Gdy u ludów wschodnich odbywa się jaka uczta (...) przeraźliwy śpiew, raczej krzyk niesfornych muzykantów, stuk bębnów i bębenków, piskliwy głos „dumb”, „dutarów” (...) do tego stopnia napełniają powietrze dzikiemi wrzaskliwemi tonami, że mogą rozstroić nerwy najsilniejszego.

Trzeba umieć patrzeć i odtwarzać tylko rzeczy istotnie piękne lub na utrwalenie zasługujące. Tę myśl niczym mantrę Leon Barszczewski powtarzał za każdym razem, gdy naciskał spust migawki swojego ważącego przynajmniej 10 kg aparatu fotograficznego.
Przez 20 lat był on jego najwierniejszym przyjacielem, towarzyszem każdej z 23 wypraw w głąb Azji Środkowej, które zaowocowały odkryciem starożytnej Samarkandy, opisaniem ludów zamieszkujących tamte tereny i zlokalizowaniem cennych złóż surowców mineralnych. Szkoda, że o tych odkryciach nikt już nie pamięta. Szkoda, że niewiele osób w ogóle o nich słyszało. Czy Leonowi Barszczewskiemu marzyły się epokowe odkrycia? Nazwisko zapisane w annałach? Na pierwsze pytanie zapewne odpowiedziałby „tak”. Na drugie z wrodzoną sobie skromnością rzekłby: „niekoniecznie”.
Ale na razie jest marzec 1876 r. i tego, jak będzie wyglądało jego dalsze życie, 27-letni Leon jeszcze nie wie. Wysoki, barczysty, obdarzony sokratesowskim czołem i przenikliwym spojrzeniem świeżo upieczony oficer armii carskiej wyrusza ze swoim oddziałem na pierwszą placówkę – do Emiratu Buchary (dziś terytorium Uzbekistanu). Położone w centralnej Azji, między dwiema potężnymi rzekami Amu-darią i Syr-darią, państewko rządzone przez dynastię Mangytów zostało właśnie protektoratem Rosji. Nasz bohater sam poprosił, by przydzielono go do tej misji, a teraz, w dniu wymarszu, nie kryje entuzjazmu. Nie, nie cieszy go ekspansja terytorialna zaborcy ani ciemiężenie kolejnych narodów – Leon jest przecież Polakiem. Czuje po prostu, że właśnie realizuje się jedno z jego największych marzeń. Będzie podróżnikiem, eksploratorem i być może pierwszym Europejczykiem badającym tereny, po których setki lat temu sunęły armie Aleksandra Wielkiego, Czyngis-chana i Tamerlana. Wschód pod koniec XIX w. jest wciąż niczym biała karta i on tę kartę zapisze kaligraficznym maczkiem (niestety, dziś niewiele można z tego odszyfrować).
Pragnął tego od dzieciństwa. Od momentu, gdy nad brzegiem Dniestru odkopał terakotowego bożka i zaczął snuć teorie o jego pochodzeniu. Wyobraźnia często sprowadzała go na manowce, ale czyż mogło być inaczej, skoro nikt z otoczenia nie podzielał jego pasji, nie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące przeszłości? A było ich coraz więcej. Podobnie jak odkryć – wkrótce pojawiły się gliniane dzbanki, miski i inne przedmioty wykopane z ziemi.
Barszczewskiego zaczyna męczyć brak wiedzy. W wojsku jego koledzy wydają pieniądze na alkohol i kobiety, on zaś na naukowe książki.



Leon został sierotą w wieku lat kilkunastu. – Niestety, ten fragment rodzinnej sagi jest bardzo niejasny – mówi Igor Strojecki, prawnuk Barszczewskiego, który stara się przywrócić światu pamięć o zapomnianym przodku. 
– Wiadomo, że jego rodzice, Szymon i Adelajda z domu Nowicka, mieszkali w Leszczewie pod Suwałkami, które musieli opuścić, prawdopodobnie w wyniku represji po wydarzeniach Wiosny Ludów 1848 r. – dodaje. Leon przyszedł na świat rok później, 18 lutego 1849 r. w Warszawie, gdzie Barszczewscy na moment się zatrzymali. Wkrótce wyruszyli na Ukrainę, do miasteczka Biała Cerkiew, oddalonego o 70 km od Kijowa. Gdy zmarli, opiekę nad nieletnim bratem chciała przejąć Maria Kostrić, starsza siostra mieszkająca wraz z mężem w Czerkasach, jednak nie dostała na to zgody.
