Jakiś czas temu na łamach naszej strony opublikowaliśmy głośny fotoreportaż z Korei Północnej. Wywołał on sporo komentarzy, teraz do redakcji trafił tekst z polemiką i nowa galeria. Zobaczcie Koreę Północną z innej perspektywy.

Przeczytaj tekst, do którego odnosi się autor we wstępie!
 

Na początku marca Sąd Najwyższy w Pjongjangu skazał na 15 lat więzienia młodego Amerykanina za zdarcie plakatu propagandowego w znanym hotelu Yanggakto. W tym samym czasie w Polsce Internet obiegły zdjęcia innego turysty, które rzekomo miały ujawniać ponurą prawdę o charakterze reżimu. Oba przypadki sprowokowały do dyskusji o etyce podróżowania do kraju totalitarnego i wzbudziły szereg kontrowersji. Czy turystyka rzeczywiście tylko zasila konto Kim Dzong Una? Czy może jak chcą jej apologeci, wyciąga kraj z wieloletniej izolacji i jest początkiem dalekosiężnych zmian w mentalności północnokoreańskiego narodu?
 

Przez wieki imperia decydowały o losie Półwyspu Koreańskiego. Do dziś debatując, zbyt rzadko pyta się o zdanie samych Koreańczyków. Chad O'Carroll, brytyjski koreanista, zapytał mieszkających w Korei Południowej uciekinierów z KRLD, co sądzą o znaczeniu turystyki dla swojego kraju. I tym razem zdania były podzielone. Część osób zauważała, że już sam widok obcokrajowców daje do myślenia i prowokuje pytania. Zwłaszcza, że od lat mieszkańcy Pustelniczego Królestwa karmieni są jadowitą, rasistowską propagandą w stosunku do ludzi z zewnątrz. A jeżeli okaże się, że medialny przekaz reżimu myli się w jednej kwestii, to może nie ma też racji w innych? Jak wskazał jeden z uchodźców nawet krótka obserwacja może mieć swoją wartość – dla niego było to wyobrażanie sobie zewnętrznego świata.
 

Z drugiej strony, inni uchodźcy argumentowali, że obywatele KRLD wiedzą już wystarczająco dużo o obcokrajowcach, by spotkanie z nimi miało cokolwiek zmienić oraz, że pieniądze z turystyki wspierają wyłącznie reżim. Zaznaczali, że stała obecność przewodnika ogranicza prawdziwy kontakt.
 

Większość przepytanych zgadzała się jednak, że odpowiedzialna turystyka ma swoją wartość. I być może to kwestia odpowiedzialności jest w tym temacie kluczowa.
 

Paranoja i strach
 

Gros przyjeżdżających do kraju osób kieruje się ciekawością, chęcią przeżycia przygody czy „skolekcjonowaniem” jeszcze jednej egzotycznej destynacji – wielkie trofeum w podróżniczym CV. Powierzchowne przyswojenie informacji o KRLD, ograniczenia w podróży i kompletnie inny świat, z jakiego odwiedzający przyjeżdżają, doprowadza wielu turystów do stanu, który nazwałbym syndromem pjongjańskim. Tak jak możemy mówić o syndromie paryskim (depresja z powodu zawodu i rozczarowania „miastem miłości” spotykająca zazwyczaj Japończyków) czy jerozolimskim (wpadanie w religijną ekstazę) tak jego północnokoreańska wersja objawia się chroniczną paranoją i strachem przed popełnieniem jakiegokolwiek wykroczenia, a czasem poczuciem światowej misji. 
 Turysta w paranoi ma poczucie, że sam Kim Dzong Un na niego poluje. Wszędzie dostrzega elementy kontroli, nawet sprzątaczka hotelowa wydaje się tajnym agentem reżimu a jego przewodnik - członkiem północnokoreańskiej bezpieki czyhającym tylko na to, aby biednego obcokrajowca skuć w kajdany. Wszystko dla niego jest grą, którą prowadzi z nim sam dyktator. Wydaje mu się, że uczestniczy w filmie podobnym do Truman Show. Metro istnieje tylko dla turystów, a przebywający w nim ludzie to aktorzy. Również młodzież w szkołach i ludzie płaczący na grobie Kim Ir Sena zostali wytrenowani by go zmanipulować. W oczach paranoika każde dziecko widziane na ulicy to ofiara głodu. Pomimo, że w Indiach czy na Filipinach ten sam turysta przechodził przez slumsy obojętnie to właśnie Korea Północna jest dla niego najbardziej zniszczonym państwem świata. 
 Czasami do paranoi dochodzi syndrom Jamesa Bonda. Niczym super agent turysta wierzy, że jest w stanie wykraść z Korei jakieś niezwykłe informacje kompromitujące władców górskiego państwa. Zupełnie ignoruje fakt istnienia instytucji badawczych, setek blogów czy choćby Associeted Press, które stacjonuje w Pjongjangu. Przewodnik, który prosi, by nie robić zdjęć wysypisku śmieci nie jest zażenowanym zachowaniem obcokrajowca patriotą tylko przedstawicielem opresyjnego systemu. Podobnie, gdy zwraca uwagę by nie traktować Koreańczyków na ulic niczym małpy w zoo i by grzecznie zapytać o fotografię – wtedy też nie chodzi o zwykłą kulturę osobistą, ale o próbę ukrycia przez reżim niewygodnej prawdy. 
 Turysta z syndromem pjongjańskim po powrocie do domu opowiada jak w państwie Kima narażał życie fotografując z ukrycia.