Na północnym obrzeżu Parku Narodowego Nairobi w Kenii można zobaczyć tajemnicze kolorowe płachty rozwieszone na splątanych gałęziach trójskrzynów, krzewów zwanych też krotonami. Na tle spłowiałych brązów i zieleni, jakie dominują w tutejszym pejzażu, wyglądają niczym pozostałość po jakichś plemiennych obrzędach.

Na północnym obrzeżu Parku Narodowego Nairobi w Kenii można zobaczyć tajemnicze kolorowe płachty rozwieszone na splątanych gałęziach trójskrzynów, krzewów zwanych też krotonami. Na tle spłowiałych brązów i zieleni, jakie dominują w tutejszym pejzażu, wyglądają niczym pozostałość po jakichś plemiennych obrzędach.

Dopiero pod wieczór, o piątej, wyjaśnia się, o co chodzi. W oddali pojawiają się ludzie w jaskrawozielonych kitlach i sfatygowanych kapeluszach. Na przenikliwe nawoływania „Kalama!, Kitirua! olare!” z gęstwiny wyłania się gromada młodziutkich słoni – 18 brunatnych łbów z kłapiącymi uszami, pękatych tułowi, kołyszących się z gracją długich trąb. Słoniki podchodzą do obwieszonych kolorowymi szmatami drzew, a wtedy ludzie zdejmują płachty i opatulają nimi zwierzęta, żeby nie zmarzły w drodze do domu.

Tym domem jest sierociniec i ośrodek rehabilitacyjny dla słoni w nairobi, prowadzone przez Fundusz Powierniczy na rzecz Zwierząt  im. Davida Sheldricka (David Sheldrick Wildlife Trust). Sierociniec przyjmuje z całej Kenii młode słonie osiercone w wyniku kłusownictwa lub konfliktów z rolnikami. Słoniki pozostają w ośrodku do końca okresu, w którym trzeba je karmić mlekiem. Gdy dojdą do siebie i zaczną się samodzielnie odżywiać, przenosi się je 160 km na południowy wschód, do dwóch ośrodków w Parku Narodowym Tsavo. Stamtąd stopniowo, we własnym tempie, wracają do życia na swobodzie, co zajmuje zwykle 8–10 lat. To przedsięwzięcie jest nowatorskim eksperymentem, ćwiczeniem w międzygatunkowym porozumieniu, choć jego korzenie tkwią w najgorszych przejawach ludzkiej nieczułości.




Współczesność to dla największego lądowego zwierzęcia smutne i niebezpieczne czasy. Niegdyś słonie przemierzały kontynenty tak jak wieloryby morza, trzymając się odwiecznych szlaków, których przebieg miały zapisany w swych pojemnych pamięciach. Dziś zamknięte są na niewielkich, coraz bardziej kawałkowanych skrawkach ziemi. Jeśli nie zginą od kul, muszą się zmagać z kurczeniem siedlisk, suszą i presją człowieka. W 1979 r. populację słoni afrykańskich szacowano na 1,3 mln. Przetrwało ich około 500 tys. W Azji na swobodzie żyje przypuszczalnie około 40 tys. słoni indyjskich. Chociaż liczebność słoni drastycznie zmalała, konflikty z człowiekiem się nasilają. W Afryce słyszy się o nich niemal codziennie.

Najnowszym mieszkańcem sierocińca w nairobi jest roczna słoniczka imieniem Murka znaleziona w pobliżu Parku Narodowego Tsavo z dzidą wbitą głęboko między oczy oraz licznymi otwartymi ranami po uderzeniach dzid i siekier. Ostrze wbiło się na głębokość 25 cm, dziurawiąc zatoki, co uniemożliwiało używanie trąby do nabierania wody. W ranach roiło się od larw owadów. Najprawdopodobniej jej matkę zabili kłusownicy, dziecko zaś poranili Masajowie, wściekli, że ich dawne pastwiska zamieniono na parki narodowe. Ekipie weterynaryjnej, która dotarła do zwierzęcia, udało się je znieczulić, oczyścić rany i wyciągnąć ostrze.




Niedola słoni stała się tak wielka, że ulżyć im może, paradoksalnie, tylko największy wróg – człowiek. Świadomość tej sytuacji już w 1987 r. skłoniła Daphne Sheldrick do założenia schroniska dla osieroconych słoni. Sheldrick urodziła się w Kenii, tak jak trzy pokolenia jej przodków, i przez większość życia opiekowała się dzikimi zwierzętami. Patron sierocińca David sheldrick był jej mężem, wybitnym przyrodnikiem i  jednym z założycieli Parku Narodowego East Tsavo. Zmarł w 1977 r. na zawał serca. Daphne wychowywała osierocone młode bawoły afrykańskie, antylopy dikdik i impala, zebry, guźce, nosorożce i wiele innych, ale najbardziej zauroczyły ją słonie.