Chłopcy (Leon miał jeszcze młodszego brata Włodzimierza – reszta rodzeństwa była już pełnoletnia) zostali otoczeni „opieką” rządową, czyli carską, i oddani do internatu, a edukację rozpoczęli w gimnazjum wojskowym w Kijowie. Tak wyglądała standardowa procedura postępowania z dziećmi z polskich nieprawomyślnych rodzin, do jakich zaliczono Barszczewskich. Pięciu starszych braci Leona wzięło udział w powstaniu styczniowym (dwóch straciło potem życie w twierdzy szlisselburskiej, trzech pozostałych zesłano na Sybir i ślad po nich zaginął). W czasach zaborów, gdy Polska zniknęła z map Europy, nauka w rosyjskiej szkole była jedyną drogą zdobycia wykształcenia na odpowiednim poziomie.
Marsz przez dwa kontynenty dłuży się niemiłosiernie. Mijają dni, tygodnie, a cel wciąż wydaje się odległy. Żyzne nadwołżańskie czarnoziemy ustępują miejsca stepom pokrytym kępkami czerwonego wrzosu. Potem góry Ural, tworzące naturalną granicę między Europą i Azją, powoli wypłaszczają się i przechodzą w pustynię Kara-kum. Wiatr porywa piasek, który przenika przez ubrania, dostaje się do wody i jedzenia. Te niedogodności rekompensowane są przez widoki wysokich wydm, które zapewne robią na Leonie Barszczewskim wielkie wrażenie. Młody żołnierz jest niezwykle czuły na uroki krajobrazu.
Wędrówka po kresach Rosji nie jest łatwa. Na wielu rzekach nie ma mostów, są problemy z prowiantem, brakuje dróg. Tereny zamieszkane przeplatają się z dzikimi i bezludnymi. Z czasem pojawiają się też ludzie, których język, zwyczaje i ubiór bardzo różnią się od wszystkiego, co Leon do tej pory widział.
Zaraz po zakończeniu nauki w Junkierskiej Szkole Piechoty w Odessie Barszczewski trafił na służbę do Guberni Chersońskiej i Besarabii (kraina historyczna między Dniestrem a Pru-tem, będąca obecnie częścią Mołdawii i Ukrainy). A właściwie do niej powrócił, bo gdy za pierwszym razem podczas egzaminu na stopień oficerski na pytanie komisji o polskie bunty uniósł się honorem i wygłosił patriotyczną mowę w obronie powstań – relegowano go ze szkoły i wyjechał właśnie do Guberni Chersońskiej. Jak się potem okazało, wyszło mu to na dobre. Wykorzystał możliwości, jakie dawało stacjonowanie w tamtejszym pułku piechoty, nauczył się bowiem krawiectwa, szewstwa, stolarstwa, kucharzenia, a nawet podstaw medycyny. Opanował także języki niemiecki i francuski, zgłębił tajniki fotografii pod okiem Mikołaja Osipowa. Później Leon zrobi co najmniej 3 500 zdjęć. Staną się one największym archiwum dokumentującym życie ówczesnych mieszkańców centralnej Azji. – Niestety, dziś czarno-białe fotografie są rozproszone po różnych instytucjach i osobach prywatnych, nie zawsze zdających sobie sprawę z ich historycznej wartości. Spora część z nich, zamknięta w wilgotnym garażu, nieskatalogowana i nieudostępniana, po prostu niszczeje – mówi Igor Strojecki.

Do naszych czasów nie dotrwały też oryginalne opowiadania Barszczewskiego. Te, które możemy przeczytać w tygodniku ilustrowanym Naokoło świata z 1902 r., spisał z notatek jego stryjeczny brat Witold. Okazuje się, że Leon miał też talent pisarski. Swe wrażenia z podróży przedstawiał barwnym językiem, pełnym lokalnych zwrotów i humoru sytuacyjnego. Dzięki niemu dowiadujemy się, w jakich warunkach mieszkali Tadżykowie i Uzbecy, jak wyglądało ich życie na co dzień i od święta.  
