Nie boją się wyzwań. Świat zwiedzają na własną rękę. Poznajcie ich historie.

Podróż jest kobietą

Kiedyś na pytanie o różnice między kobiecym i męskim podróżowaniem odpowiadałam, że nie wiem, bo nie jestem mężczyzną. Ale wiem bardzo dobrze i to samo powie każda dziewczyna, która kiedykolwiek pojechała sama: nigdy i w żadnej innej sytuacji  nie spotykamy się z tak wielką pomocą i życzliwością ze strony obcych ludzi. Czują się w obowiązku, żeby się nami opiekować.

Gdy w czasie swojej pierwszej dłuższej podróży w kilka miesięcy przemierzałam Indie, podróżujący w tych samych przedziałach mężczyźni bezpardonowo wyrzucali innych, którzy przychodzili na mnie popatrzeć.

W Iranie goszczące mnie rodziny potrafiły następnego dnia odwieźć mnie 200 km w inne miejsce, w Uzbekistanie poznani w drodze ludzie pokłócili się, kto się mną zajmie – w efekcie trafiłam i na trzydniowe wesele, i na piknik nad Amu Darią.

W Turkmenistanie zaopiekowali się mną poznani na granicy przemytnicy. Gościli mnie przez kilka dni, a gdy wyjeżdżałam, gospodyni wstała o 5 rano, żeby upiec mi świeże czebureki na drogę, bo przecież nie mogę jechać cały dzień o suchym chlebie, dodając do nich ręczniczek, żebym miała w co wytrzeć dłonie.

Podróżujący mężczyzna nigdy tyle nie otrzyma – potwierdza Anita Demianowicz. Wie, co mówi, bo choć zwykle podróżuje sama, czasem zabiera też męża, ma więc porównanie: – Ludzie są tak samo życzliwi, ale skoro jestem z mężczyzną, już się o mnie nie martwią, bo to on ma się mną opiekować. Na mój widok nie biegnie więc kierowca, by wziąć ode mnie plecak, co – gdy jestem sama – jest całkiem normalne.

Z tego samego powodu nieco więcej nam uchodzi na sucho i nawet służby mundurowe patrzą z pobłażaniem na wykroczenia.

Kiedy Agnieszka Siejka wróciła z pierwszej podróży solo – po Libanie – wymieniła się wrażeniami z mieszkającym tam wcześniej znajomym.  – Gdy mu coś opowiadałam, mówił: „Nie, to niemożliwe”, a kiedy on coś opowiadał mnie, rzucałam: „Nieprawda, to nie mogło się zdarzyć”.

Jemu, gdy próbował zrobić zdjęcie czołgów na ulicach, wojskowi bezpardonowo wyjęli kartę z aparatu, zdeptali ją, a negocjacje i epatowanie dyplomatycznym paszportem ucięli: „Stul pysk, bo zaraz ci pokażemy dyplomację”. Tymczasem kiedy podobne zdjęcia robiła ona, policjanci tylko się uśmiechnęli i przyjaźnie pomachali.

W Dagestanie, gdzie za wejście bez pozwolenia w strefę przygraniczną, w której w dodatku operował specnaz, dostała 3 tys. rubli mandatu, naczelnik policji na do widzenia dał jej tysiąc z własnej kieszeni, stwierdzając, że musiał to być dla niej spory wydatek. Ja za podobną historię w Osetii Północnej do mandatu dostałam 200-gramową czekoladę.

Małgosia Maniecka, która przebywała w Uzbekistanie kilka godzin dłużej, niż pozwalała jej na to wiza, za namową miejscowych zamiast przejściem przekroczyła granicę nielegalnie przez rzeczkę. Ale wpadła w ręce pograniczników, urzędników reżimu. – Rozpłakałam się – przyznaje. – Popatrzyli, powiedzieli, żeby więcej tak nie robić, i puścili wolno.

 

Czy to bezpieczne?

Te historie też częściowo odpowiadają na najczęściej zadawane nam pytanie: „A czy ty się nie boisz?”.

Osobiście uważam, że kobieca podróż nie jest bardziej niebezpieczna od codziennego życia, a może nawet bezpieczniejsza, bo nie dość, że o nas dbają, na wszelki wypadek mamy oczy dookoła głowy. Poza tym:

– Facet będzie szedł w zaparte, nie przyzna się, że coś go przerosło, nie poprosi o pomoc – mówi Maja Sontag, która swoją przygodę z podróżą dookoła świata zaczęła od szkoły językowej w Gwatemali. – A ja zamiast się szarpać, pytałam: Puedes ayudarme? [możesz mi pomóc?].