Osierocone słonie bardzo trudno jest utrzymać przy życiu, bo przez pierwsze dwa lata po   urodzeniu odżywiają się wyłącznie mlekiem matki, a potrzebują go jeszcze przez kolejne dwa. Przez kilkadziesiąt lat, które sheldrickowie spędzili w Tsavo, nigdy nie zdołali uratować sieroty młodszej niż rok. Nie byli w stanie uzyskać sztucznego pokarmu porównywalnego pod względem wartości odżywczych z mlekiem słonicy. Wiedzieli, że mleko słonia jest bardzo tłuste, dodawali więc do pokarmu śmietankę i masło, ale maluchy nie potrafiły tego strawić i umierały. Mleko odtłuszczone słonie trawiły lepiej, ale traciły na wadze i też nie przeżywały. Niedługo przed śmiercią Davida małżeństwo zdołało wreszcie wypracować dobrą recepturę pokarmu. Jego podstawą była odżywka dla niemowląt i mleko kokosowe. Trzytygodniowa osierocona Aisha rosła na nim jak na drożdżach.




Ale to właśnie przy Aishy okazało się, że jest jeszcze inny czynnik niezbędny, by wychować osierocone słoniątko. Gdy Daphne na dwa tygodnie wyjechała do nairobi, aby zorganizować wesele córki, zostawiła półroczną Aishę pod opieką swojego asystenta. Podczas jej nieobecności mała przestała jeść i padła, najwyraźniej z żalu i tęsknoty za zastępczą matką.

– Gdy Aisha umarła, zdałam sobie sprawę, jaki ogromny błąd popełniłam – mówi Daphne, dla której to wspomnienie wciąż jest bolesne.

– Tęskniła za mną. Nie wolno doprowadzić do takiego przywiązania słonia do jednego człowieka. Głupotą z mojej strony było przekonanie, że można wychować słonia, nie tworząc mu dużej zastępczej rodziny. A przecież znałam dzikie słonie. Obserwowałam je w Tsavo przez całe dorosłe życie, więc powinnam była to przewidzieć. Wystarczy rzut oka na stado słoni, żeby zrozumieć, jak ważna jest u tego gatunku rodzina. Trzeba więc ją zastąpić.




Każde stado dzikich słoni jest w pewnym sensie jednym, bardzo wrażliwym organizmem. Młode wychowują się w matriarchalnej grupie, pod troskliwą opieką samic, od rodzonej matki począwszy, przez siostry, kuzynki, ciotki, babki i stare przyjaciółki rodziny. Więzi, które wtedy się tworzą, łączą na całe życie, które trwać może i 70 lat. Młode samce trzymają się matek i dalszych członków rodziny do ukończenia około 14 lat, samice – do końca życia. W razie zagrożenia czy zranienia młodego słonia pozostali członkowie stada opiekują się nim, chronią i pocieszają.

Spójność w grupie zapewnia złożony system porozumiewania się. Słonie wydają najrozmaitsze dźwięki, od niskich pomruków do piskliwych wrzasków i fanfar. Stosują też różne sygnały wzrokowe. Za pomocą trąb, uszu, głowy, ogona potrafią wyrazić cały wachlarz emocji. Jeśli muszą się porozumieć na dalszą odległość, używają mocnych, dudniących odgłosów o niskiej częstotliwości, słyszalnych z odległości ponad półtora kilometra.




W razie śmierci któregoś z członków rodziny pozostałe słonie są wyraźnie smutne i wykazują różne zachowania obrzędowe. Biologowie pracujący w terenie, np. Joyce Poole, która badała słonie przez ponad 35 lat, opisują przypadki, gdy słonie starały się podnieść ciało zmarłego osobnika albo przykrywały je piaskiem lub gałęziami. Poole obserwowała kiedyś samicę, która przez trzy dni czuwała przy martwym noworodku ze spuszczonymi smutnie głową, uszami i trąbą. Słonie przez wiele miesięcy, a nawet lat odwiedzają kości zmarłych członków stada,   dotykają ich trąbami, wydeptują ścieżki do   miejsca spoczynku.

