Ratownicy górscy mówią, że jeśli tylko w górach leży śnieg, to nigdy nie ma zerowego zagrożenia lawinowego.

Kamera nawet nie drgnie. Jedyne, co widać, to spowijająca wszystko biel. Słychać ciężki oddech. Obraz w ogóle się nie zmienia, za to oddech z każdą chwilą staje się cięższy i przyspiesza. Na górze kadru widnieje prześwit, więc śniegu nie może być bardzo dużo. Oddech jest w końcu tak szybki i rozpaczliwy, że podświadomie sama zaczynam głębiej nabierać powietrza, choć przecież nic mi nie zagraża. Siedzę w jednym z tatrzańskich schronisk i oglądam film zarejestrowany przez kamerę narciarza zasypanego przez lawinę. Kiedy oddech przechodzi prawie w rzężenie, coś się zaczyna dziać. Jakaś ręka gwałtownie rozgarnia śnieg, pojawia się dziura, a w niej zatroskane twarze i... uff. Ponad dwadzieścia osób, z którymi podczas kursu lawinowego oglądam nagranie, oddycha z ulgą. Narciarz będzie żył. Pod śniegiem leżał parę minut, ale już zaczynał się dusić. Kursantami są osoby z całej Polski, a jedna nawet ze Stanów Zjednoczonych. Są narciarze freeriderzy, skitourowcy, snowboardziści, ale też ci, co po prostu lubią chodzić zimą po górach. Tym, co nas zgromadziło, jest, ogólnie mówiąc, bezpieczeństwo. Wiedza z kursu lawinowego ma nam pomóc właściwie oceniać zagrożenie, dowiemy się, jakich błędów unikać, co robić w razie zejścia lawiny i jak posługiwać się sprzętem lawinowym. Prócz teorii jest część praktyczna, bo nic tak nie utrwala się w pamięci jak przećwiczenie czegoś na własnej skórze. Nikt nas w śniegu zakopywać nie będzie, ale spróbujemy znaleźć symulatory ofiar – ukryte na stoku pudełka nadające odpowiedni sygnał.

Coś  dla  ekspertów

Już na samym początku odbieram ważną lekcję. Jeśli do tej pory łudziłam się, że z lawiny da się jakoś wyjść o własnych siłach, to moje wyobrażenia właśnie zostały zweryfikowane. Film przemawia bardziej niż liczby opisujące prawdopodobieństwo przeżycia w lawinie. Po zejściu i zatrzymaniu się śnieg cementuje wszystko, co zgarnął po drodze. Zasypany człowiek nie jest w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. Często ma zatkane śniegiem nos i usta. Jego życie zależy od tego, jak szybko zostanie znaleziony. Do 18 min szanse wynoszą około 91 proc. i ten czas jest kluczowy. Służby górskie mogą nie zdążyć dotrzeć tak szybko na lawinisko. Dlatego ważne jest, żeby osoby, które lawiny uniknęły, wiedziały, jak szukać zasypanych i jak udzielić im pomocy. Jeśli upłynie od 18 do 35 min, szanse spadają do 34 proc. Przeżywają tylko ci, którzy mają tzw. poduszkę powietrzną. Na ekranie wyświetlają się slajdy, rysunki, wykresy, nie jest to jednak suchy wykład, lecz żywa opowieść ludzi gór. Kurs prowadzą ratownicy TOPR, którzy w swojej pracy widzieli niejedno. W notesie zapisuję zdanie doskonale charakteryzujące naturę lawin: „Ekspercie, pamiętaj, że lawina nie wie, że jesteś ekspertem”.

