Przysiółek Carina w ukraińskich Karpatach. Czy to ranek, czy wieczór, pod domkiem uzdrowiciela Mychajła Nieczaja zawsze stoi kolejka kilku, czasem kilkunastu chorych. Przyjeżdżają tu szukać pomocy nie tylko z całej Ukrainy, ale też z Rosji, Białorusi, Mołdawii. Młodzieniec w okularach, który przez dwie godziny stał bez ruchu, trzech krótko ostrzyżonych osiłków (gangsterów?) w skórzanych kurtkach, tleniona 30-latka i młode małżeństwo. Nikt z nich nie wygląda na schorowanego. Na pozór…

– Nie ciała uzdrawiam, lecz dusze – tłumaczy molfar, czyli czarownik, cudotwórca. – Pomagam, gdy normalna medycyna nie daje rady.

Najczęściej przychodzą do niego chorzy z objawami psychopatii, neurastenii, schizofrenii, czasem też narkomani, epileptycy i impotenci.

Molfar Mychajło nie wygląda na swoje 80 lat, jest bardzo żwawy. Tyle że nawet w ciepły dzień nosi wełnianą czapkę i kurtkę. – Czarne siły dręczą nasze dusze i stąd choroby. Gdy wróg chce nam zaszkodzić, używa czarnej magii. Ja używam tylko białej – zastrzega. – Właściwie prawie cała moja praca to zaklinanie słowem   – tłumaczy. Od czasu do czasu, by móc zwalczać złe duchy, Mychajło wprowadza się w trans za pomocą wirującego tańca. – Bez transu nie dałbym rady. Kręcę się wtedy jak bączek – mówi. 

Rozglądam się po wąskiej izdebce, w której przyjmuje chorych: świece, w kącie lalka z gałganków do magicznych zabiegów, na stole osikowy krzyż. – Zły duch nie lubi osiki, bo Pan Jezus całował krzyż osikowy – wyjaśnia molfar.

Zbierać zioła na połoninach nauczyła go babcia. – Nim zerwę zioło, zawsze przemawiam do niego: „Ja ciebie, roślinko, zabieram z ziemi do   siebie, żebyś ty zbawiła chorego człowieka, dała mu siłę” – opowiada. Oddaje cześć wiatrowi, ogniowi, wodzie. – W połowie jestem chrześcijaninem, a w połowie poganinem. Zresztą, w przyrodzie wszystko jest podwójne: dzień i noc, nędza i bogactwo, dobro i zło – stwierdza.

Poza pomaganiem ludziom Mychajło ma jeszcze jedną pasję – gra na drumli w kapeli Strumień Czeremoszu. Jego zespół niedawno wydał płytę, a on sam – książkę Znaki karpackiej Marii poświęconą magii. W kieszeni nosi nowy model komórki, na pożegnanie wręcza wizytówkę. A na dachu chałupy uzdrowiciela sterczy antena satelitarna. Tak to jest na Huculszczyźnie: nowe co rusz przeplata się ze starym.

Huculi żyją w Karpatach Wschodnich, w dolinach górnego Prutu, Białego i Czarnego Czeremoszu i Cisy. Niewielka grupa w Rumunii, większość na Ukrainie. I choć mówią dialektem ukraińskim z domieszką słów rumuńskich i polskich, sprawa ich pochodzenia jest dość zagmatwana. Na przykład motywy geometryczne, którymi zdobią pisanki, bliższe są kulturze Iranu niż innych Słowian, a ciepłe barwy stroju i żywiołowa muzyka świadczą o wpływach ludów bałkańskich. Słynny XIX-wieczny polski badacz kultury ludowej Oskar Kolberg uważał ich za potomków tureckiego ludu Uzów. Inni naukowcy sądzili, że wywodzą się od azjatyckich Połowców. Obecnie przeważa pogląd, że Huculi pochodzą od wołoskich pasterzy, którzy w średniowieczu zasiedlali Karpaty i zetknęli się z ludnością ruską. Nadal nie wiemy jednak dokładnie, skąd się wzięło samo słowo „Hucuł”

Tereny obecnej Huculszczyzny w średniowieczu należały do Rusi Halickiej, w XIV w. zostały   przyłączone do Polski, zaś po pierwszym rozbiorze przypadły Austrii. Najstarsi żyjący Huculi mieszkali aż w czterech państwach, i to nawet jeśli na krok nie ruszyli się z rodzinnej miejscowości. Urodzili się w monarchii austro -węgierskiej, po I wojnie światowej stali się obywatelami odrodzonej Rzeczypospolitej, w 1939 r. wraz z całą zachodnią Ukrainą zostali wcieleni do ZSRR, a od roku 1991, gdy rozpadł się Związek Radziecki, żyją w niepodległej Ukrainie.