Sheldrick, odkąd prowadzi sierociniec w Nairobi, z podziwem patrzy na to, jak młode osobniki nawet po ciężkich przejściach szybko wplatają się w złożoną sieć wzajemnych społecznych powiązań dzikiego stada. – Mają wrodzoną genetyczną pamięć i są zwierzętami o najwyższym stopniu społecznej inteligencji – mówi. – Intuicyjnie wiedzą, jak okazać szacunek starszym, zaś samice, nawet zupełnie młode, mają instynktowną skłonność do zachowań macierzyńskich. Za każdym razem, gdy pojawia się u nas nowe dziecko, pozostałe słonie gromadzą się wokół niego i czule pieszczą trąbami, by się uspokoiło. Mają wielkie serca.


Pewnego popołudnia stojąc wśród gromadki sierot skubiących liście drzew trójskrzynu,  zwróciłem uwagę, jak bardzo różne charaktery mają te zwierzęta. Kalama, słoniczka znaleziona w studni w północnym Samburu jako pięciotygodniowy maluch, jest wesoła i skłonna do figli. Dla odmiany półtoraroczna Kitirua przywieziona z mokradeł w Parku Narodowym Amboseli, jest jeszcze nieśmiała i trzyma dystans. Czteromiesięczna Tano z rejonu Laikipia w środkowej Kenii, której matka zginęła z rąk kłusowników, tak bardzo przywiązała się do opiekunów, że z zazdrości nie chce dopuścić do nich innych słoni. A druga przypuszczalna ofiara kłusowników, samiec Chemi Chemi, to złośliwy psotnik. – Mówimy na niego al-Kaida. Poszturchuje nas i wszystkie słonie dookoła – wyjaśnia Edwin Lusichi, szef opiekunów.Pewnego popołudnia stojąc wśród gromadki sierot skubiących liście drzew trójskrzynu,  zwróciłem uwagę, jak bardzo różne charaktery mają te zwierzęta. Kalama, słoniczka znaleziona w studni w północnym samburu jako pięciotygodniowy maluch, jest wesoła i skłonna do figli. Dla odmiany półtoraroczna Kitirua przywieziona z mokradeł w Parku Narodowym Amboseli, jest jeszcze nieśmiała i trzyma dystans. Czteromiesięczna tano z rejonu Laikipia w środkowej Kenii, której matka zginęła z rąk kłusowników, tak bardzo przywiązała się do opiekunów, że z zazdrości nie chce dopuścić do nich innych słoni. A druga przypuszczalna ofiara kłusowników, samiec Chemi Chemi, to złośliwy psotnik. – Mówimy na niego al-Kaida. Poszturchuje nas i wszystkie słonie dookoła – wyjaśnia Edwin Lusichi, szef opiekunów.




Słonie zachowywały się jak grupa wyrośniętych nad wiek dzieci szkolnych rywalizujących o pozycję w grupie i popisujących się przed nowym uczniem. Podszedłem do prześlicznej dwumiesięcznej słoniczki imieniem Sities i natychmiast zostałem wrzucony w krzaki przez osobnika o popękanej skórze, który nadepnął mi jeszcze na stopę, żebym popamiętał.

– To Olare, ćwiczy się w umiejętnościach przywódczyni stada – zawołał Lusichi, pokazując roczną słonicę, która uderzeniem zadu zbiła mnie z nóg.




Gdy słonie wracały do boksów, trzymałem się z boku procesji. Ale gdy ruszyłem w stronę drzew z kolorowymi płachtami, słoniowa trąba rąbnęła mnie w krzyż tak, że padłem na kolana.

– Zapomniałem cię ostrzec, że Tumaren nie lubi, gdy ktoś ją wyprzedza – wyjaśnił z szerokim uśmiechem Lusichi, pomagając mi wstać.

Jeśli się spędzi ze słoniami więcej czasu, nie można się oprzeć pokusie przypisywania im cech ludzkich. – Słonie są bardzo podobne do ludzi – mówi Sheldrick, gdy usiedliśmy pewnego popołudnia na werandzie jej domu stojącego na skraju terenu sierocińca. Rozciągał się z niej widok na rozległą, usianą akacjami równinę Parku Narodowego Nairobi. – Mają takie same emocje. Straciły rodziny, widziały, jak mordowano ich matki, przyszły tu naładowane agresją, zrozpaczone, załamane, rozżalone. Cierpią na bezsenność i nocne koszmary.