Po 8 miesiącach i tysiącach kilometrów oddział staje w końcu u celu podróży. Jest nim legendarna Samarkanda. Przez kolejne 20 lat miasto to będzie dla Leona Barszczewskiego domem i bazą wypadową w głąb Azji. Jakie wrażenie na nim wywiera? Zapewne ogromne. Widział już po drodze Samarę, Orenburg, Kazały, Petrowsk i Taszkent, jednak żadne z tych miast nie mogło się równać z Klejnotem Islamu, jedną z najstarszych metropolii świata, liczącą 2 750 lat rówieśniczką Rzymu. Samarkanda, odległa i egzotyczna, przywoływała obrazy przemierzających Jedwabny Szlak obładowanych cennymi towarami karawan, które się tu zatrzymywały. Wielu podróżników opisywało jej wspaniałe ogrody i pałace, meczety i bazary. Uosabiała oazę cywilizacji i piękna na mapie barbarzyńskiego i nieznanego Wschodu.
Leon Barszczewski miał to szczęście, że widział ją przed wielkim trzęsieniem ziemi w 1897 r., które zrujnowało miasto. Jednym z największych zabytków Samarkandy był monumentalny, ponadstumetrowej wysokości meczet Bibi Chanum (już wówczas w nie najlepszym stanie), przed którym zgodnie z muzułmańską tradycją w każdy piątek tętnił życiem największy bazar miasta. Z samym meczetem wiąże się urocza legenda. Otóż gdy Timur, w Europie znany jako Tamerlan (1336–1405, uczynił z Samarkandy stolicę swojego imperium), przebywał na wyprawie wojennej, jego żona Bibi Chanum postanowiła wybudować mu meczet. W wyobraźni widziała jednak obiekt tak ogromny, że tylko jeden architekt, urzeczony urodą kobiety, zgodził się sporządzić plany. I to pod warunkiem, że będzie mógł pocałować Bibi. Całus okazał się tak gorący, że pozostawił ślad na policzku. Dostrzegłszy go, Timur wpadł w szał i chciał ukarać architekta. Ten jednak zdołał zbiec...
I dobrze uczynił, bo Timur światową sławę zawdzięczał 20 zaborczym wyprawom podejmowanym z Samarkandy, podczas których dał się poznać jako wojenny geniusz, pogromca Złotej Ordy, a przy tym patologiczny wręcz okrutnik. Z reguły mordował wszystkich mieszkańców podbijanych miast – poza tymi, którzy mogli przyczynić się do upiększenia stolicy. Za jego czasów Samarkanda budziła zachwyt przyjezdnych. Na przykład hiszpańskiego ambasadora Ruy Gonzalesa de Clavijo, który trafił tam na czele poselstwa wysłanego przez Henryka III, króla Kastylii. Opisał potem miasto wyposażone w kanalizację i wodociągi, tonące w zieleni, spośród której wyłaniały się wspaniałe pałace i meczety. Gdzie zdolni rzemieślnicy wytwarzali działa, zbroje, szkło, porcelanę i tekstylia niedoścignionej jakości. Rozwodził się też nad wyszukanymi manierami tamtejszych wyższych klas społecznych, kapiącym bogactwem dworem przepełnionym artystami i poetami sławiącymi władcę. Bo Timur, mimo upodobania do makabry, był też człowiekiem oczytanym, kolekcjonerem dzieł sztuki, hojnie wspierającym twórców i naukowców. Do naszych czasów przetrwały wykonane przez Barszczewskiego zdjęcia meczetu Szach-i Zinda (Żyjącego Króla). Budowlę, nazwaną tak dla
uczczenia, Kussama ibn Abbasa, kuzyna Mahometa, rozkazem Timura przekształcono w im- ponującą królewską nekropolię. Barszczewski uwiecznił też dwie medresy powstałe już po śmierci Tamerlana: Tillja-Kari (Pozłacana) i Szer-Dor (Nisąca Lwa), stojące na najpiękniejszym placu Samarkandy – Registanie, zwanym Forum Wschodu.   


