Trzeba umieć patrzeć i odtwarzać tylko rzeczy istotnie piękne lub na utrwalenie zasługujące. Tę myśl niczym mantrę Leon Barszczewski powtarzał za każdym razem, gdy naciskał spust migawki swojego ważącego przynajmniej 10 kg aparatu fotograficznego.

Przez 20 lat był on jego najwierniejszym przyjacielem, towarzyszem każdej z 23 wypraw w głąb Azji Środkowej, które zaowocowały odkryciem starożytnej Samarkandy, opisaniem ludów zamieszkujących tamte tereny i zlokalizowaniem cennych złóż surowców mineralnych. Szkoda, że o tych odkryciach nikt już nie pamięta. Szkoda, że niewiele osób w ogóle o nich słyszało. Czy Leonowi Barszczewskiemu marzyły się epokowe odkrycia? Nazwisko zapisane w annałach? Na pierwsze pytanie zapewne odpowiedziałby „tak”. Na drugie z wrodzoną sobie skromnością rzekłby: „niekoniecznie”.

Ale na razie jest marzec 1876 r. i tego, jak będzie wyglądało jego dalsze życie, 27-letni Leon jeszcze nie wie. Wysoki, barczysty, obdarzony sokratesowskim czołem i przenikliwym spojrzeniem świeżo upieczony oficer armii carskiej wyrusza ze swoim oddziałem na pierwszą placówkę – do Emiratu Buchary (dziś terytorium Uzbekistanu). Położone w centralnej Azji, między dwiema potężnymi rzekami Amu-darią i Syr-darią, państewko rządzone przez dynastię Mangytów zostało właśnie protektoratem Rosji. Nasz bohater sam poprosił, by przydzielono go do tej misji, a teraz, w dniu wymarszu, nie kryje entuzjazmu. Nie, nie cieszy go ekspansja terytorialna zaborcy ani ciemiężenie kolejnych narodów – Leon jest przecież Polakiem. Czuje po prostu, że właśnie realizuje się jedno z jego największych marzeń. Będzie podróżnikiem, eksploratorem i być może pierwszym Europejczykiem badającym tereny, po których setki lat temu sunęły armie Aleksandra Wielkiego, Czyngis-chana i Tamerlana. Wschód pod koniec XIX w. jest wciąż niczym biała karta i on tę kartę zapisze kaligraficznym maczkiem (niestety, dziś niewiele można z tego odszyfrować).
Pragnął tego od dzieciństwa. Od momentu, gdy nad brzegiem Dniestru odkopał terakotowego bożka i zaczął snuć teorie o jego pochodzeniu. Wyobraźnia często sprowadzała go na manowce, ale czyż mogło być inaczej, skoro nikt z otoczenia nie podzielał jego pasji, nie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące przeszłości? A było ich coraz więcej. Podobnie jak odkryć – wkrótce pojawiły się gliniane dzbanki, miski i inne przedmioty wykopane z ziemi.

Barszczewskiego zaczyna męczyć brak wiedzy. W wojsku jego koledzy wydają pieniądze na alkohol i kobiety, on zaś na naukowe książki.

Leon został sierotą w wieku lat kilkunastu. – Niestety, ten fragment rodzinnej sagi jest bardzo niejasny – mówi Igor Strojecki, prawnuk Barszczewskiego, który stara się przywrócić światu pamięć o zapomnianym przodku. 
– Wiadomo, że jego rodzice, Szymon i Adelajda z domu Nowicka, mieszkali w Leszczewie pod Suwałkami, które musieli opuścić, prawdopodobnie w wyniku represji po wydarzeniach Wiosny Ludów 1848 r. – dodaje. Leon przyszedł na świat rok później, 18 lutego 1849 r. w Warszawie, gdzie Barszczewscy na moment się zatrzymali. Wkrótce wyruszyli na Ukrainę, do miasteczka Biała Cerkiew, oddalonego o 70 km od Kijowa. Gdy zmarli, opiekę nad nieletnim bratem chciała przejąć Maria Kostrić, starsza siostra mieszkająca wraz z mężem w Czerkasach, jednak nie dostała na to zgody.

Chłopcy (Leon miał jeszcze młodszego brata Włodzimierza – reszta rodzeństwa była już pełnoletnia) zostali otoczeni „opieką” rządową, czyli carską, i oddani do internatu, a edukację rozpoczęli w gimnazjum wojskowym w Kijowie. Tak wyglądała standardowa procedura postępowania z dziećmi z polskich nieprawomyślnych rodzin, do jakich zaliczono Barszczewskich. Pięciu starszych braci Leona wzięło udział w powstaniu styczniowym (dwóch straciło potem życie w twierdzy szlisselburskiej, trzech pozostałych zesłano na Sybir i ślad po nich zaginął). W czasach zaborów, gdy Polska zniknęła z map Europy, nauka w rosyjskiej szkole była jedyną drogą zdobycia wykształcenia na odpowiednim poziomie.

Marsz przez dwa kontynenty dłuży się niemiłosiernie. Mijają dni, tygodnie, a cel wciąż wydaje się odległy. Żyzne nadwołżańskie czarnoziemy ustępują miejsca stepom pokrytym kępkami czerwonego wrzosu. Potem góry Ural, tworzące naturalną granicę między Europą i Azją, powoli wypłaszczają się i przechodzą w pustynię Kara-kum. Wiatr porywa piasek, który przenika przez ubrania, dostaje się do wody i jedzenia. Te niedogodności rekompensowane są przez widoki wysokich wydm, które zapewne robią na Leonie Barszczewskim wielkie wrażenie. Młody żołnierz jest niezwykle czuły na uroki krajobrazu.

Wędrówka po kresach Rosji nie jest łatwa. Na wielu rzekach nie ma mostów, są problemy z prowiantem, brakuje dróg. Tereny zamieszkane przeplatają się z dzikimi i bezludnymi. Z czasem pojawiają się też ludzie, których język, zwyczaje i ubiór bardzo różnią się od wszystkiego, co Leon do tej pory widział.