Nabrzmiała problemami historia stosunków między człowiekiem a słoniem weszła w szczególny etap: przytaczane od dawna przykłady wybitnej inteligencji słoni zaczęła wreszcie potwierdzać nauka. Z badań wynika, że budowa mózgu słonia niezwykle przypomina budowę mózgu ludzkiego. Obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego ujawnia, że słonie mają duży hipokamp, czyli tę strukturę w mózgu, która u ssaków związana jest z pamięcią i stanowi ważny element układu limbicznego odpowiadającego za przeżywanie emocji. Wykazano również, że mózg słonia obfituje w wyspecjalizowane komórki nerwowe zwane neuronami wrzecionowatymi (neuronami von economo), które u ludzi odpowiadają przypuszczalnie za samoświadomość, empatię i świadomość społeczną. Słonie przeszły z wynikiem pozytywnym tzw. test lustra (tj. rozpoznają swoje odbicie w lustrze), a z tego, co wiadomo, jak dotąd udało się to tylko ludziom, niektórym małpom człekokształtnym i delfinom.


Podobieństwa neurobiologiczne skłoniły naukowców do badania, czy młode słonie, które mają za sobą ciężkie przejścia, nie wykazują objawów zespołu stresu pourazowego (PTSD), tak jak ludzkie sieroty, ofiary wojen lub innych tragedii. Gay Bradshaw – szefowa Kerulos Center, placówki zajmującej się badaniami nad psychologią zwierząt – stosuje najnowsze odkrycia neurobiologii i psychologii do wyjaśniania zdumiewających dla obserwatora zachowań słoni. Podejrzewa ona, że zwierzęta z niektórych zagrożonych populacji cierpią na chroniczny stres i uraz psychiczny związany z prześladowaniem i zabijaniem ich przez ludzi.

Do wprowadzenia w 1989 r. międzynarodowego zakazu handlu kością słoniową wielkie straty w populacjach słoni powodowało kłusownictwo. W wielu przypadkach silnie zmieniło ono strukturę społeczną populacji, ponieważ kłusownicy wybierali przede wszystkim starsze osobniki. Na przykład w badaniu przeprowadzonym w Ugandzie ustalono, że wiele samic w wieku od 15. do 25. roku życia nie ma żadnego członka rodziny.




Po wprowadzeniu zakazu niektóre populacje ustabilizowały się, chociaż wciąż większość słoni jest narażona na naciski ze strony człowieka. Ponieważ w ciągu ostatnich pięciu lat kłusownictwo znów rozkwitło, zwłaszcza w Kotlinie Konga i na dużych obszarach Afryki Środkowej i Wschodniej, wiele rodzin słoni utraciło większość lub wszystkie dorosłe samice. W takich zaburzonych populacjach dziećmi muszą się zajmować osobniki młode i niedoświadczone. Coraz większa liczba osieroconych słoni, z których wiele było świadkami śmierci matki w wyniku legalnego odstrzału lub z rąk kłusowników, dorasta bez wsparcia tradycyjnego systemu opieki w stadzie. – Brak starszych słoni i skrajnie traumatyczne zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym doświadczenie, jakim jest przeżycie zagłady członków rodziny, zaburza normalny rozwój młodego zwierzęcia – mówi Gay Bradshaw.


Sądzi też, że traumatyczne przeżycia w dzieciństwie połączone z rozbiciem struktury społecznej są odpowiedzialne za nieobliczalne zachowania słoni, o których donoszą badacze w terenie. I tak na przykład w latach 1992–1997 młode samce z rezerwatu łowieckiego Pilanesberg w rPA zabiły ponad 40 nosorożców, co jest objawem niezwykłego natężenia agresji. W niektórych przypadkach samce próbowały ze swymi ofiarami kopulować. Tym młodym, dorastającym słoniom wybito rodziny (całkiem legalnie, w ramach ograniczenia liczebności populacji) w Parku Narodowym Krugera. Powszechną praktyką w  tamtych czasach było przywiązywanie małych sierot do zwłok zabitych krewnych, póki nie zorganizowano dla nich transportu na nowe miejsce. Po przeprowadzce do Pilanesbergu sieroty dorastały bez opieki jakiegokolwiek dorosłego samca. – Młode samce naśladują obecne w ich otoczeniu starsze, seksualnie aktywne. Tamte młodziki nie miały więc żadnych wzorców – wyjaśnia joyce Poole.

