeństwa tej krainy. Samotna wędrówka przez 120-kilometrowy największy płaskowyż Europy – Hardangerviddę w Norwegii – był ostatnim testem. Na tyle udanym, że Małgosia zaczęła kompletować sprzęt i przygotowywać organizm. Na liście rzeczy niezbędnych znalazło się kilkaset pozycji; od namiotu, nart, kuchenki po rozgrzewające plastry, rękawiczki, czapki i bieliznę termiczną.

W jej codziennym treningu prócz biegania, wędrówek z ciężkim plecakiem pojawiły się ćwiczenia z piłką lekarską i ciągnięcie opon samochodowych. Czas płynął nieubłaganie, a sytuacja stawała się nerwowa. – Bo buty były złe i trzeba było wymieniać, narty przyszły w ostatniej chwili, pulki miały być miesiąc wcześniej – wylicza. – Przed wyjazdem w moim domu koczowali przyjaciele, którzy pomagali w pakowaniu i trzymaniu nerwów na wodzy. Sanki okazały się cięższe, niż planowała. Ona sama zmęczona i pełna obaw i złych snów, czy wszystko się uda. Czy da radę?

 

Czasem lubi się topić

Na takie kobiety mówi się niezłomne. Niezależne i niebojące się samotności. Takie, które potrafią zapomnieć na dwa miesiące o prysznicu, kosmetykach i łatwym życiu. Którym wystarczy paczka mokrych chusteczek i wysiłek fizyczny działający jak petarda. Daje takiego kopa, którego nie da się przyrównać do czegokolwiek innego. Małgosia jest w stanie wiele poświęcić dla celu, ale dostaje coś w zamian. – Magię surowej natury – podkreśla. – Krajobraz Antarktydy przypomina zastygłe morze, czasami spokojne, lekko pomarszczone, innym razem wzburzone, rozszalałe jak w trakcie sztormu. Dostrzegasz wielkie fale, białe grzywy, wydmy wyrzeźbione przez wiatr i dosłownie zamierasz – opisuje. Czujesz na twarzy wiatr, skrzypienie śniegu, czasami otacza cię tak wielka cisza, jakby kończył się świat.

W takim krajobrazie łatwo się zatopić. I Wojtaczka nieraz się topiła. Podczas przerw zagapiała się na te swoje bałwany, podczas drogi nie była w stanie przyspieszyć, bo wciąż miała mało. – Musiałam w końcu się ogarnąć i trzymać ustalonego planu – mówi. Pobudka o szóstej rano, grzanie wody, gotowanie płatków owsianych, przygotowanie słodyczy na drogę, smarowanie kremem. Kolejne warstwy ubrań trzeba nakładać dokładnie i precyzyjnie. Tak by nie nabawić się odcisków i tak by źle zawiązana sznurówka nie mściła się w trakcie drogi. – Samo zakładanie butów zabierało mi 15 min, a potem jeszcze przenoszenie rzeczy do sanek i 20 km drogi. Marsz – średnio 9–11 godz. dziennie. W przerwach batony, chałwa, sezamki, cukierki czekoladowe, trufle, kabanosy i suchary przełożone smalcem. Około 4,5 tys. kilokalorii dziennie. A i tak się chudnie – zaznacza.

Strach? – Był – nie kryje. Że złamie nogę, przyplącze się infekcja, organizm nie wytrzyma temperatur. – Gdy zbliżałam się do bieguna, ostrożniej stawiałam narty, bo już gdzieś czaiła się myśl, że jest szansa, że to zrobię – opowiada. Zmęczenie i pytanie: „czy się uda?”, zagłuszała śpiewaniem. Takim do wewnątrz, by nie marnować energii. Obok kawałków Elektrycznych Gitar wędrowały z nią kolędy, a czasami i przekleństwa, gdy sanki wywróciły się na świeżym śniegu i trzeba je było podnosić, tracąc czas i siły.

Meldowała się codziennie. W amerykańskiej bazie ALE (Antarctic Logistics & Expeditions) o umówionej porze podawała swoją pozycję. Co kilka dni wysyłała maila, który koledzy zamieszczali na stronie projektu: SamotnieNaBiegun.pl. – Byłam zdziwiona, że tak wiele osób mi kibicuje, sprawdza pozycję i zagrzewa do walki – przyznaje. Przydało się zwłaszcza na finiszu, kiedy ostatniej doby nie rozłożyła namiotu i postanowiła przejść końcowy odcinek bez snu. „Zdrzemnę się na biegunie” – pomyślała sobie. Musiała się spieszyć, bo właśnie kończyło się antarktyczne lato, a ostatni samolot odlatujący tego sezonu z bieguna już czekał. – To nie była łatwa droga, budynek stacji miałam przed oczami przez mniej więcej 8 godz., a dystans prawie w ogóle się nie zmniejszał. Tępy śnieg bez poślizgu wyciskał ze mnie siódme poty. Czułam się, jakbym ciągnęła po żwirze dwie ciężkie opony od traktora, każda po 50 kg – porównuje.

Po 20 godz. marszu czekały na nią gorąca herbata i ciepły posiłek przygotowany przez pracowników bazy. Rozejrzała się po mlecznym krajobrazie i pomyślała, że życie jest piękne. I że było za krótko. Rozłożyła po raz ostatni swój namiot i poszła spać. Drzemka na biegunie? Kto jej tego zabroni.

Katarzyna Kachel