Niezależnie od tego, komu podlegali, Huculi „od zawsze” trudnili się pasterstwem, myślistwem, wyrębem lasów i spławem drewna. Uchodzili za ludzi śmiałych, nawykłych do swobody, ale też raczej dzikich, mściwych i zacofanych.

Żaden z Hucułów czytać nie umie. Zostaje on w pierwotnym od wieków stanie – czytamy w encyklopedii z 1863 r. Zaś Kolberg notował, że chętnie łączą się w zbójeckie bandy i ostrzegał: Spotkawszy się z Hucułem w lesie, łatwo być zrabowanym lub zabitym.



Słynna była swoboda obyczajowa Hucułów: Dziewka-matka nie jest osobliwością i zawsze znajdzie męża – informował wspomniany leksykon. Szeroko rozpisuje się o tym jeden z autorów innej encyklopedii, z 1931 r.: Prawie każdy żonaty Hucuł ma kochankę, żona zaś kochanka.(…) Obowiązek wierności małżeńskiej nie istnieje dla nich wcale.

– To nie ich wina – tłumaczył mi Roman Kumłyk, ludowy muzyk z Wierchowiny (do 1962 r. Żabie). – Jeszcze niedawno to rodzice narzucali młodym męża lub żonę. Bywało, że np. urodziwa dziewczyna dostawała za męża inwalidę.   Nic więc dziwnego, że brali sobie kochanków.

Po rzekomej dzikości Hucułów dziś nie ma  śladu. Wędrując po Huculszczyźnie, spotykałem ludzi uprzejmych i gościnnych. Na wiejskich drogach dzieci grzecznie pozdrawiają nawet obcych. Bywa, że przejeżdżający wozem góral sam przystanie i zagada do nieznajomego.

Jura Melniczuk lubi burze. Czasem wręcz nie może się ich doczekać. Im większa, tym lepiej. Gdy tylko zacznie grzmieć, zamiast schować się w chałupie pod lasem, wychodzi na dwór i wypatruje, gdzie biją pioruny. Kiedy się już wypogodzi, zwykle idzie do lasu szukać świerków odpowiednich na trembity – długie na prawie 3 m trąby, którymi niegdyś nawoływali się pasterze w górach. Na taki instrument najlepsze są drzewa  7–8-letnie.

– Wybieram takie, w które uderzył piorun, bo drewno od razu jest suche i dobrze się je obrabia – tłumaczy Melniczuk, jeden z niewielu Hucułów, którzy jeszcze wiedzą, jak zrobić trembitę.

Nad instrumentem trudzi się przez trzy dni. Najpierw przecina drąg na pół, potem drąży drewno hakami z płaskim ostrzem. Następnie składa obie połówki i dokładnie okręca paskami zamoczonej we wrzątku kory brzozowej,   z której wydziela się rodzaj przezroczystego laku. Gdy wyschnie, będzie trzymać jak dobry klej. 

Jura mieszka w Górnym Jasieniowie, choć nie jest to dokładne określenie: z centrum wsi do jego chałupki jest 45 minut forsownego marszu pod górę. Dojechać autem się nie da. Z żoną Anuszką żyją w jednej izbie. Wymalowane na mocno zielony kolor ściany,  żelazne łóżko. W kącie piec: można w nim upiec chleb, można się też na nim zimą przespać. Na ścianie zdjęcie Jury w sowieckim mundurze, pamiątka z czasów, gdy służył w odległym Kazachstanie, do tego stary telewizor. Prąd to jedyne współczesne udogodnienie. Wodę Melniczukowie czerpią ze studni, w piecu palą drewnem z lasu. Na skrawku ziemi pod lasem sadzą kartofle. Trochę dochodu przynosi wyrób trembit – kupują je okoliczni muzycy i turyści, na pamiątkę. I chyba dużo więcej nie potrzebują. Uśmiechnięci, wydają się zadowoleni z życia.

59-letni Jura trzyma się dobrze – jest szczupły, dopiero zaczął siwieć. Anuszka, drobna, wysuszona, w chustce, choć starsza tylko o cztery lata, wygląda już jak babcia. W wielu tutejszych rodzinach mężczyźni prezentują się młodziej, niż wynikałoby to z metryki, kobiety zaś starzej. Może przez to, że strojem, fryzurą, brakiem makijażu stwarzają wrażenie, jakby chciały podkreślić swój wiek, a nie go maskować.