Położona na wysokości 725 m, na równinie w oazie Zarafszańskiej, Samarkanda otoczona jest z trzech stron górami tworzącymi malowniczy łuk. To łańcuchy Gór Hisarskich, Turkiestańskich i Zarafszańskich. Barszczewski zakochuje się w tych pasmach od pierwszego wejrzenia. Będzie je wspominał do końca życia i uznawał za najpiękniejsze na świecie. Ich eksplorację ułatwia mu praca dla batalionu topograficznego, do którego zostaje przydzielony tuż po przybyciu. Jego zadaniem jest rozpoznanie nowo przyłączonych do Rosji obszarów, odnajdywanie i kartowanie dróg przydatnych dla armii, a także szukanie najlepszych połączeń z głównymi miastami państw ościennych, takich jak Afganistan, Indie czy Chiny. Raz nawet w rejonie Buchary jego działalność uznana zostaje za szpiegowską i spędza w więzieniu 3 tygodnie. Przy okazji pracy dla wojska Leon Barszczewski realizuje też cele badawcze. W swoim pamiętniku pisze: Muszę poznać te góry, muszę wydrzeć im skarby i zmusić olbrzymy do służby człowiekowi.
Przyroda okazuje się mu posłuszna. W ciągu kolejnych lat odnajduje złoża turkusów, grafitu, granatów, kryształu górskiego, rudy żelaza, ołowiu, srebra, pokłady węgla kamiennego, złota, ropy naftowej. Raporty docierają do dowódców wojskowych w Moskwie, a za ich pośrednictwem do naukowców. Z czasem ci ostatni zaczynają przybywać do Samarkandy i uczestniczyć w wyprawach Barszczewskiego. Często jednak zapuszcza się na szlaki samotnie lub jedynie w towarzystwie Tadżyka Jakuba Izmaiłdżanowa, którego podróżnik wcześniej wyleczył z ran odniesionych w potyczce 
z wojskiem rosyjskim. Od tego momentu Barszczewski miał w nim wiernego przyjaciela i towarzysza ekspedycji. Na zdjęciach widać małego człowieczka na tle potężnych wodospadów, rachitycznych kładek z gałęzi zawieszonych nad przepaściami, z których nieraz spadały objuczone zwierzęta. W taki sposób traci wiele kasetek ze szklanymi płytkami, na których uwiecznia swoje odkrycia.
Fascynują go wielkie górskie lodowce. (Poświęci im kilka ekspedycji, z których zdjęcia przyniosą mu złoty medal na wystawie w 1895 r. w Paryżu).
Jedna z wypraw w góry Hisaro-Ałaju omal nie kończy się tragicznie. Barszczewski chce sforsować konno szczyt lodowca. We mgle wierzchowiec potyka się i... spada w przepaść wraz z jeźdźcem. Przyjaciele rozpoczynają poszukiwania, ale kończą się one fiaskiem. Na szczęście rannego eksploratora odnajdują pasterze i przenoszą do wsi, gdzie kuruje się tygodniami.
Jest rok 1880, wyjątkowy i prawdopodobnie jeden z najszczęśliwszych w życiu Barszczewskiego. Do Samarkandy w ślad za bratem, którego władze carskie przymusowo osiedliły tu po odbyciu zsyłki na Sybir, przyjeżdża Irena Niedźwiecka. Delikatna i urodziwa panna zawraca samotnemu żołnierzowi w głowie. Pobierają się szybko, korzystając z niezwykłego zbiegu okoliczności, że w mieście pojawił się katolicki ksiądz (przybywał do Samarkandy z duszpasterską posługą raz na pięć lat).
Leon, by nie rozstawać się z żoną, na rok rezygnuje z wypraw. Jest troskliwy i opiekuńczy. Małżeństwo przeprowadza się do nowego, przestronnego domu. W ciągu kolejnych lat jego pokoje wypełniają się pięciorgiem dzieci. Na fotografiach widać rodzinę urządzającą pikniki, wyjeżdżającą na wycieczki. Niestety, sielanka nie trwa długo – po 10 latach Irena umiera. Na szczęście zdążyła go wcześniej nauczyć szacunku do płci pięknej. Ludy wschodnie obchodzą się z kobietą bardzo źle. Trzymają żony zupełnie odosobnione, w przeznaczonej na ten cel oddzielnej połowie domu – zauważa Barszczewski w opowiadaniu Zdemaskowanie gwiazdy haremu, opublikowanym w piśmie Na szerokim świecie z 1933 r. Narratorowi udało się zajrzeć do tej strefy zakazanej dla mężczyzn, zwłaszcza obcych, dzięki podarunkom, na co te na pół dzikie ludy są niezmiernie łakome. Przekonał też narzeczoną pana domu do odsłonięcia twarzy. W jaki sposób? Stosując w praktyce własną dewizę, że wszystkie przeciwności można pokonać dobrym słowem i serdeczną prostotą.