Allan schore z uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, specjalista od zespołu pourazowego u ludzi, który współpracuje z Bradshaw, jest zdania, że zachowanie tych słoni odpowiadało objawom stresu pourazowego u ludzi.   – Wiele badań potwierdza, że neurobiologiczne mechanizmy przywiązania są takie same u wielu ssaków, w tym ludzi i słoni – wyjaśnia schore. – Więź emocjonalna między matką a potomstwem wpływa na kształtowanie się mózgu u rozwijającego się dziecka. Jeśli na wczesnym etapie rozwoju osobnika dojdzie do traumatycznych przeżyć, następuje osłabienie połączeń nerwowych w mózgu w obszarach odpowiedzialnych za przeżywanie emocji i regulowanie stresu. Przekłada się to na mniejszą odporność psychiczną i trwały niedobór w takich dziedzinach, jak zdolność panowania nad agresją, komunikacja społeczna i empatia.




Potwierdzeniem hipotezy, że to wczesne doświadczenia traumatyczne oraz brak wzorców prowadzą do agresji, była próba naprawy porozdzieranej sieci powiązań w grupie słoni. Joyce Poole zasugerowała władzom parku Pilanesberg wprowadzenie do stada starszych samców. Okazało się, że po pojawieniu się w liczącej 85 słoni populacji sześciu dojrzałych i doświadczonych samców nieobliczalne zachowania wyrostków (a także przedwczesne zmiany hormonalne, które u nich zachodziły) ustały jak ręką odjął.

Skoro rany psychiczne słonie przeżywają tak samo jak my, to powinny być też tak jak my, a może nawet bardziej, podatne na leczenie. I rzeczywiście – większość sierot ze schroniska dzięki temu, że ludzie biorą na siebie funkcję zastępczych matek, a także dzięki pomocy innych słoni w sierocińcu, wyrasta na normalne, w pełni sprawne i zdolne do funkcjonowania w stadzie osobniki. Jak dotąd sierociniec sheldrick wychował ponad setkę słoniowych sierot. Wróciły do życia na swobodzie, początkowo niepewnie, połowicznie, wciąż wykazując głębokie przywiązanie do swoich ludzkich opiekunów. W końcu jednak uległy zewowi natury.


Pewnego wieczoru w  porze suchej przy ośrodku  Ithumba w  Parku Tsavo, jednym z dwóch, gdzie sieroty przygotowuje się do życia na swobodzie, z gęstwiny wyłoniła się duża grupa dzikich słoni. Podeszły do poidła i zaspokajały pragnienie. Było ich 25–30 – potężne samce o długich ciosach i stare samice, także młodzież, a wśród niej kilkoro wychowanków sierocińca, a także kilkoro niedawno urodzonych młodych. Tuż przy wodopoju były zagrody pod gołym niebem, w których zgromadziło się już na noc stadko mieszkańców sierocińca. Obie grupy przyglądały się sobie uważnie.

Opiekunowie i ja staliśmy nie więcej niż 25 m od dzikich słoni. Bardzo blisko – zwykle olbrzymy nie zbliżają się tak bardzo. Była to scena jak ze snu, a umożliwiła ją obecność sierot i ich konwersacja z przybyszami. – Powiedziały dzikim, że wszystko w porządku – przetłumaczył mi Benjamin Kyalo, szef opiekunów słoni z ośrodka Ithumba. – Po Tsavo najwyraźniej rozeszła   się wieść: tu ludzie są dobrzy. I jest dobra woda. Można spokojnie przyjść.




W ciągu dnia opiekunowie prowadzają sieroty w teren, by się pasły. W południe dokarmiają podopiecznych mlekiem z butelek w stałym miejscu, koło wodopoju z błotnym kąpieliskiem.  Gdy pojawia się w oddali grupka dzikich słoni, opiekunowie zwołują te sieroty, które jeszcze nie mogą żyć bez mleka, i nie pozwalają im pójść z dzikimi. Ale gdy sieroty mają już 5 czy 7 lat, mogą wybrać swobodę. Niektóre wypuszczają się na kilka dni i wracają do zagrody. Inne odchodzą na dobre, zostając pełnoprawnymi członkami dzikich stad.

Osierocona słonica Loijuk tak bardzo chciała iść do swoich dzikich krewnych, że dwukrotnie otwierała bramę zagrody trąbą. Kilka miesięcy po drugiej ucieczce została członkiem stada złożonego z wychowanków sierocińca. Inna sierota, irima z ośrodka koło Voi, miała niewiele ponad trzy lata i wciąż jeszcze potrzebowała dokarmiania mlekiem, ale uciekła i przystąpiła do grupy dzikich słoni. Mniej więcej po pięciu dniach opiekunowie z Voi usłyszeli piskliwe trąbienie słonia od strony ogrodzenia z pastuchem elektrycznym.