Rozryty pas błota lub piachu – słowo „droga” w tych stronach czasem ma znaczenie umowne. Nic więc dziwnego, że często można na nich spotkać Hucułów prowadzących konia z przytroczonymi do tarnyci (drewnianego siodła) workami.

Mało gdzie w Europie spotka się tyle koni co na Huculszczyźnie. Trudny górski teren oraz wielkie odległości między poszczególnymi zagrodami sprawiły, że niegdyś konno jeździli tu wszyscy. Dopiero w czasach sowieckich koni ubyło, bo władze zabroniły hodować je na prywatny użytek. – Obawiano się, że właściciele koni zamiast pracować w kołchozach, będą dorabiać sobie „na boku” – wyjaśniał mi Roman Kumłyk. Gdy zakaz zniknął, koników znów jest pełno: pracują w polu, przy wywózce drewna z lasu, ciągną wozy i sanie. Prawie każdy nosi uprząż przystrojoną czerwonymi pomponami.


Konie tutejszej rasy, zwane hucułami, nie są piękne: niewysokie, krępe, z pokaźnym brzuchem i dużą głową. Ale za to odważne, inteligentne, o żywym temperamencie, a przy tym zrównoważone. Niewybredne i wytrzymałe hucuły są wręcz stworzone do pracy w górach. W miejscach niepewnych konik taki pierwej łeb opuszcza do ziemi, jakby wietrzył i rozpatrywał, zanim nogę naprzód postawi. Nie było wszakże przykładu, żeby hucułek obsunął się w przepaść, czy sam, czy niosąc ciężary, czy jeźdźca – podaje encyklopedia z 1863 r. 

Wsie też są inne niż te, które znamy. To archipelagi rozproszonych po górach gospodarstw; od krańca do krańca takiej miejscowości można wędrować i kilka godzin. Uważani niegdyś za nieokrzesanych górale na co dzień okazują się pedantami. W miastach z porządkiem bywa różnie, lecz w górskich zagrodach trudno znaleźć krzywo leżącą deskę, wiadro czy łopatę, nawet sterta drewna na opał jest ułożona „pod linijkę”.

Psy żyjące „na wysokościach” to miejscowa osobliwość. Czworonożni stróże mieszkają w zamocowanych metr i więcej nad gruntem drewnianych kojcach o powierzchni kilku metrów kwadratowych. Na świat patrzą zza siatki. – Z wysoka lepiej widzą – tłumaczył mi przyczynę psiej niedoli jeden z gospodarzy.

Lecz nie dom i nie budynki gospodarcze, ale studnie są najbardziej wypieszczoną częścią obejścia. Huculi w ich zdobieniu wykazują się tak wielką pomysłowością, że nie sposób znaleźć dwóch identycznych. Studnie obudowywane są malowanymi na jaskrawe kolory deskami, kamiennymi i ceglanymi murkami, często zwieńczone blaszanymi kopułkami ze sterczącym na iglicy kurkiem. Do tego dochodzą ozdobne ramki z szybkami, tak że na pierwszy rzut oka źródła wody przypominają kapliczki.

Samych kapliczek jest tu zresztą zatrzęsienie. Stoją co krok, czasami jedna przy drugiej, choć jeszcze 20 lat temu nie było ich wcale, bo w czasach sowieckiego ateizmu niszczyła je władza. Dopiero gdy nastała wolna Ukraina, ludność zaczęła wznosić je na nowo. Wierni zdobią je girlandami sztucznych kwiatów, a na umieszczonych w środku figurach Matki Boskiej i ikonach wieszają wyszywane ręczniki. I nikt tu nie wstydzi się wiary – przechodzący ludzie modlą się przy kapliczkach, klęczą i biją pokłony.

– Skończyłem tylko trzy klasy – usprawiedliwia się Mychajł Tafijczuk z Bukowca, gdy proszę, by napisał mi na kartce swój adres. Choć długopisem gryzmoli dość niezdarnie, w warsztacie narzędzia wydają się naturalnym przedłużeniem jego dłoni.

– Nie ma dla mnie nic trudnego – opowiada rzemieślnik samouk. Pierwszą fujarkę wystrugał,   gdy miał sześć lat, a po kilku latach umiał już wykonać skrzypce. – W wieku 23 lat zrobiłem pierwsze cymbały, w wieku 25 lat dudy, a gdy miałem 68 lirę – mówi z dumą.