Gdy bowiem narzeczony panny młodej był już zirytowany nagabywaniem gościa, ten zwrócił się do gospodarza: Czegoś taki posępny? Dlaczego piękne swe czoło i brew czarną chmurzysz? Czy doprawdy gniewasz się, że rozmawiam z waszymi kobietami? Jeśli tego pragniesz, wyjdę, by Cię nie drażnić. Trzeba przyznać, że Barszczewski był wybitnym dyplomatą! Takie podejście zjednywało mu szacunek i zaufanie prostych ludzi, których i on zaczął inaczej postrzegać: Dłuższe obcowanie z półdzikimi mieszkańcami nauczyło mnie wielu rzeczy. Jak fałszywie i źle sądzimy tych biedaków. Najczęściej sami jesteśmy przyczyną nieporozumień między nami a nimi. (...) Dziewiętnaście lat obracałem się między nimi i nie mogę znaleźć ani jednego przykładu ich rzekomej zwierzęcości, o czym tak chętnie i tak śmiało piszą rozmaici podróżnicy.
Ludy krain Azji Środkowej są fascynujące. Leon studiuje je z ciekawością etnografa. Szybko opanowuje ich mowę, jest częstym gościem w kiszłakach, aułach i górskich osiedlach, świadkiem na ślubach i innych uroczystościach. Niektórzy uważają go za świętego, bo w ich obecności wykonuje rozmaite „sztuczki”. Intrygujące są zwłaszcza te robione za pomocą tajemniczej czarnej skrzynki. Dlatego tubylcy tak chętnie pozują do zdjęć, a my po przeszło stu latach oglądamy orkę radłem, polowanie z sokołem czy młodzieńców w kobiecych strojach, z makijażem na ogolonych twarzach, 
oddających się tańcowi baczi. Na jednej z fotografii, podpisanej „pracownia-muzeum”, za wielkim drewnianym biurkiem stoi ubrany w biały mundur carski oficer. Wszystko wokół niego pokryte jest ceramiką. Garnki, dzbanki, misy stoją w rzędach obok siebie, a ściany zdobią oprawione w ramy fotografie. To królestwo Leona, plon jego wypraw. Wiele obiektów pochodzi z miejsca, którego odkrycie powinno rozsławić nazwisko Barszczewskiego i sprawić, że podobnie jak Heinrich Schliemann, odkrywca Troi, albo Howard Carter, który odnalazł grób Tutanchamona, znajdzie się w każdej encyklopedii.
Pewnego razu w miasteczku Shahrisabz Leon Barszczewski dostrzega chłopców celujących kamieniami w wyglądające na bardzo stare gliniane naczynie. Pyta, skąd je wzięli, a łobuziaki prowadzą go na kurhan. Tak dociera do ruin miasta Afrasiab, czyli starożytnej Samarkandy, ale tego nie dowie się do końca życia. Sądzi, że natknął się na pozostałości centrum osadniczego, które rozkwitło jeszcze przed zajęciem go przez Aleksandra Macedońskiego i zostało zniszczone przez Mongołów.
Kilka ruchów łopatą wystarcza, by światło dzienne ujrzały fragmenty naczyń, gliniane statuetki i duże srebrne pudło, w którym znajdowały się kobiece ozdoby: naszyjnik z pereł, złote kolczyki z turkusami i perłami oraz złota bransoletka. Barszczewski podejrzewa, że dom, w którym znalazł kosztowności, należał do bogatego kupca. Jak na rasowego archeologa przystało, nim przystąpi do dalszej eksploracji, wertuje dostępne na miejscu źródła historyczne, sprowadza też literaturę z Petersburga. Potem rozpoczyna drugi etap prac, który dostarcza kolejnych znalezisk. Udaje mu się odkopać kilka domów, ulic i przedmioty, które mogły pochodzić nawet sprzed naszej ery!