Ludzie nie potrafią przejść obojętnie obok samotnej, potrzebującej pomocy kobiety. Od kiedy to zrozumiałam, wszystko stało się prostsze. Prostsze na tyle, że kiedy w Boliwii uciekał jej autobus, poprosiła policjantów, żeby zatrzymali ruch na skrzyżowaniu, a gdy na Tasmanię doleciała w święto,  kapitan zapytał przez interkom, czy ktoś mógłby ją podrzucić do miasta?

 

W gąszczu savoir-vivre

Różne są też dziesiątki drobiazgów, o których przed wyjazdem często nie mamy pojęcia. Autorzy przewodników ich nawet nie zauważają, bo ich zwyczajnie nie dotyczą. Na przykład: w bardziej postępowych krajach muzułmańskich kobieta z odkrytą głową nie robi wielkiego wrażenia, a już na pewno nie wtedy, kiedy jest to turystka.

Jeśli jednak ma długie włosy, powinna je nosić związane, bo rozpuszczone kojarzą się zbyt jednoznacznie. Z krótkimi jest jeszcze gorzej. Nie dość, że fryzjerzy w wielu miejscach na świecie z takimi sobie nie radzą, bo miejscowe kobiety takich nie mają (dlatego, żeby ukryć efekt lokalnych przystrzyżyn, krótkowłosa Maja zawsze podróżuje z kapeluszem), ich właścicielki są odczytywane jako zbyt wyzwolone.

Styl Agnieszki Siejki w ten sposób ocenił kierowca z Dagestanu. Inny – w Libanie – na dzień dobry powiedział: „Znam wiele Polek, bo pracowałem w Abu Zabi”. – Myślałam, że się ucieszył. A on musnął mnie najpierw raz w kolano, potem drugi, a kiedy zaczęłam protestować, zdziwił się: „No, przecież ci mówiłem, że znam Polki z Abu Zabi”. A skąd ja miałam wiedzieć, że wtedy wszystkie Polki w Abu Zabi to były prostytutki?!

Mnie za damę lekkich obyczajów wzięli młodzieńcy, których zatrzymałam na stopa w Macedonii. Okazało się, że zatrzymywałam gestem kojarzonym z nimi – ze stresu nie pamiętam, czy trzeba wystawić kciuk, czy właśnie tego nie robić – ale kiedy już sobie wyjaśniliśmy sytuację, panowie byli zawstydzeni bardziej ode mnie. No bo skąd mieli wiedzieć, że prostytutką nie jestem.

W krajach, w których światy kobiecy i męski funkcjonują osobno, obowiązuje swoisty savoir-vivre i nawet drobne gesty mogą być odebrane opacznie. Dlatego lepiej założyć długą koszulkę, żeby przy schylaniu się nie pokazać niechcący kawałka pleców, nie siedzieć w autobusie z nogą wyciągniętą w przejściu (panowie mogą jej dotknąć, podciągnięta nogawka odsłoni kawałek łydki) ani nie podawać sprzedawcy monet do ręki.

Obowiązujący w Iranie hidżab nakazuje, by kobiety miały zakryte także stopy, turystkom jednak nikt nie zwraca uwagi za chodzenie w sandałach. Ale już do czadoru, a taki trzeba założyć, wchodząc do miejsc świętych, należy włożyć skarpetki i nie wolno do niego nosić okularów przeciwsłonecznych.

Niektóre czajchany, a więc herbaciarnie, są przeznaczone dla wszystkich, ale inne – tylko dla panów i żadna szanująca się kobieta nawet do nich nie zajrzy, bo zostanie to odebrane jako poszukiwanie przygód.

Kłopot bywa też z hotelami: w Iranie w najtańszych (zwanych mosaferkhaneh) zwyczajowo zatrzymują się tylko mężczyźni i musiałabym upaść na głowę, żeby w nich zostać. Z opresji wybawiały mnie młode Iranki, polecając dormitoria dla studiujących i pracujących dziewcząt.