Telefon do przyjaciela

Jak w takim razie ocenić zagrożenie? Świeży opad śniegu z wiatrem, nagłe i mocne ocieplenie, słaba konstrukcja pokrywy śnieżnej – to wszystko powinno uruchamiać w głowie sygnał ostrzegawczy. Wytycznych i zasad jest dużo, na dodatek istnieją wyjątki. Na przykład, że południowe stoki zwykle są bezpieczniejsze, ale nie na wiosnę. Ocena zagrożenia lawinowego przypomina mi skomplikowaną łamigłówkę, w której należy uwzględnić aktualną i przeszłą pogodę, nachylenie terenu, strony świata i wiele innych czynników. Służby górskie zimą codziennie określają stopień zagrożenia w Tatrach, Karkonoszach, rejonie Babiej Góry i w Bieszczadach. Poza Tatrami zwłaszcza Karkonosze potrafią być groźne. W nich miała miejsce największa tragedia lawinowa w Polsce. W 1968 r. w Białym Jarze zginęło 19 osób. Ofiarami prócz Polaków byli Rosjanie i obywatele NRD, co dało początek pogłoskom, że ktoś maczał w tym palce. Kluczową sprawą jest wybór trasy – tak by nie wejść w zagrożony teren. Doświadczenie uczy, że to człowiek najczęściej wprawia w ruch tony śniegu na stokach. A jeśli lawina już zejdzie? Trzeba zrobić wszystko, żeby nie zostać zasypanym. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Deska śnieżna – typ lawiny powodującej większość wypadków w Tatrach – może pędzić 90 km/godz., dzięki czemu zmiata wszystko na swojej drodze. Szanse, że pozostaniemy na powierzchni, zwiększa plecak lawinowy. W sytuacji zagrożenia pociąga się za zawleczkę i znajdujące się w plecaku balony wypełniają się sprężonym gazem z butli. Stajemy się „więksi”, a takie obiekty utrzymują się zwykle na powierzchni lawiny. Jak znaleźć kogoś na lawinisku długości kilkuset metrów i szerokości kilkudziesięciu? – Może by tak zadzwonić do niego na komórkę? – zastanawia się któryś z kursantów. Całkiem logiczne, przecież dźwięk telefonu może pomóc w szukaniu. Ratownicy TOPR mają na to gotową odpowiedź. Zasypany oczywiście usłyszy swój telefon, ale go nie odbierze, zaś ci, co stoją na górze, nie usłyszą nic. Śnieg tłumi dzwonek komórki. Ale choć śnieg jest barierą dla dźwięku, przepuszcza fale radiowe. I właśnie ten sposób komunikacji wykorzystują detektory lawinowe. Razem z sondą i łopatką stanowią one „lawinowy zestaw abc”, który na wszelki wypadek zawsze powinno się mieć ze sobą w górach.

Na klęczkach w śniegu

Każdy z nas dostaje do ręki kolorowe pudełko z wyświetlaczem i kilkoma przyciskami na obudowie. Kolejna ważna lekcja: nie wystarczy mieć w górach detektor. Trzeba jeszcze umieć go obsłużyć. Trzeba też wiedzieć, jak posługiwać się sondą i łopatką. Niedługo później biegamy po stoku, wymachując rękami (żeby złapać sygnał detektorów), klęczymy w śniegu i szukamy upozorowanych ofiar. Najpierw ćwiczymy indywidualnie, później w grupach, razem lokalizujemy jednego zasypanego bądź kilku; w każdym z tych przypadków należy obrać inną strategię. W ruch idą sondy i łopatki. Odsuwamy śnieg, unikając wyrzucania go do góry (dodatkowy wysiłek!) i tworząc wykop w kształcie wachlarza. Najważniejsza jest precyzja, a więc tak naprawdę czas. Adrenalina nam skacze, mimo że to tylko ćwiczenie. A co musi się dziać na prawdziwym lawinisku, kiedy działa się w wielkim stresie, bo liczy się każda sekunda? Do tego może dochodzić konieczność podejmowania trudnych decyzji. Jeżeli zasypanych jest więcej, trzeba wybrać, którego ratować najpierw. Czy tego, co leży na głębokości np. 130 cm, czy szukać kolejnego, który może jest płycej i jego odkopanie zajmie mniej czasu? Najlepiej, żebyśmy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji. Ani nigdy nie spotkali się oko w oko z lawiną, bo w tej konfrontacji nie mamy zbyt wielkich szans.

5 prawd o lawinach:
1. Jeśli w górach idziemy bez nart, dużo bardziej ingerujemy w pokrywę śnieżną niż narciarz.
2. Lawiny schodzą głównie w terenie powyżej górnej granicy lasu, ale mogą zejść także w lesie.
3. Najwięcej wypadków zdarza się na stokach o nachyleniu 36–40 stopni.
4. Zasypani szybko się wychładzają, w tempie od 3 do 9 stopni na godzinę. 5. Ani detektor, ani plecak lawinowy nie czyni nikogo nieśmiertelnym!