Barszczewski sporządza też plan odkrytego miasta, słusznie zakładając, że to, co rozpoznano, stanowi zaledwie jego niewielki fragment. Jednocześnie wysyła raport z wykopalisk do swoich bezpośrednich przełożonych oraz do Moskwy i Petersburga, ale odpowiedzi nie dostaje. Żywe zainteresowanie okazują za to naukowcy francuscy, poinformowani o odkryciu przez... pochodzącą znad Sekwany bonę córek Barszczewskiego, której narzeczony studiuje w Grenoble archeologię. Nie zwlekając, młodzieniec przybywa wraz ze swoim profesorem do Samarkandy. Oglądają zbiory Barszczewskiego (możemy je podziwiać na zachowanych zdjęciach) i decydują się kupić kolekcję na pniu oraz rozpocząć własne badania na terenie tego miasta. Pozwolenie na wywóz skarbów dostają od władz od razu, ale tu na przeszkodzie staje sam Barszczewski, nie zgadzając się na sprzedaż całej kolekcji. Postanawia bowiem jej część ofiarować miastu jako zalążek przyszłego muzeum.
Gruntowne badania archeologiczne Afrasiabu stwierdzające, że jest to starożytna Samarkanda, zostały przeprowadzone dopiero w latach 60. i 70. XX w. Niestety, żadna publikacja naukowa z tego okresu nic nie wspomina o Barszczewskim. Być może dlatego, że trzeba by było przyznać, że to ten niebłogonadiożnyj Polak jest jej odkrywcą?
Ludzie pracujący dla nauki zwykle grzeszą brakiem praktyczności życiowej. Nie stanowię i ja pod tym względem wyjątku. Tak napisał w pamiętniku. W ciągu 20 lat intensywnej eksploracji i poszukiwań Leon Barszczewski odkrył mnóstwo bezcennych złóż surowców mineralnych, które przyniosły bogactwo wielu, ale nie jemu samemu. W uznaniu zasług został przyjęty w poczet członków Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego w Petersburgu oraz Rosyjskiego Towarzystwa Aklimatyzacji Geologicznej i Botanicznej w Moskwie. Otrzymał też cenne odznaczenia, m.in. Złotą Gwiazdę Emira Buchary. Za tym poszedł awans na podpułkownika i obietnica dalszej kariery pod warunkiem... przejścia na prawosławie. Władzom carskim, które złożyły mu tę propozycję, odpowiedział telegraficznie: Nie zgadzam się. Jestem Polakiem i pozostanę katolikiem. Czy podejmując taką decyzję, Barszczewski był świadomy jej konsekwencji? Tego, że zostanie odwołany z Samarkandy i zesłany na dowódcę krasnostawskiego pułku piechoty do Siedlec (1897 r.), a tym samym zakończą się prowadzone z taką pasją przez wiele lat badania? Siedlce nie okazały się spokojną przystanią. – Rodzina Barszczewskiego postrzegana była jako obca głównie z powodu mocnego rosyjskiego akcentu, mimo że mówiła dobrze po polsku – wyjaśnia Igor Strojecki. – Dodatkowo sam podpułkownik naraził się siedlczanom, gdy wyjeżdżając na wojnę rosyjsko-japońską (lata 1904–1905), wygłosił na dworcu kolejowym płomienną mowę o tym, jak jego obowiązkiem jako wojskowego jest wypełnienie rozkazu dowódców. Co gorsza, zwracał się do zgromadzonych w języku zaborcy! – dodaje Strojecki. W rezultacie do założonej przez niego Szkoły Handlowej dla dziewcząt przyszło na początek roku szkolnego jedynie 16 ze zgłoszonych wcześniej 200 panienek. Potem jednak wysoki poziom edukacji przyciągnął większe grono zainteresowanych. Dziewczęta mogły korzystać z doskonale wyposażonej pracowni biologicznej i geograficznej oraz wiedzy samego Barszczewskiego, który wyprawiał się z nimi na rozmaite eskapady. Oczywiście, nie mogły one mu zastąpić azjatyckich ekspedycji. Wyjeżdżał też w Alpy. Patrząc na tamtejsze 
lodowce, pisał tęsknie: Myślą uciekam do moich kochanych lodowców azjatyckich. Piękniejszych nie ma nigdzie. Marzę o odwiedzeniu raz jeszcze tych wspaniałych olbrzymów. Niestety, marzeń tych już nie spełnił. Niesłusznie posądzony o przywłaszczenie wojskowego mienia pod-czas wojny rosyjsko-japońskiej odebrał sobie życie. Miał 61 lat.    Z bazy wypadowej w Samarkandzie Barszczewski podjął 23 wyprawy na słabo zbadane rejony Azji Środkowej. Niestety, nie zachowały się żadne źródła, które pozwoliłyby odtworzyć ich trasy.