Teraz dobił do siedemdziesiątki i jest w doskonałej formie. W swoim warsztacie prostymi ręcznymi narzędziami wyrabia huculskie instrumenty: bębny, rogi, trembity, flety... I na wszystkich umie grać. Kilka razy w roku idzie na targ, do domu wraca z kozą. – Mięso zjadamy, skórę wyprawiam na kolejne dudy – śmieje się.

Tafijczuk nie pali i stroni od alkoholu. To niezwykłe w stronach, gdzie wódkę pije się nawet przy śniadaniu. – Dzięki temu mam autorytet w środowisku – podkreśla. Gdy w ubiegłym roku zaproszono go na występy do Nowego Jorku, wrócił do domu bez instrumentów, z którymi się wybrał za ocean: wszystkie sprzedał. – Namawiano mnie, żebym został w Ameryce i uczył młodzież grać, ale nie zgodziłem się. W Bukowcu mi najlepiej – wspomina. W jego domku praca wre od rana do wieczora. Żona i córka robią kilimy, koce, ozdoby z paciorków, wyszywają koszule w ludowe wzory.

Niektóre z instrumentów Mychajła Tafijczuka można zobaczyć w malutkim muzeum Huculszczyzny, które w swoim domu w Wierchowinie założył Roman Kumłyk. Zgromadził tam stroje ludowe, stare zdjęcia, toporki i przebogatą kolekcję instrumentów. Gdy demonstruje ich brzmienie, widać, jak wszechstronnym jest muzykiem: czy to dudy, cymbały, trembita, skrzypce czy fujarka, gra na nich znakomicie. Przy okazji zdradza mi: aby trembity czy dudy się nie porozsychały, od czasu do czasu trzeba... przepuścić przez nie trochę bimbru.

Bimber przydaje się i na cmentarzach. Takich jak ten w Wierchowinie, gdzie bramkę u wejścia przegradza drewniana ściana. Forsuje się ją po schodach z desek. – To żeby krowy nie właziły między groby – wyjaśnia napotkana kobieta.


Cmentarz wygląda jak kolorowy ogród: miejscowi prawosławni i grekokatolicy stroją groby wieńcami i bukietami sztucznych kwiatów. Niektóre mogiły są nimi wręcz zasypane. Z porcelanowych zdjęć na nagrobkach spoglądają mężczyźni i kobiety w serdakach i białych wyszywanych koszulach. Cmentarne krzyże często malowane są na uchodzący za kolor maryjny błękit, czasem dla ozdoby wiszą na nich wyszywane ręczniki. Między grobami pełno prostych, zbitych z desek stołów. Niekiedy malowane są na niebiesko, najczęściej wyłożone ceratą w  jaskrawe wzory, pod niektórymi czekają szklanki na wódkę. Nadal żywa w tych stronach tradycja spożywania posiłków na cmentarzu i wspominania bliskich sięga jeszcze czasów pogańskich. Pozostawia się tu na grobach pożywienie: na talerzu zazwyczaj leży pajda chleba i ser, na mogiłach dzieci słodycze. Święta o charakterze zadusznym prawosławni obchodzą kilka razy w roku. Najważniejszym jest przypadająca dziewiątego dnia po Wielkanocy Radunica. W cerkwiach odbywają się wtedy nabożeństwa za zmarłych, a na grobach wierni składają kwiaty i pisanki. Często czerwone, na znak przelanej krwi Chrystusa i jego zmartwychwstania. Na cmentarzu trafiam na mogiły kilku polskich strażników granicznych z okresu międzywojennego. I choć groby mają po 80 lat, to ktoś wciąż o nich pamięta i pali na mogiłach znicze. Do tradycji należały też zabawy przy Pisanym Kamieniu. Ta wielka podłużna skała wznosi się w górach nieopodal przełęczy Bukowiec. Oglądana z dołu przypomina mur twierdzy, na jej wierzchołku błyszczą wypełnione wodą jamy – idealnie okrągłe, jakby wykreślone cyrklem. Choć wyglądają na dzieło człowieka, w ciągu tysięcy lat wypłukała je woda deszczowa. To legendarny grób z ludowej opowieści, wedle której Huculi wywodzą się z plemienia olbrzymów i wojowników zwanych Wielitami, którzy zapoczątkowali rody królewskie na ziemi. Gdy ich wódz umarł, usypali mu gigantyczny sarkofag znany dziś właśnie jako Pisany Kamień.