 

Temat tabu: toaleta

Małgosia Maniecka w afgańskim Kandaharze trafiła do hotelu, w którym nie było toalet dla kobiet, bo i po co, skoro one nie podróżują. Kiedy wyszła pod murek na zewnątrz, zaatakowało ją dwóch miejscowych, ale na szczęście uciekła. Sprawa toalet to w ogóle poważniejsza historia, choć zwykle nieporuszana, bo przy tak wielkim słowie jak „podróż” zwyczajnie nie wypada.

Na naszych pokazach największe zainteresowanie zawsze budziła kwestia, jak to się robi na Spitsbergenie – mówi Agnieszka. Otóż robi się to szybko, z powodu mrozu. Z boliwijskiego salaru oprócz jego piękna zapamiętam gołe tyłki, ponieważ schować się zwyczajne nie było gdzie.

Jeszcze większą traumę potrafią wywołać toalety w Azji Środkowej i Chinach, bo nie dość, że nieoddzielone ściankami, to często są ustawione w rządkach naprzeciw siebie. Kuca się więc, patrząc w oczy tej z przeciwka. Ponieważ tam poczucie prywatności jest rozumiane inaczej, na miejscowych takie rozwiązanie nie robi żadnego wrażenia. Ja, żeby zapewnić sobie jej choć trochę, zawsze pakuję do plecaka długą spódnicę.

 

Tajna broń kobieca

Kiedy jednak pytają nas, co w damskich podróżach jest najtrudniejsze, bez wahania powiemy: mężczyźni. I dopóki nie jest się kobietą podróżującą bez męskiego ramienia, nie zrozumie się tego. – Gwizdy, zaczepki, natarczywe wgapianie się, czasem ktoś złapie za kolano w autobusie – mówi Anita Demianowicz o środkowoamerykańskich macho. Zwykle nie jest to niebezpieczne, tylko uciążliwe, no bo ile można.

W mojej skali uciążliwości pierwsze miejsce zajmują Indie, potem jest długo nic, turystyczne rejony Maroka, znowu nic, Bliski Wschód i Kaukaz. Do wgapiania się i zaczepek dochodzą: dotykanie, ocieranie, łapanie za piersi i pośladki, próby pocałunków, uporczywie powtarzane „seks, seks, seks”.

Przy pożegnaniu na szyję rzucają się nawet recepcjoniści, wspólny „odpoczynek” proponują prowadnicy w pustych wagonach i ochroniarze na dworcach, a zapraszający na niewinną herbatkę taksówkarze żądają za nią „zapłaty”.

Oczywiście można to zminimalizować skromnym ubraniem, wzrokiem wbitym w ziemię, traktowaniem panów jak powietrze (metoda muzułmanek) albo miną obrażonej księżniczki (to Gruzinki), ale całkowicie końskich zalotów nie da się wyeliminować nigdy.

W razie potrzeby o pomoc trzeba prosić rodziny albo kobiety; wystarczy, wskazując na młodzieńca, powiedzieć: „madame, problem”. Niedawno w Marrakeszu mąż wezwanej na pomoc madame stłukł młodzieńca – na oko szesnastolatka – tak, że zrobiło mi się go żal.

Trudniej jest tam, gdzie kwitnie seksturystyka. Jedynymi krajami, które przerosły Maję Sontag, były Senegal i Gambia. – Wiedziałam, że kobiety jeżdżą tam szukać seksu, ale myślałam, że skoro ja taką nie jestem, problem mnie nie dotyczy. Ale dotyczył jeszcze bardziej. Szli za mną, mówili, co ze mną zrobią, a gdy kazałam im się wynosić, przychodzili inni, myśląc, że tamci się nie spodobali. Kobiety patrzyły zaś na mnie wrogo, biorąc za tą, która przyjechała odebrać im mężczyzn – opowiada. Wrzaski: „nie chcę, odejdź, odczep się”, pomagały na chwilę, potem zjawiali się nowi.

Problem z mężczyznami zwykle rozwiązuje się, gdy się ożenią. Wówczas w tajemniczy sposób przechodzą na drugą stronę barykady, po której należy się kobietą opiekować. I wtedy pojawia się nowy kłopot: opieki tak wielkiej, że aż męczącej swoją nachalnością.

Tekst: Marzena Filipczak
(Raport: "Dziewczyna w drodze: Podróż jest kobietą", Traveler 04/2015)