– Irima musiała dać grupie do zrozumienia, że nadal potrzebuje mleka i towarzystwa rodziny z sierocińca i że chce wracać. Ktoś otworzył bramę i edo, były wychowanek sierocińca, przyprowadził irimę do samej zagrody – opowiada Joseph Sauni, szef opiekunów słoni z Voi. Edo napił się trochę wody ze studni, zawrócił i ruszył z powrotem. Zadanie zostało wykonane.

Nawet w pełni „zwrócone swobodzie” sieroty, jak Edo, przychodzą niekiedy do zagród odwiedzić ludzkie rodziny. Pewnego popołudnia w grudniu 2008 roku emily, samica, która jako dziecko trafiła do sierocińca w nairobi 15 lat wcześniej, pojawiła się w zagrodzie w Voi razem ze swoim stadem i gościem, który był dla nas niespodzianką. – Dzień przedtem urodziła młode, 2 km stąd – opowiada sauni. – Przyprowadziła do nas świeżo urodzone młode, żeby je pokazać. Daliśmy dziecku na imię eve.




Na wieczorne karmienie w sierocińcu w Nairobi wracają do boksów młode słonie. Gdy widzą przed stajniami opiekunów z butlami mleka, ruszają galopem. Robi się zamieszanie, bo zmieniono ustawienie boksów, by przyjąć nowego przybysza, a słonie nie lubią zmian. Do akcji wkracza najbardziej doświadczony opiekun Mishak nzimbi zwany „zaklinaczem słoni”, ulubieniec wszystkich podopiecznych. Podnosząc do góry rękę i wydając jedno stanowcze polecenie, mityguje towarzystwo, które po chwili spokojnie dudli z butelek mleczną odżywkę.na wieczorne karmienie w sierocińcu w nairobi wracają do boksów młode słonie. Gdy widzą przed stajniami opiekunów z butlami mleka, ruszają galopem. Robi się zamieszanie, bo zmieniono ustawienie boksów, by przyjąć nowego przybysza, a słonie nie lubią zmian. Do akcji wkracza najbardziej doświadczony opiekun Mishak nzimbi zwany „zaklinaczem słoni”, ulubieniec wszystkich podopiecznych. Podnosząc do góry rękę i wydając jedno stanowcze polecenie, mityguje towarzystwo, które po chwili spokojnie dudli z butelek mleczną odżywkę.

– Opiekunowie mają niesamowity posłuch, a przecież nie używają kija ani innych podobnych argumentów! – zachwyca się Angela, młodsza córka Daphne, która obecnie zarządza Funduszem Powierniczym im. Davida sheldricka. – A wszystko dlatego, że słonie uwielbiają sprawiać przyjemność tym, których kochają. Odpłacają miłością za miłość.




Podchodzimy do boksu oznaczonego imieniem „Murka”. To sierota znaleziona z dzidą w głowie. – Spójrz na nią – mówi Daphne, a Murka, której pozostała tylko blizna na czole świadcząca o potwornych przejściach, podchodzi do drzwi boksu i zaczyna ssać moje dwa palce. – Weterynarze nie dawali nadziei, że przeżyje   pierwszą noc. A tu niespodzianka! nawet psychiczne rany się wygoiły – dodaje Angela. – Była niezwykle zestresowana, rzucała się na każdego. Powoli jednak nabrała zaufania do ludzi, a po miesiącu sama zaczęła się do nich garnąć. To nie jest tylko nasza zasługa. Nigdy by tak szybko nie doszła do siebie, gdyby nie inne słonie.

Wokół nas słonie i opiekunowie szykują się do snu. Przy każdej sierocie śpi codziennie ktoś inny. Chodzi o to, by słoń nie przywiązał się zbytnio do jednego człowieka (i odwrotnie). Nzimbi, który tej nocy będzie pilnował Murki, wspomina swoją pierwszą wizytę w sierocińcu. Od razu poprosił Daphne, żeby go tu zatrudniła. – rozumiem te zwierzęta. I bardzo je kocham – wyznaje.

Prycza Nzimbi umieszczona jest wysoko, nad posłaniem Murki. Przy poduszce stoi radyjko. Pytam go, czy ma budzik, żeby nie przespać pory karmienia.

– Ach, nie. To niepotrzebne. Co trzy godziny trąba ściąga ze mnie koc.