- Z każdym odepchnięciem wiosła, z każdym centymetrem w stronę drugiego brzegu, coraz mocniej odczuwam magię. Magię, której w ciągu kilku dni będę wielokrotnie świadkiem. Wkraczam do afrykańskiego świata duchów - pisze Bruno Pawlak o początkach swojej podróży po Gwinei.

Po 16-godzinnej podróży samochodem wreszcie wysiadam. Każda część ciała obolała i odbita na afrykańskich wertepach. Droga Conakry - Bamako jest i tak najlepsza w kraju. Już trochę po północy. Wszędzie zalega gęsty mrok. Kierowca gasi oślepiające światła samochodu. Ukazuje się piękne niebo - pełne gwiazd, zupełnie inne od naszego. Nie chcę się nigdzie ruszać bez latarki, bo wiem, że gdzieś obok mnie powinna znajdować się rzeka. Jest tak ciemno, że mógłbym do niej wpaść. Wreszcie, po omacku, wygrzebuję z plecaka czołówkę. Klik. A więc to jest Niger. Latarka oświetla lekko zamuloną, niespiesznie płynącą wodę. Na jej powierzchni płynie jakby druga rzeka - para, mgiełka. Unosi się kilkadziesiąt centymetrów nad powierzchnią wody i delikatnie wiruje. Wygląda co najmniej jak sceneria zlotu czarownic. Albo spotkania duchów. Te afrykańskie zapewne tak właśnie wyglądają. Jestem już na tyle zmęczony, że zapominam wyciągnąć aparat i zrobić zdjęcie. Będę sobie to później wypominał.

Wchodzę ostrożnie do chybotliwej łódki - dłubanki. Nagle coś zalewa mi całe buty. Dno łódki jest nieco dziurawe i przecieka. Spokojnie, to Afryka, jeszcze niejedno może się zdarzyć – myślę i wyłączam latarkę.

Całkowita ciemność. Nigdzie nie ma księżyca. Tylko gwiazdy. Tysiące gwiazd. Słychać delikatny plusk wiosła z tyłu i odgłos nurtu, muskającego dno łódki. Dłubanka przy każdym mocniejszym pchnięciu wiosła przechyla się niebezpiecznie na bok. Euforia, strach przed nieznajomym. Przede wszystkim zmęczenie. Z każdym odepchnięciem wiosła, z każdym centymetrem w stronę drugiego brzegu, coraz mocniej odczuwam magię. Magię, której w ciągu kilku dni będę wielokrotnie świadkiem. Wkraczam do afrykańskiego świata duchów.

 

***

Budzę się w chatce. Ściany ulepione z gliny. Na bambusowych żerdziach oparty jest słomiany dach. Wychodzę na zewnątrz. Mimo wczesnej godziny, słońce świeci już dość mocno. Magia, której bliskość wczoraj była tak mocno odczuwalna gdzieś dziś wyparowała. Za dnia jest to podwórze zwykłej, afrykańskiej wioski. Kilka chatek, takich jak moja, skupionych jest na jednym piaszczystym placu. Rośnie tu kilka drzewek. Dają ważny i niezbędny cień.

Czas na śniadanie. Środkiem placu idzie człowiek. Jest dziwnie ubrany. Ma szerokie spodnie z niskim krokiem i pas, do którego przywieszone są różne kolorowe ozdoby. Dzieci i dorośli, którzy zebrali się w cieniu by zobaczyć białego człowieka, odnoszą się do nowego przybysza z wielkim szacunkiem. Wszyscy go pozdrawiają. On odpowiada tylko przelotnym spojrzeniem i skinieniem głowy.

- Kto to jest? – pytam znajomego tubylca z wioski.

- Szaman. Bardzo ważny człowiek. Nie wolno mu przeszkadzać, on ma swoje, ważne zajęcia.

Mimo, że wioska jest w większości muzułmańska i mieszkańcy nawet budują w niej meczet, wciąż pozostaje miejsce na dawne wierzenia. Duchowość w tych ludziach jest bardzo głęboka. Ogromne znaczenie mają przeróżne symbole. Dlatego Allah i obowiązkowa modlitwa 5 razy dziennie swoją drogą, a szaman i duchy, którymi się zajmuje - swoją. Szaman mimo sił nadprzyrodzonych i możliwości kontaktu z duchami, też człowiek. Muzułmanin.

Przeprawiam się na drugą stronę rzeki. Tam znajdują się pola uprawne. W upalnym słońcu pracownicy ścinają sierpami ryż. Obok nich spaceruje dwójka mężczyzn, ubranych w tradycyjne gwinejskie czapki. Przygrywając na bębenkach wyznaczają rytm pracy i śpiewają by dodać siły przy pracy żniwiarzom. Prawdziwe, rdzennie afrykańskie work songs. Magia.

Pod wieczór jadę z jednym z lokalnych mieszkańców motorkiem do sąsiedniej wioski. Odbywa się tam dzisiaj wieczór panieński. Mężczyźni w zasadzie nie biorą w nim udziału, lecz nasz przewodnik gra na bębnach djembe, więc ja również mogę tam być. Bębny wygrywają niesamowicie skomplikowane rytmy. Masa kobiet, dzieci i kurzu wzbijanego ich stopami. Formuje się duże koło. Wszystkie kobiety tańczą w tym samym rytmie. Nagle dwie lub trzy wybiegają na środek, bębny przyśpieszają. To coś w rodzaju tanecznej solówki. Potem wracają z powrotem do koła i rytm wraca do normy. Małe dzieci nie mogą brać udziału w misterium dorosłych, tworzą więc po bokach swoje własne, mniejsze kółeczka, w których tańczą według tych samych „zasad”. Na pierwszy rzut oka widać, że od najmłodszych lat genetycznie czują rytm. Gdy zaczyna się ściemniać, bębniarze wracają do swojej wioski, zabawa jednak trwa dalej. Magia.

Jest już parę godzin po zachodzie słońca. Siedzę na centralnym placu wioski, pod wielkim drzewem liczącym ponad 300 lat. Widać niewiele. Pali się kilka pojedynczych żarówek zasilanych wioskowym generatorem. Działa 2-3 godziny na dobę. Ludzie siedzą na ławeczce, piją mocną kawę, herbatę. Rozlega się donośny zaśpiew z głośników w meczecie. To immam wzywa na modlitwę. Charakterystyczny śpiew z chrapliwych głośników, po ciemku i w takim miejscu robi niesamowite wrażenie. Plac szybko się wyludnia. Zapanowuje cisza. Magia.

Błądzę dobre pół godziny po ciemku zanim udaje mi się odszukać właściwy plac i właściwą chatkę. Wszystko wygląda tak samo. A w ciemności, zwłaszcza w pojedynkę jest tu dość upiornie. Tubylcy są zawsze razem, nigdy samotnie. Szczególnego znaczenia nabiera to po zmroku, gdy świat duchów ożywa i staje się znów zupełnie realny. Ja też go czuję. Bardzo mocno. Od razu lepiej się czuję gdy widzę solarną lampkę, palącą się delikatnym, niebieskim światłem i znajomą postać siedzącą obok. Przysiadam się. Jest ciemno, siedzimy więc razem, nie samotnie. Towarzyszy nam Magia.

Tekst i zdjęcia: Bruno Pawlak