Zmagaliśmy się z dużymi różnicami temperatur, rozrzedzonym powietrzem, zmęczeniem oraz własnymi ograniczeniami. 5 października 2008 r. pięcioro z nas stanęło na Dachu Afryki.
Kiedy w Afryce panuje pora sucha, a temperatura osiąga 25°C, stajemy u podnóża Kilimandżaro. Naszym oczom ukazuje się samotny masyw składający się z trzech wulkanów. Statystyki mówią, że do Uhuru Peak, najwyższego punktu na krawędzi centralnego wulkanu, dociera zaledwie 25 proc. uczestników wszystkich wypraw. Mimo że samo wejście nie jest trudne, to z powodu możliwości wystąpienia choroby wysokościowej stanowi nie lada wyzwanie dla organizmu. Czeka nas zmaganie z zimnem, rozrzedzonym powietrzem i zmęczeniem oraz przede wszystkim z własną niepełnosprawnością. Nasza podstawowa ekipa składa się dziewięciu osób: Angelika Chrapkiewicz- -Gądek cierpi na dystrofię mięśniową, Krzysztof Gardaś i Krzysztof Głombowicz poruszają się o kulach, Jan Mela stracił rękę i nogę, Piotr Pogon nie ma jednego płatu płuca, Katarzyna Rogowiec nie ma rąk, Piotr Truszkowski i Jarosław Rola jeżdżą na wózkach inwalidzkich, Łukasz Żelechowski nie widzi od urodzenia. Długo milczymy, kiedy dociera do nas, z jak poważnym przeciwnikiem mamy do czynienia. Spośród ośmiu łatwych tras wybieramy tę najpopularniejszą – Marangu Trail zwaną też Coca-Cola Route.
W Marangu Gate, na wysokości 1800 m n.p.m., gdzie zaczyna się podejście na szczyt, czekają przewodnicy, tragarze i kucharze – ponad 50 osób obsługi. Przed bramą parku z dachu autobusu spadają wózki alpejskie Angeliki i Piotra Truszkowskiego, a także rower Jarka Roli. Doprowadzenie sprzętu do stanu używalności trwa kilka godzin.
O 15.00 wyruszamy na szlak. Droga wiedzie przez las równikowy fascynujący bogactwem dźwięków i odcieni zieleni. Jest dużo gorzej, niż się spodziewaliśmy. Półtorametrowe przepusty odprowadzające wodę są sporym utrudnieniem, szczególnie dla wózkowiczów oraz Jarka jadącego na rowerze napędzanym ręcznie. Marsz coraz bardziej się opóźnia. Na szczęście w krzakach przy szlaku leży porzucony wózek ratowniczy. Mimo że jest ciężki i wielki, Piotrek natychmiast się nań przesiada, pozostawiając swój rozpadający się wehikuł. Idziemy w grupie, ale każdy przeżywa drogę po swojemu. – Chce mi się płakać. Każdy kamień, każdy wybój na szlaku powodują silny ból w plecach – z grymasem na twarzy opowiada Angelika. – Mój wózek nie ma amortyzacji, a poza tym coś się dzieje z kółkiem.
Około 19.00 zaczyna się ściemniać, wkładamy więc czołówki. Angelika jest już niesiona w siodle zrobionym z plecaka Bogusia Bednarza, ratownika GOPR. Do obozu Mandara Hut na wysokości 2700 m n.p.m. docieramy godzinę później. Przypomina trochę nasze górskie schroniska: drewniane domki, piętrowe łóżka, jadalnia, są też toalety i prysznic, z którego płynie lodowata woda. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Większość z nas po kolacji idzie spać. Bez mycia.
Startujemy o 8.00. Od obozu Horombo Hut (3720 m n.p.m.) dzieli nas 12 km drogi w bardzo trudnym terenie. Wędrujemy wśród suchorośli i egzotycznych lobelii deckenii. Jest już mniej cienia, a świecące niemal pionowo słońce, daje nam nieźle w kość. Jacek Grzędzielski prowadzi niewidomego Łukasza. Na wysokości 3400 m n.p.m., kiedy chłopcy opracowali już system porozumiewania się bez słów (kijki w górę – noga w górę, kijki w dół – noga dół), Jacka dopada choroba wysokościowa objawiająca się wysoką gorączką, biegunką i zawrotami głowy. Kilkadziesiąt metrów dalej zaczyna słabnąć Jarek. Klatkę piersiową ma zdartą do krwi, ręce mu omdlewają, ale walczy. W końcu decyduje się oddać swój wehikuł Piotrkowi, a sam przesiada się na jego wózek. Piotrek rusza na rowerze tak mocno, że aż piasek sypie się spod kół. Niełatwą walkę toczy też idący o kulach Krzysiek Głombowicz. Na jego rękach zaczynają się pojawiać odciski. Noga obtarta przez źle dopasowane buty nie wygoiła się jeszcze. Krzysiek odlicza każdy krok: dla córki, dla rodziców, znów dla córki.
Do obozu docieramy po pięciu godzinach marszu, około 14.00. Turyści ze schroniska patrzą na nas z niedowierzaniem. Niektórzy wyszli z domków, aby nam się przyjrzeć.

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

W Rudawach Janowickich powiedzenie "podobne jak dwie krople ...

Gdy Pan Bóg zobaczył piaszczystą równinę postanowił, że musi...
Tylko pozazdrościć takiego uporu i siły. Wielu zdrowych ludzi męczy wejście na Śnieżkę.
Z całego serca gratuluję Wam pokonania własnych słabości dzięki sile ducha i zdobycia Kilimandżaro - to wspaniałe przedsięwzięcie. Serdecznie Pozdrawiam.
Reporterka, autorka książki Każdy ma swoje Kilimandżaro. Lubi słuchać i pisać. Dla jednego zdania potrafi przejechać tysiące kilometrów. Niestraszny jej mróz ani upał. Mieszka w Krakowie. Z sentymentem wraca do Prowansji i Chorwacji. Ostatnio widziano ją w Chinach.

Japonia to kraj kontrastów. Jej ducha dobrze oddaje hasło: n...

Aborygeńskie mity zaklęte w prastarych skałach, orgia koloró...

Monotonne wkuwanie Gramatyki i słówek to już przeszłość. Na ...

Senna epoka, gdy Bangkok zwano Wenecją Orientu, z racji prze...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Już po raz trzeci w ramach Festiwalu „Dźwięki Północy” odbędą się warsztaty muzyki tradycyjnej – taneczne i instrumentalne. U...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.