U szczytu skały wyryty jest wizerunek Matki Boskiej z dzieciątkiem. Ale Pisany Kamień cały jest pokryty rosyjskimi, ukraińskimi i polskimi pamiątkowymi napisami z ostatnich kilkudziesięciu lat. Najbardziej okazały w 1935 r. wyryli polscy saperzy, chcąc uczcić marszałka Józefa Piłsudskiego. Każdego roku w sierpniu, w dniu prawosławnego Święta Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, przy skale zbierali się młodzi mężczyźni, by bawić się i palić ogniska. Gdy przed 20 laty podczas jednej z zabaw doszło do zabójstwa, władze zakazały świętowania przy Pisanym Kamieniu i tak sięgająca pewnie jeszcze czasów zbójników tradycja umarła.

Nie ma już zabaw na skale, podobnie jak spławiania drewna rzekami. Wielu trudniących się tym niebezpiecznym zajęciem Hucułów zostało kalekami, więc tego też zabroniono. Między pięknymi drewnianymi chatami z każdym rokiem przybywa koszmarnych pensjonatów...

Na szczęście są też przykłady umiejętnego łączenia tradycji z nowoczesnością. Takie jak Mykoła Kumaszczuk z Górnego Jasieniowa, który jak na swoje 26 lat jest już doświadczonym biznesmenem. W branży turystycznej działa przeszło pięć lat, a pensjonat, który założył z żoną Nadią, był pierwszy we wsi. W stojącym nieopodal Czarnego Czeremoszu ładnym drewnianym domu urządzili pokoje dla 20 osób. Obok znajduje się koliba z uszczelnionych mchem bali, gdzie turyści mogą ogrzać się przy ogniu. Drogo tu nie jest – nocleg dla jednej osoby i dwa posiłki kosztuje od 80 do 100 hrywien (34–42 zł).

Kumaszczuk reklamuje się w sieci i przez biura podróży, ze swoją ofertą jeździ na targi turystyczne. Gości przez cały rok w jego pensjonacie nie brakuje: przyjeżdżają nie tylko z Ukrainy, ale też z Rosji, Polski, Ameryki, byli nawet z Emiratów Arabskich. Razem z żoną Mykoła organizuje im jazdy konne i spływy Czeremoszem na tratwach. Mimo kryzysu nie narzeka. – Za Sowietów tylko tym się powodziło, którzy byli przy władzy. A teraz wszystko zależy od samego człowieka – dowodzi. – Pracujemy ciężko, bierzemy kredyty, ryzykujemy, ale i zarabiamy.

Związać koniec z końcem mogą ci z miejscowych, którzy mają pracę lub trochę ziemi. Problem w tym, że o pracę trudno, zwłaszcza że po rozpadzie ZSRR wiele zakładów zlikwidowano. Od lat 90. tysiące Hucułów wyjeżdża za chlebem za granicę. Kilka lat temu celem wyjazdów była Polska, teraz chętniej wybierają Hiszpanię i Portugalię. Nawet na obczyźnie nie zapominają jednak o swojej tradycji, którą tym chętniej kultywują na rodzimej ziemi. Kultura ludowa wciąż ma się tu całkiem dobrze. Po wsiach i miasteczkach pełno jest kapel ludowych, a strój regionalny jest w powszechnym użyciu.

Na płotach można zobaczyć porozwieszane kolorowe dywany, kilimy i koce. Przy drodze na pieńkach i skrzynkach siedzą babcie w chustach. W rękach trzymają skórzane serdaki na sprzedaż. Na rozłożonej na ziemi folii cuda, które przywiozły ze swoich wiosek: haftowane ręczniki i koszule, obrusy, krajki i przepaski na głowę. Obok kramy z dzierganymi torbami, ludowymi spódnicami, pasami, chustami i kapeluszami, do tego fujarki, ceramika i setki innych drobiazgów. Na majowy festiwal kultury ludowej w Kosmaczu zjeżdżają rzemieślnicy z całej Huculszczyzny. A to co pokazują, to nie żadna „cepelia”, ale autentyczne ludowe rękodzieło.

Jak z tą krainą kapliczek, urokliwych studni i małych koników obejdzie się nowoczesność? Czy za sto lat w górach ktoś będzie wypatrywał piorunów? Czy połoninami nadal będzie wędrował czarownik i rozmawiał z ziołami, a wesela będą rozbrzmiewać huculską muzyką?...